piątek, 14 czerwca 2013

Roma Ligocka "Dobre dziecko"


Tak się jakoś składa, że czytam Romę zawsze w najtrudniejszych chwilach – choć dlaczego to właśnie ona mi pomaga – nie wiem. Tym bardziej, że dziwi mnie, poraża i przeraża ta szczera wiwisekcja (tak, to dobre określenie) najgorszych traum, kompleksów i najstraszniejszych przeżyć autorki. Bo to właśnie stanowi budulec tej twórczości. Rodzi mi się zawsze pytanie – po co, dla kogo? Ano chyba dla siebie i… dla czytelników. Może właśnie dlatego sięgam, może szukam w jej książkach tego, czego ona sama szuka w sobie. I tak szukamy, ja i rzesze czytelników… Coś jest w tym pisarstwie, że mimo iż tak dramatyczne, jest jednocześnie mocno terapeutyczne.  Podziwiam odwagę w tej bezlitosnej wiwisekcji. Tylko czy moja ukochana pisarka nie czuje się „naga”, skoro wszyscy wiedzą o jej najstraszniejszych przeżyciach? Napisanie „Dziewczynki w czerwonym płaszczyku” było obowiązkiem wobec czasów. „Dobre dziecko”… nie wiem. Ale przeczytałam, pochłonęłam to stadium toksycznej matki, anorektycznej córki i wielkiej samotności. Bardzo dobre studium, choć przecież nie genialne, bez wirtuozerii słowa i wyszukanej konstrukcji (choć zasadnicza treść przerywana autentycznymi pamiętnikami babki była znakomitym pomysłem, ileż w tych pamiętnikach wspaniałego żydowskiego światopoglądu, ile fascynującego żydowskiego świata, którego już nie ma...)  Ale czytam, czytam, przeżywam i poznaję kolejne sekrety mojej kochanej Romy.

1 komentarz: