środa, 28 sierpnia 2013

Grażyna Lewandowicz-Nosal "Książki dla najmłodszych. Od zera do trzech. Poradnik"


Bardzo wartościowe opracowanie. Po pierwsze dlatego, że pisane na poły z perspektywy bibliotekarza, na poły po prostu rodzica – co odzwierciedla się w przystępnym języku i bardzo praktycznym podejściu do tematu. Po drugie dlatego, że omawia literaturę często pozostającą poza zainteresowaniem literaturoznawców. Lewandowicz-Nosal wiele uwagi poświęca bowiem budowie i treściom książek obrazkowych dla najmniejszych dzieci – m.in. znanej i popularnej serii Olesiejuka „Obrazki dla malucha” (tej z modelinowymi ilustracjami). Pisze o tym jak powinna wyglądać i jakie wymogi spełniać taka książeczka. Gdyby tak przyjrzeć się księgozbiorowi mojej Oli – okazuje się, że niewiele książeczek stawia tym warunkom czoło. Dlatego opracowanie to jest szczególnie wartościowe dla rodziców – uczula na wiele niuansów. Sama nie miałam dotąd refleksji o tym, że może żaby powinny być jednak zielone, a nie żółte i co z tego wynika… W książce znaleźć można także omówienie najpopularniejszych serii dla najmłodszych (niestety większość to importy zagraniczne) czy też książek, które poruszają konkretne problemy dziecka (przedszkole, rozstanie, zęby, kupa itd…). Na końcu każdego rozdziału autorka wyodrębnia w bibliografii omawiane tytuły, zaś w aneksie umieszcza listy książek polecanych maluszkom. Dużo w tej książce praktycznych rad, dużo wartościowych tytułów. Jednym z nich jest prawie nieznana książeczka „O wędrowaniu przy zasypianiu”. Dla mnie główną wartością opracowania jest to, że autorka apeluje o wzmożenie czujności nad tym co oglądają w książeczkach najmłodsze dzieci. Dużo w tym apelowaniu szacunku dla początkujących czytelników.
A jak jest u Was? Czy faktycznie dokładnie przeglądacie książki obrazkowe zanim podacie je dziecku? Czy sprawdzacie je pod kątem poprawności merytorycznej? Czy myślicie o stopniu kiczowatości ilustracji?  Ja patrzę teraz na księgozbiór Oli i ogarnia mnie przerażenie. Najpiękniejsze, autorskie książki leżą na razie na półce, Ola karmi się natomiast pseudodisneyowskimi wytworami. Czy to źle? Odpowiedź znajdziecie w książce Nosal…

środa, 14 sierpnia 2013

znalezione w książce




Spotkałam się z wieloma, także bardzo dziwnymi znakami własnościowymi w książkach. Staram się je fotografować, jeśli nie mogę "posiąść" książki na własność. Mam już spory zbiór osobliwości. Dopiero teraz jednak trafił mi się podobny exlibris. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że został zrobiony... z ziemniaka. Bez względu na rodzaj produkcji autor książki swe kochać musiał, bo oznaczył podobnym znakiem wiele egzemplarzy, które potem trafiły na bookcrossingowe półki. Niektóre różnią się minimalnie od siebie, co by oznaczało, że naprodukował więcej ziemiankowych ekslibrisów. A może to nie z ziemniaka? Sama nie wiem, ale i tak urocze.

sobota, 10 sierpnia 2013

John Stephens "Szmaragdowy atlas. Księgi początku"


Wszystko jest tu trochę „potterowe”: opuszczone przez rodziców rodzeństwo, nad którym wisi proroctwo, świat ludzi współistniejący ze światem magii, Magnus Straszliwy – daleki kuzyn lorda Voldemorta, tajemniczy doktor Pym, który z pewnością siedział w jednej ławce z Dumbledorem, no i Jazgule – podróbka (wcale nie taka kiepska) Dementorów. Podobieństwa są tak wyraźne, że nie da się tych skojarzeń uniknąć. Ale mimo to John Stephens stworzył kolejny fantastyczny świat, w który warto się zanurzyć. Dużo tu typowych dla tego gatunku schematów powieściowych, lejtmotywów (np. magiczna księga), dużo jednak wspaniałej i godnej podziwu wyobraźni. Ta powieść jest po prostu bardzo dobrze skrojona, napisana z dużym polotem literackim, wyczuciem, subtelnym poczuciem humoru. Nie ma tu dłużyzn, akcja zmienia się na tyle szybko, że nie można oderwać się od przygód Bogu ducha winnego rodzeństwa, które w pewną wigilijną noc zostaje rozdzielone z rodzicami i od tej pory tuła się po sierocińcach. Bohaterowie trafiają do przedziwnego miasteczka, w którym brakuje dzieci, a potem akcja rozkręca się niebywale szybko: magiczna księga, za pomocą której przenoszą się w przeszłość, walka o Wymarłe Miasto, spotkanie z magiczną stroną świata. Autor wykorzystuje bardzo wytarte wydawać by się mogło motywy księgi i podróży w czasie. Czyni to jednak w  oryginalny i interesujący sposób. Bardzo podobały mi się te wędrówki w czasie za pomocą fotografii położonych na atlasie. To co urzekło mnie jednak w tej powieści najbardziej to relacje między kochającym się rodzeństwem – opisane  bardzo subtelnie i jeszcze bardziej prawdziwie. To – podobnie jak Harry Potter – historia o walce dobra ze złem i pokonywaniu własnych słabości. Godna polecenia młodym czytelnikom. Myślę sobie, że Rowling dała światu nie tylko Harrego. Dała schematy i pomysły na kolejne wspaniałe, magiczne światy. To chyba nie do końca takie złe, gdy w kolejnej i kolejnej książce spotykamy kuzynów ulubionego bohatera…

niedziela, 4 sierpnia 2013

Zenon Harasym "Stare fotografie. Poradnik kolekcjonera"

Książka, która łączy piękno albumowego wydawnictwa i wysoką zawartość merytoryczną. Piękno – bo faktycznie zarówno reprodukcje fotografii jak i graficzne „wykończenie” tekstu: skład, rozmieszczenie rozdziałów, ozdobniki są na bardzo wysokim poziomie (no może korekta mogłaby być nieco lepsza). Wysoka zawartość merytoryczna – bo autor w sposób niezwykle uporządkowany, w formie kompendium, podaje czytelnikom wiedzę z zakresu technik fotograficznych, rodzajów fotografii, konserwacji i identyfikacji zbiorów. Wydawnictwo to wypełnia lukę literaturze z zakresu historii fotografii. Z tego co wiem, nie było nigdy wydane podobne kompendium. Choć to adresowane jest przede wszystkim do kolekcjonerów, stanowi gratkę dla miłośników fotografii w ogóle. Są tu oczywiście podstawowe, skrótowe informacje, ale SĄ – a niełatwo o nie w jednej, tak przystępnie i przejrzyście zaprojektowanej książce. Wartościowy jest także aneks, obejmujący m.in. spis ośrodków i instytucji zbierających stare fotografie, bardzo dobrze „zmontowany” spis najważniejszych wydarzeń w historii fotografii i bogata bibliografia. Naprawdę znakomita książka, podająca niemalże na talerzu to czego ze świecą szukać gdzie indziej. Ponieważ zaś jest pisana z perspektywy kolekcjonera, zawiera wiele ciekawostek i precjozów. Autor wyjaśnia dużo zawiłej chemicznej terminologii, a w ostatnim rozdziale hasłowo podsumowuje omówione techniki. Tak jak pisałam – piękno połączone wysoką użytecznością książki (wszak to albumowo wydany, ale jednak poradnik!!!). Jego cena jest bardzo wysoka (choć książkę można nabyć sporo taniej niż u wydawcy, mnie udało się to w jednej z księgarń internetowych). Jaka by jednak nie była, książka jest jej warta!!!!! 

czwartek, 1 sierpnia 2013

Liliana Bardijewska "Księżniczka Koronka i książę Hafcik"


Z takimi „materiałowymi” ilustracjami spotkałam się pierwszy raz u Elżbiey Wasiuczyńskiej. Widziałam nawet „na żywo” jej wyszywane prace do „Mojego pierwszego alfabetu” na wystawie w bibliotece. Potem zobaczyłam prace Ewy Kozyry –Pawlak i zakochałam w nich, choć to już oczywisty bieg rzeczy. Dlatego nie mogłam nie kupić Oli tej przepięknej książeczki, choć po części kupiłam ją do tak naprawdę wspólnych zbiorów. J
Zastanawiam się jak powstało to wydawnictwo. Czy to Liliana Bardijewska zainspirowała się twórczością Kozyry-Pawlak i postanowiła zakląć w słowa te cudne koronkowe światy, czy to ilustratorka odnalazła swój świat wśród dwóch bajkowych królestw – Koronek i Haftów?  Na pewno jeden pomysł pociągnął drugi, bo treść książki i „materia” ilustracji splatają się w niezwykły, oryginalny, niepowtarzalny  i tak nierozerwalny sposób, że czynią tę książkę naprawdę wyjątkową. Ale od początku. Ta cudowna autorska baśń opowiada o dwóch walczących ze sobą królestwach. Ich losy splatają wreszcie ze sobą zakochani w sobie potomkowie władców. Historia tyleż baśniowa, co bardzo typowa. Ale za to JAK napisana. Przeczytajcie początek historii:
Dawno, dawno temu, a nawet jeszcze dawniej, na północ od południa rozciągało się Królestwo Koronek, białe bielutkie, zimne zimniutkie. Królowała w nim królowa Bielissima, calutka cała bielutka biała.
Zaś na południe od północy ciągnęło się wzdłuż i wszerz Królestwo Haftów, ciepłe, cieplutkie, barwne barwniutkie. A królowała  nim królowa Bawrinessa, cała barwniutka, barwna calutka.
No i jak? Czujecie, widzicie? Cała ta baśń jest tak napisana, oddziałuje na zmysł wzroku, dotyku. To językowy majstersztyk, proza pełna wewnętrznych rytmów, powtórzeń, paralelizmów. Ja uwielbiam paralelizmy – zarówno w świecie przedstawionym jak i w konstrukcji tekstu. Uwielbiam tak skrojone teksty – określenie „skrojone” nabiera tu nowego znaczenia J
Materiałowo-dziergane ilustracje również pełne są „graficznych” paralelizmów. Po prostu znakomite. Brakuje mi słów na urodę tej książki, na wirtuozerię słowa i obrazu.

Oleńka dostała ją ode mnie na dzień dziecka. Z życzeniami, aby otaczała się tylko pięknymi książkami. Takimi jak ta.