niedziela, 29 września 2013

Agnieszka Frączek "Rany Julek!"

Uwielbiam (tak ja, jak i Oleńka) rymy Agnieszki Frączek. Znamy co prawda obie jej twórczość z małych książeczek dla najmłodszych dzieci, ale chyba czas zaopatrzyć się w jakiś konkretny tomik. Ta autorka naprawdę nie czuje, że jej się rymuje, a rymuje jej się znakomicie. Dlatego też i ja znakomicie ubawiłam się, czytając książkę „Rany Julek!” i bardzo bym chciała, aby w przyszłości przeczytała ją Oleńka.
Książeczka opowiada bowiem o dzieciństwie Tuwima, o jego wszystkich „bzikach”. Od pirotechnicznego do lingwistycznego. O jego nietypowych kolekcjach, zainteresowaniach. Opowiada o przeciekawym chłopcu, tak bardzo ciekawym świata, że zaprowadziło go to do poezji. Dzieci mogą się utożsamić z małym Julianem – to nie jakiś wielki poeta z pomnika i lektur szkolnych, ale Julek – niezwykły chłopiec, z którym każdy chciałby się zaprzyjaźnić. I za to Agnieszce Frączek wielkie dzięki, że odheroizowała wielkiego poetę. Teraz jest moda na podobne teksty dla dzieci, i dobrze. Bardzo dobrze.

Książeczka napisana jest z niebywałym humorem. Tekst przeplatają partie wierszowane – zarówno autorskie wierszyki Frączek, jak i humorystyczne parafrazy wierszy Tuwima. Ale prawdziwym hitem są… przypisy. Partie tekstu zaznaczone są gwiazdką, a na dolnym marginesie  książki umieszczone są fiszki z kapitalnymi (naprawdę, przy niektórych myślałam, że padnę ze śmiechu) komentarzami, pełnymi gier słownych i specyficznego humoru. Jednym słowem ze wszechmiar udana książka, którą warto mieć w zbiorach, bo takiej książki o Tuwimie zapewne nigdy wcześniej nie było, i długo po niej nie będzie. 

poniedziałek, 23 września 2013

Subiektywny przegląd książeczek dla maluszków

Irena Słońska w starej już, ale (w części teoretycznej) nadal aktualnej książce "Psychologiczne aspekty ilustracji dla dzieci" pisze, że oglądane w dzieciństwie ilustracje kształtują "wzorce wyobrażeniowe". Kiedy jednak przyjrzeć się temu co proponują najmłodszym "kioskowe i marketowe" tytuły, to włos się jeży na głowie. Chciałam zaproponować przegląd najpopularniejszej formy książeczki dla najmłodszych - kwadrat, sztywne kartki, jeden tekst w jednej książce. Dzieci lubią je otwierać, przerzucać, bawić się nimi w najróżniejszy sposób (do budowania wieży też dobrze się nadają:-). Sprawdzają się u maluchów lepiej, niż całe tomy wierszydeł. 
Najpowszechniejsza jest bezwzględnie seria Biblioteczka niedźwiadka Wydawnictwa Sara, a w ramach niej klasyczne i zupełnie nowe teksty - w okropnej oprawie graficznej. Ilustracje Anny i Lecha Stefaniaków (oni chyba mają monopol na tę serię) - z całym szacunkiem dla autorów - dobrych estetycznych wzorców kształtować w stanie nie są:



Nie mówiąc już o tak dramatycznych w skutkach wpadkach jak ta:



Jeśli kaczątek w tekście jest pięć to, na Boga, dlaczego na ilustracji brakuje dwóch?! Dzieci liczą!!! Albo wymagają tego od dorosłych!
Same adaptacje baśni w tej serii również pozostawiają wiele do życzenia, ale tu nie o języku mowa. Zaletą jest zresztą to, że wydawnictwo publikuje również w serii autorów współczesnych (np. genialne wierszyki Doroty Gellner). Odgrzebuje też wykopaliska archeologiczne, np Władysława Bełzę. I za to ukłon.
*
Druga popularna seria to Klasyka polska wydawana przez Wydawnictwo Wilga. Tu już nieco lepiej z ilustracjami, choć i tak wszystko to jakieś zlane ze sobą, szczegóły trudne do jednoznacznej identyfikacji, a Disney puszcza z góry oczko do autorów...



Chociaż i w tym szaleństwie jest metoda... Znalazłam w serii bardzo sympatycznie ilustrowaną książeczkę. Jest owszem, pełna szczegółów i szczególików, ale bardzo klarownie i przejrzyście rozmieszczonych - co sprawdziła i zaakceptowała sama Ola (a przyznacie, w kwestii ilustracji książkowej dla najmłodszych jest lepszym krytykiem niż najmądrzejsi tego świata):



Zresztą nawet w zalewie kiczu zdarzają się małe lub większe perełki. Chociażby świetny Murzynek Bambo, malowany jakby farbkami plakatowymi  (il. Jolanta Marcolla) czy ilustracje Magdaleny Nowak-Kozieł do Zagadek (Wydawnictwo Aksjomat). Można? 

Można i to jeszcze jak.! Jeden w wydawców masówek dla najmłodszych bardzo dba o oprawę graficzną. To Book House! Przykład poniżej: 



Nie trzeba rezygnować z walorów estetycznych, żeby podać dziecku ilustrację, która jest interesująca i czytelna. Sowa autorstwa Artura Nowickiego jest genialna!
I kolejna sympatyczna seria marketowa, również Wydawnictwo Aksjonat.  Wydało ono serię sześciu książeczek z wierszami Brzechwy i bardzo ciepłymi, dziecięcymi ilustracjami Doriny Maciejewskiej:



Jeśli jednak chodzi o stopień  przystosowania ilustracji do percepcji najmłodszych, to tutaj popisała się Wilga. Serię z ilustracjami Agaty Nowak kupić można głównie w Pepco. Mnie przekonuje ona trochę dziecięcymi, uroczo niezgrabnymi ilustracjami o mocnych konturach i natężeniu kolorów. No i nie ma "ściemy": żaba jest zielona, muchomor czerwony...





Na koniec jeszcze kilka fajnych rozwiązań. Dla dzieci świetnie sprawdza się połączenie ilustracji z fotografią. Szkoda, że nie ma na rynku dużo takich książek jak seria "Maluch poznaje" wydawnictwa Aksjomat:



Kapitalną rzecz wypuściło także bliżej mi nieznane Wydawnictwo Polkart. To obrazkowa książka, najgrubsza ze wszystkich w kolekcji Oli z tego formatu, pokazująca dzieci różnych narodowości. Ilustracje Blanki Jakubowskiej nie zachwycają może jakimś szczególnym smakiem, ale bardzo dobrze oddają szczegóły strojów narodowych na dwudziestu ilustracjach.




Jeśli już jesteśmy przy tym typie wydawnictw, to chciałam pokazać jeszcze dwa przykłady. Tym razem nie o  ilustracje chodzi, jakie by one nie były, dobrze, że takie książki są i są wydawane. "Pogotowie ratunkowe" to  wierszyk autorstwa Wiesława Drabika uczący dzieci wzywać karetkę (Wydawnictwo Skrzat). Nawet przy pobieżnym przeglądaniu książeczki dziecko utrwala numer telefonu. Zalet "Dinusia na drodze" reklamować nie trzeba. W środku znaki drogowe!!!!




A na koniec prawdziwa perełka i jednocześnie ciekawostka Wydawnictwa Muchomor. Książka obrazkowa z wycinankami nawiązującymi do motywów kurpiowskich  łowickich i sannickich:



Kapitalny pomysł. Choć krowa jest czerwona, można odważnym wydawcom wybaczyć, bo o właśnie estetykę tu głównie chodzi! Amen

piątek, 13 września 2013

Aleksander Kościów "Lecą wieloryby"

„Lecą wieloryby” to faktycznie dziwna książka. Przeczytałam kilka recenzji, przejrzałam blogi czytelnicze  zanim, nie bez oporów, sięgnęłam po tę powieść. Po kilku pierwszych stronach wydawało mi się, że znajdę w niej to, czego szukałam po lekturze recenzji z okładki – realizm magiczny. Kiedy jednak główny bohater, Jon, trafił do Peronii – dziwnego miejsca, będącego nieskończonym (w opinii jego mieszkańców) Torowiskiem, a potem akcja książki robiła się coraz bardziej mroczna, niejasna i alogiczna – wiedziałam już, że trafiłam raczej do świata Kafki, niż Marqueza, choć dobre i to, bo takich odważnych i jawnych inspiracji Kafką w literaturze już dzisiaj mało. Niestety za szybko, stanowczo za szybko pojęłam, jaki chwyt konstrukcyjny zastosował Kościów w swojej powieści. Tym bardziej, że już to znałam… w dodatku z książki wydanej w tym samym roku. Z powieści dla młodzieży „Za niebieskimi drzwiami” Marcina Szczygielskiego. Tam również akcja powieści rozgrywa się w podświadomości chłopca, który zapadł w śpiączkę. I w niczym nie pomogła oryginalna wyobraźnia autora. To już dla mnie było w innej książce i koniec… Kościów zaoferował mi więc pusty postkafkowski świat bez zaskoczenia.  Mimo to nie żałuję czasu poświęconego na lekturę tej, bądź co bądź bardzo bogatej w możliwości interpretacyjne książki. Niektórzy dostrzegli w niej nawet elementy powieści inicjacyjnej (gdzie?). Ja troszkę pozachwycałam się soczystymi obrazami wyobraźni (chociażby tą straszną Peronią – chyba już zawsze będę patrzeć inaczej na dworce kolejowe… – czy tytułową sceną przelotu wielorybów).  Z dwóch prób literackiego wniknięcia w umysł człowieka pozostającego w śpiączce bezwzględnie bardziej podobała mi się propozycja Szczygielskiego. U Kościowa za dużo było zagadek, za dużo scen żywcem wziętych z sensacyjnych filmów. Momentami myślałam nawet, że już nie dam rady. Ale dobrnęłam do tytułowego przelotu wielorybów. Czego innym odważnym, którzy sięgną po książkę, również życzę.

środa, 11 września 2013

"Pan Pierdziołka spadł ze stołka"

Ohydna ohyda – chciałoby się powiedzieć o tej książce, a konkretnie o prymitywnych ilustracjach. Ale w tym szaleństwie jest metoda!!! „Pan Pierdzołka spadł ze stołka” to zbiór „powtarzanek i śpiewanek”. Ale nie wszystkich. Tych, które pamiętamy z dzieciństwa my, nasi rodzice a może i dziadkowie. Tych, które stanowią relikty folkloru dziecięcego. W dodatku tych najbanalniejszych, najohydniejszych i najbardziej absurdalnych!!! A przez to najlepiej zapamiętanych, bo dzieci takie okropności przecież bardzo lubią. Pamiętacie babę, co siedzi na cmentarzu i trzyma nogi w kałamarzu? Albo zająca co siedział na kołku (Było morze, w morzu kołek…) albo doktora co był pijany i przykleił się do ściany? Musicie je pamiętać, a nasze dzieci muszą je poznać, bo jak pisałam – to relikty słownego folkloru dziecięcego, tak szlachetnie ocalonego w tej kapitalnej, do bólu kiczowatej i „ohydnej” książeczce. Musiałam, po prostu musiałam kupić Oli to dziwadło!  

sobota, 7 września 2013

Zenon Harasym "Ze starego albumu"


Kolejne wspaniałe wydawnictwo o historii fotografii (drogie! Na okładce widnieje cena… 79 zł, można kupić taniej w księgarniach internetowych) – tym razem produkcja BOSZA. Znowu przypadek niezwykłego połączenia piękna albumowego wydania z wysoką wartością merytoryczną. Zenon Harasym omawia tym razem historię starych fotografii powielanych w dwóch najpopularniejszych naówczas formatach. Ale nie tylko to, zanim bowiem przechodzi do omówienia tematyki tych fotografii, zagadnień ich identyfikacji i konserwacji, przeprowadza czytelników barwnie przez historię najstarszych zakładów fotograficznych. Dużo tu bezcennych informacji o – nazwijmy to – obyczajowości wokół XIX wiecznej fotografii – czyli o tym co, jak i w jakich warunkach utrwalano na materiale światłoczułym. Uwierzcie mi, podobnej porcji wiedzy szukać ze świecą w literaturze przedmiotu (lub, już bez świecy, w starych archiwalnych numerach pism fotograficznych, co łatwym zadaniem nie jest). Harasym scala tę wiedzę, podając ją w pigułce. Jednym słowem oddaje miłośnikom fotografii (nie tylko kolekcjonerom, choć do tych – głównie początkujących– adresowana jest książka) kolejną perełkę. W dodatku w jakiej oprawie… mój Boże, ta książka i wcześniej omawiany poradnik „Stare fotografie”, to jedne z najpiękniejszych książek w moim księgozbiorze. Wszystko tu typograficznie przemyślane, dobrane i oryginalnie wprowadzone. Ciekawostką jest, że tekst znajduje się tylko na nieparzystych stronach, parzyste strony wypełniają wysokiej jakości reprodukcje starych fotografii, rozmieszczone z rozmysłem i bez przepychu. Warto przypomnieć, że BOSZ wydał swego czasu również antologię poezji inspirowanej fotografią „Pisane światłem”. Harasym był jednym ze współtwórców książki. Perełki są więc aż trzy. No – cztery – jeśli dodamy do tego… mój ukochany  „Fotoplastikon” Dehnela. Szkoda tylko, że książki Harasyma zostały wydane w różnych formatach. „Ze starego albumu” koresponduje raczej z przywołaną antologią poezji o fotografii, niż wydanym przez ARKADY poradnikiem „Stare fotografie”.

wtorek, 3 września 2013

Jamse M. Barrie "Piotruś Pan w Ogrodach Kensingtońskich"


Najpierw dwa słowa wyjaśnienia na temat wydania. Choć tytuł brzmi znajomo, tak naprawdę jest to tłumaczenie „Piotrusia Pana w Ogrodach Kensingtońskich”. A czym jest ta część Piotrusia Pana - nie wiem… Nie znalazłam wyjaśnienia, jak obie części mają się do siebie, Wikipedia pisze o tym tak:
„W 1906 roku fragment The Little White Bird z Piotrusiem jako głównym bohaterem opublikowano pod tytułem Peter Pan in Kensington Gardens (Piotruś Pan w Ogrodach Kensingtońskich) z ilustracjami Artura Rackhama. Później Barrie zaadaptował sztukę na powieść wydaną w 1911 roku pt. Peter Pan and Wendy.”
Faktem jest,  że „Piotruś Pan w Ogrodach Kensingtońskich ” jest niejako prologiem do znanej wszystkim powieści, rozdzielonym z nią okrutnie i rzadko publikowanym razem. Tytuł książki, którą mam przed sobą również w błąd wprowadza, bo to przecież zupełnie inny tekst, pod tym samym tytułem. Szkoda, że części te są rozdzielane  (ale też tak naprawdę nie wiem dlaczego. Może ktoś wie więcej na ten temat?). Warto przeczytać ten niezwykły prolog zanim pozna się przygody Piotrusia w Nibylandii.
Bo oto tutaj Piotruś Pan nie jest latającym niesfornym chłopcem ubranym w zielone liście ale… siedmiodniowym niemowlęciem, które „przyfrunęło” do Parku Leśnego i które w samej koszulce nocnej trafia na Ptasią Wyspę. Barrie snuje smutną teorię, że wszystkie dzieci były kiedyś ptaszkami zanim się urodziły i to ptaki wysyłają je ludziom jako dzieci. Smutną, bo na przykład jaskółki są duszyczkami zmarłych dzieci, które wracają lepić gniazdka pod swoje okna. Książka opowiada więc o początkach Piotrusia, który jest „ni tym, ni owym” – jak nazywa go jeden z ptaków. Opowiada także o tym, co dzieje się w Leśnym Parku „po dzwonku” – czyli po zamknięciu bram. A to już świat pełen fantastycznych stworzeń i magii. Barrie tworzy przed naszymi oczami cały wspaniały świat elfów, wyposażając go nie tylko w cudne rekwizyty (grzybki jako krzesełka na balu) ale i swoistą „teorię” tego elfiego świata. Książka ma niepowtarzalny klimat, w który warto wejść odważnie i z dziecięcą ufnością, tak jak to czynią spacerowicze w Leśnym Parku. Warto, tylko nie można zapomnieć, że historia Piotrusia Pana to przede wszystkim historia o śmierci. ŚMIERCI DZIECKA. Tak ją odczytałam przy lekturze „Pioturisa Pana i Wendy” i tak ją, po stokroć, odczytałam teraz. Dlatego to bardzo smutna książka. I BARDZO nie dla dzieci.
Nie da się też ukryć, że klimat powieści narzuciły mi (i dobrze, bo to było niezwykłe doświadczenie) ilustracje Artura Rackhama. Znalazłam tę książkę (Wydawnictwo Wrota, Warszawa 1991, Wydanie II) w antykwariacie i kupiłam za grosze, porwana właśnie tymi niezwykłymi ilustracjami, nie wiedząc jeszcze nawet, że są to ilustracje z pierwszego wydania i pierwsze tłumaczenie – Zofii Rogoszówny. O tym JAKIE są, napisać nie umiem, trzeba je zobaczyć, dać się wciągnąć w ten tajemniczy, trochę straszny świat. Widok Piotrusia Pana jako bobaska w nocnej koszuli, siedzącego na drzewie i rozmawiającego z krukiem jest niezapomniany. Warto zapoznać się i z tekstem, i z ilustracjami także dlatego, że rozszerzają nasze postrzeganie kultowej już przecież postaci, tak strasznie zdominowanej przez Disneyowską kreskówkę, na której i ja się wychowałam.