wtorek, 23 lipca 2013

Athol Furgard "Tsotsi"



Rzadko kiedy, jeśli w ogóle, porównuję książki z ekranizacjami filmowymi, z prostego powodu – nie oglądam filmów. „Tsotsiego” jednak zupełnym przypadkiem obejrzałam i film zapadł mi w pamięć – co też nietypowe dla mnie – na tyle głęboko, że kiedy zobaczyłam w taniej książce powieściowy pierwowzór, kupiłam go bez wahania za całą złotówkę. No i co się okazało? To co zwykle. Słynna oskarowa ekranizacja i wstrząsająca historia murzyńskiego bandziora niewiele mają ze sobą wspólnego. To dwie różne historie różnych osób. Ale od początku. „Tsotsi” to historia mieszkającego w getcie murzyńskim (akcja dzieje się w RPA) przywódcy gangu, który zatarł przed sobą i światem swoją tożsamość i historię. Dziwne wydarzenia w jego życiu (głównie przypadkowe „wejście w posiadanie” niemowlęcia, którego nie chciała własna matka i raczej nie szykowała mu dobrego losu oraz spotkanie z bezdomnym kaleką) sprawiają, że ma odwagę wrócić do swojej przeszłości i odzyskać tożsamość. A to wszystko w realiach niszczonego przez białych getta, w atmosferze beznadziei, rynsztoku, między codziennymi napadami i rabunkami, w których ktoś prawie zawsze traci życie. Jest to więc głęboko inicjacyjna powieść, bardzo metafizyczna i „teologiczna”, choć na pozór do bólu realna. Przypowieść, metafora – zwijcie ją jak chcecie. Ja nie mogłam oderwać się od tych rynsztoków getta; niemowlaka, którego oblazły mrówki; kaleki z dwoma kikutami zamiast nóg i kobiety, która żałowała swojego mleka. Kiedy zaś przeczytałam ostatni akapit, wystrzelony jak z karabinu – krótko i celnie – siedziałam jeszcze DŁUGO bez słowa i oddechu nad tą niezwykłą historią. Bo książka nie kończy się tak jak film… niestety. W ogóle film tylko się jak książka zaczyna. Potem jedno jest zapisem „nawrócenia”, drugie zaś zapisem relacji bandziora z porwanym przypadkowo niemowlęciem. Przyznacie, to duża różnica.
Powieść nie jest napisana łatwym językiem. Choć dużo tu poetyckich porównań, gdzieś pęka ta proza, czy to w dziwnych powtórzeniach, czy niezrozumiałych od razu wtrąceniach. A może to wina tłumaczenia. Tak czy siak siedziałam nad nią jeszcze BARDZO długo po tym jak padły ostatnie zdania (jak napisałam: szybko, celnie i boleśnie). Takich niełatwych, bolesnych i szokujących inicjacji czytelniczych i Wam życzę. Są potrzebne.

3 komentarze:

  1. Podoba mi się Twój blog, dlatego otrzymujesz nominację do Liebster Blog Award! Więcej informacji u mnie http://czytatnik.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie mogę znaleźć na Twoim blogu informacji o tym, ale i tak bardzo dziękuję i cieszę się, że odwiedzasz Księgogród!

    OdpowiedzUsuń
  3. O, mi film także zapadł w pamięci, ale książki nigdy nie czytałem. Muszę to zmienić. ;b Dzięki za recenzję. Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń