wtorek, 3 września 2013

Jamse M. Barrie "Piotruś Pan w Ogrodach Kensingtońskich"


Najpierw dwa słowa wyjaśnienia na temat wydania. Choć tytuł brzmi znajomo, tak naprawdę jest to tłumaczenie „Piotrusia Pana w Ogrodach Kensingtońskich”. A czym jest ta część Piotrusia Pana - nie wiem… Nie znalazłam wyjaśnienia, jak obie części mają się do siebie, Wikipedia pisze o tym tak:
„W 1906 roku fragment The Little White Bird z Piotrusiem jako głównym bohaterem opublikowano pod tytułem Peter Pan in Kensington Gardens (Piotruś Pan w Ogrodach Kensingtońskich) z ilustracjami Artura Rackhama. Później Barrie zaadaptował sztukę na powieść wydaną w 1911 roku pt. Peter Pan and Wendy.”
Faktem jest,  że „Piotruś Pan w Ogrodach Kensingtońskich ” jest niejako prologiem do znanej wszystkim powieści, rozdzielonym z nią okrutnie i rzadko publikowanym razem. Tytuł książki, którą mam przed sobą również w błąd wprowadza, bo to przecież zupełnie inny tekst, pod tym samym tytułem. Szkoda, że części te są rozdzielane  (ale też tak naprawdę nie wiem dlaczego. Może ktoś wie więcej na ten temat?). Warto przeczytać ten niezwykły prolog zanim pozna się przygody Piotrusia w Nibylandii.
Bo oto tutaj Piotruś Pan nie jest latającym niesfornym chłopcem ubranym w zielone liście ale… siedmiodniowym niemowlęciem, które „przyfrunęło” do Parku Leśnego i które w samej koszulce nocnej trafia na Ptasią Wyspę. Barrie snuje smutną teorię, że wszystkie dzieci były kiedyś ptaszkami zanim się urodziły i to ptaki wysyłają je ludziom jako dzieci. Smutną, bo na przykład jaskółki są duszyczkami zmarłych dzieci, które wracają lepić gniazdka pod swoje okna. Książka opowiada więc o początkach Piotrusia, który jest „ni tym, ni owym” – jak nazywa go jeden z ptaków. Opowiada także o tym, co dzieje się w Leśnym Parku „po dzwonku” – czyli po zamknięciu bram. A to już świat pełen fantastycznych stworzeń i magii. Barrie tworzy przed naszymi oczami cały wspaniały świat elfów, wyposażając go nie tylko w cudne rekwizyty (grzybki jako krzesełka na balu) ale i swoistą „teorię” tego elfiego świata. Książka ma niepowtarzalny klimat, w który warto wejść odważnie i z dziecięcą ufnością, tak jak to czynią spacerowicze w Leśnym Parku. Warto, tylko nie można zapomnieć, że historia Piotrusia Pana to przede wszystkim historia o śmierci. ŚMIERCI DZIECKA. Tak ją odczytałam przy lekturze „Pioturisa Pana i Wendy” i tak ją, po stokroć, odczytałam teraz. Dlatego to bardzo smutna książka. I BARDZO nie dla dzieci.
Nie da się też ukryć, że klimat powieści narzuciły mi (i dobrze, bo to było niezwykłe doświadczenie) ilustracje Artura Rackhama. Znalazłam tę książkę (Wydawnictwo Wrota, Warszawa 1991, Wydanie II) w antykwariacie i kupiłam za grosze, porwana właśnie tymi niezwykłymi ilustracjami, nie wiedząc jeszcze nawet, że są to ilustracje z pierwszego wydania i pierwsze tłumaczenie – Zofii Rogoszówny. O tym JAKIE są, napisać nie umiem, trzeba je zobaczyć, dać się wciągnąć w ten tajemniczy, trochę straszny świat. Widok Piotrusia Pana jako bobaska w nocnej koszuli, siedzącego na drzewie i rozmawiającego z krukiem jest niezapomniany. Warto zapoznać się i z tekstem, i z ilustracjami także dlatego, że rozszerzają nasze postrzeganie kultowej już przecież postaci, tak strasznie zdominowanej przez Disneyowską kreskówkę, na której i ja się wychowałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz