czwartek, 31 października 2013

Wchodzę do osiedlowego domu kultury, a tam na drzwiach do świetlicy Alicja i jej Kraina Czarów. Trochę disneyowska co prawda, ale co tam...

sobota, 26 października 2013

Grzegorz Bartos "Opowieść o dwóch meczach i morderstwie"

Kilka lat temu pisałam przy okazji zbioru opowiadań Bernarda Gotfryda „Widuję ich w snach”, że to jedyny znany mi przykład literackiego Radomia. W ostatnich latach namnożyło się tych literackich portretów miasta – i dobrze. Bo wśród nich znalazłam prawdziwą perełkę. Oj długo nie będę mogła otrząsnąć się po tej lekturze, długo…
Powieść Bartosa przebiega dwutorowo i w dwóch czasowych przestrzeniach. Jedna, właściwa opowieść, to żydowski Radom początku lat 30. Kluczowym wydarzeniem jest przypadkowe morderstwo, którego dokonuje młody Żyd po jednym z rozegranych meczy. Autor, podobnie jak to miało miejsce w przeczytanym przeze mnie ostatnio „Żarcie” Kundery (czyli budowa tekstu nie najoryginalniejsza, ale za to dobrze i przez najlepszych sprawdzona) w kolejnych rozdziałach dopuszcza do głosu poszczególnych bohaterów – młodych ludzi, którzy w swoich monologach lub pozornych dialogach opowiadają o swoim życiu i relacjach w wielokulturowym Radomiu. Słuchamy m.in. romansującej z  Żydem Gerszonem gojce Krysi, zakochanej w nim Róży, zakochanego w Krysi Antka i innych (tak, tak – wątek romansowy bierze tu górę…).  Każde z nich  ma odmienny ogląd tej samej rzeczywistości. Autor znakomicie oddaje językowo różnice między postaciami, te monologi to prawdziwy językowy majstersztyk! Ale to nie wszystko – drugi tor powieści to współczesny Radom i monolog porte parole samego pisarza, który poznaje przypadkowo trójkę amerykańskich Żydów.  Szuka dla nich informacji o ich rodzinie. Wszystko się komplikuje, gdy do Polski przyjeżdża wnuczka Susan. Ta „druga” opowieść to taki swoisty metatekst do faktycznej opowieści. Dużo tu informacji o tym, jak autor zdobywał wiedzę z historii radomskich Żydów, bardzo dużo refleksji nie tylko o historii, ale o egzystencji każdego z nas. To, paradoksalnie, bardzo egzystencjalna książka… Trochę taka kunderowska właśnie (erotyzm też jest, a jakże… zieje z niej erotyką!!! Ale to również kunderowska erotyka!).
Ciężko jest sensownie streścić tę powieść – mimo pozornie prostej fabuły, tak naprawdę jest tu bardzo dużo mikrowątków, powieść urasta wręcz do jakiegoś swoistego labiryntu motywów, wątków, refleksji… Tak, labirynt to bardzo dobre określenie.
Sama zaś ocena historii wyłożona w tej właśnie „metatekstowej” części książki jest porażająca. I wynika ona nie tylko z ogromnej wiedzy, ale też wielu lat przemyśleń. Porażająca – kolejne trafne słowo dla tej książki.

No i jest jeszcze jeden aspekt lektury „Opowieści o dwóch meczach i morderstwie”. Autor zabiera nas na spacer po nieistniejącym już, żydowskim Radomiu. W nieprawdopodobnie plastyczny sposób ożywia to, co już dawno minęło. Po lekturze książki spojrzałam na to miasto zupełnie inaczej. Omijane zaułki nagle stały się interesujące. Zupełnie zmieniło się moje postrzeganie Radomia. Ta książka to głęboka refleksja o kondycji tego miasta – także współczesnej kondycji. Tylko wziąć i – czytając – podążać śladami bohaterów. Choć opis jest momentami chaotyczny, choć okropnie gubiłam się w tym literackim labiryncie, nie żałuję czasu poświęconego tej – wcale nie takiej łatwej i przyjemnej, jak by się mogło wydawać – książce. Dużo zmieniła w moim oglądzie rzeczywistości – nie tylko tej najbliższej, a wszak po to czytamy książki…

wtorek, 22 października 2013

"Księga straszliwej niegrzeczności"

„Księga straszliwej niegrzeczności…” to nic innego jak zbiór listów małego wilczka, który miał problemy z grzecznością, a w zasadzie z… niegrzecznością. Z opanowaniem tej drugiej wystąpiły i niego problemy na tyle poważne, że rodzice wysłali go samego do Szkoły Złości i Chytrości, co się w Strasznolesie Mości. Listy są dramatycznym zapisem samotnej wędrówki do owej szkoły, postępów w nauce i przygód wilczka. Jak można się łatwo domyśleć, grzeczność zwycięża, a wilczek dostaje odznakę zucha a nie złego wilka. W tej uroczej książeczce następuje kapitalne odwrócenie konwencji, wszystko wydaje się na opak, aż do wielkiego finału. Przygody naiwnego wilczka zabawią z całą pewnością i dzieci, i dorosłych. Sam bohater został obdarzony Mikołajkowym (tak, tak, dogadałby się z łatwością z Mikołajkiem Sempego) postrzeganiem i analizowaniem świata. Wilczuś jest tak naiwny i uroczy, że z pewnością spodoba (czytaj: podoba, o czym świadczy ilość wypożyczeń tej książki w mojej bibliotece) się dzieciom – tak bardzo do niego podobnym. Ale książka zachwyca też w warstwie językowej. Główny jej humor językowy opiera się  na kapitalnych  tautologiach i pleonazmach. Nazwy własne są równie udane i tworzą niepowtarzalny świat na opak, taką dziecięcą krainę a rebous (której mapka, zgodnie z literacką i wydawniczą tradycją znajduje się na początku książki). Wystarczy wymienić: Powiat Ciemnicki, Strasznolas, Stryjca Złyjca, Złowilka, czy nazwy typu: Wilczookrutny, Wilczomilczy, Brudnopysk i inne. Jednym słowem – kapitalna lektura, pełna śmiechu, tkliwości, pozytywnych emocji, zdrowego językowego kolokwializmu i wilczkowej złości, która obraca się na dobre…

czwartek, 10 października 2013

Zofia Urbanowska "Gucio zaczarowany"

Czy nie dziwi nikogo, że sięgnęłam po takie wykopalisko archeologiczne? Pewnie dziwi, ale lubię czasami wracać do tego co zapomniane i – na pierwszy rzut oka – nieaktualne. Choć Gucio taki zupełnie zapomniany nie jest. Tytuł książki co i rusz przewija się i we wspomnieniach starszych pokoleń i w opracowaniach z zakresu literatury dla dzieci i młodzieży. Więc sięgnęłam, przeczytałam, pocieszyłam się tym mocno trącącym już myszką językiem – właśnie dlatego tak wartościowym, i jestem zadziwiona. Mimo naiwnej już dzisiaj pozytywistycznej programowości powieść Urbanowskiej nadal nadaje się do wieczornego czytania i mam nadzieję, że niedługo już razem z Oleńką będziemy raz jeszcze przeżywać przygody chłopca zamienionego przez wróżkę (nietypowego wyglądu dodam – ale przeczytajcie sami) w muchę. Gucio ma na sobie czerwoną czapeczkę – dzięki temu inne owady wiedzą, że nie jest jednym z nich a „duszą pokutującą” za próżniactwo. Gucio nabiera przekonania, że nawet najmniejsze żyjątko jest potrzebne światu, uczy się szacunku do otaczającej przyrody i swoich bliskich. A mali czytelnicy razem z nim. I właśnie dlatego trzeba cierpliwie znieść tę pozytywistyczną programowość, tę powtarzaną jak mantra tezę, że wszystko co żyje musi być użyteczne i czytać dalej, bo sama fabuła książeczki została skonstruowana sprawnie i atrakcyjnie. Jej atutem jest też to, że autorka przekazuje dzieciom bardzo dużo cennych informacji na temat świata przyrody, uwrażliwia na nią. Pokazuje nasz świat z zupełnie innej perspektywy, rozszerza wyobraźnię małego odbiorcy.

„Czytałem tę książkę, kiedy byłem mały, i tak mocno zachowałem ją w pamięci, że później już jako człowiek dorosły nieraz próbowałem sobie wyobrazić, jak to jest, kiedy ktoś zostanie muchą. Właściwie dlaczego nie mielibyśmy się to zwiększać się, to zmniejszać, żeby oglądać świat w coraz to nowy sposób?” – pisał Czesław Miłosz w przedmowie wydania, które przeczytałam. Wierzę mu. Ta powieść może zrobić na dziecku wrażenie i może zapaść w pamięć. A poza tym warto ją przeczytać, żeby choć trochę poczuć, jak kiedyś dla dzieci pisano i o czym pisano…

poniedziałek, 7 października 2013

Milan Kundera "Żart"

Przy okazji „Księgi śmiechu i zapomnienia” pisałam, że pisarstwo Kundery boli i że… nie umiem o nim pisać. Nic się nie zmieniło w moim odczuciu po przeczytaniu „Żartu”, nie wiem co napisać, a boli jak cholera… Ależ ten facet grzebie, ależ grzebie w najgorszych, najbardziej wstydliwych ludzkich kompleksach, instynktach. Często pojawia się w jego prozie motyw odbicia w innym człowieku, uczynienia z niego lustra. Tak jest też z całą prozą pisarza. Genialne w pisarstwie Kundery jest też to, że to ludzkie uniwersum, tę „nieznośną lekkość bytu” umiejscawia w konkretnym czasie historycznym, który w dodatku tak mocno na to uniwersum wpływa. To mnie najbardziej zawsze zadziwia w jego książkach, że socjalistyczna rzeczywistość jest bodźcem do ujawniania najbardziej drażliwych kompleksów (apogeum tego zjawiska występuje właśnie w „Nieznośnej lekkości bytu”).  „Żart” jest chronologicznie pierwszą powieścią Kundery – i czuje się tutaj ten zawiązek tematów i motywów, które potem buchną z niebezpieczną siłą. Powieść jak zwykle o tym samym: o kompleksach seksualnych, rozdźwięku między ciałem i duszą, o lekkości bytu, o tym jak socjalizm wdziera się w ludzkie słabości i namiętności. Na to czytelnicy czekają i na to liczą. Podoba mi się ta egzystencjalna koncepcja powieści. Bardzo podoba… W „Żarcie” zachwyciła mnie także budowa powieści. Autor korzystając z narracji pierwszoosobowej pozwala dojść do głosu kilku bohaterom – na czele z Ludwikiem, wokół którego kręci się akcja. Wszyscy ci bohaterowie w którymś momencie zetknęli się z Ludwikiem i jego osoba pozostawiła na nich niezatarte piętno. Kiedy „słuchałam” kolejnych monologów bohaterów, myślałam sobie… a co z tymi, których autor nie dopuścił do głosu? Co oni mogli by nam, może chcieliby nam powiedzieć?… Pod koniec książki tempo przyspiesza. Kolejni bohaterowie nie otrzymują już dla siebie całych rozdziałów, a jedynie przeplatane ze sobą fragmenty, coraz krótsze, trwa kakofonia wewnętrznych monologów aż do finału powieści. Znakomite!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Choć przecież samo zawiązanie fabuły (ba! ona sama!) jest banalne. Ale nie o to tu chodzi aby się działo, nie o to…
Nie umiem pisać o Kunderze, nie umiem go nawet szybko czytać, muszę powoli, bo inaczej nie zniosłabym swojego odbicia… I tak jest z każdą jego książką…

Jeszcze dwa słowa o samym wydaniu. Państwowy Instytut Wydawniczy kilka lat temu zdecydował się heroicznie (i chwała mu za to) wydać wszystkie teksty Kundery. Dostępność ich w bibliotekach (słaba, jak się domyślacie) nie jest oczywiście winą wydawnictwa (choć cena książek była w moim odczuciu zbyt wysoka, by lekką ręką uzbierać całość, choć ta całość musiała się rozejść, bo nie doświadczyłam tej serii w tanich książkach). Winą jest natomiast złożenie tekstu tak małą czcionką, że przebrnięcie przez te teksty wymaga nie lada wysiłku. Czytanie Kundery jest już wystarczającym wysiłkiem umysłu i serca, żeby utrudniać to jeszcze tak fatalnym składem. Amen.

czwartek, 3 października 2013

Mariusz Urbanek "Brzechwa nie dla dzieci"

Zacznę od tego, że kiedy zobaczyłam biografię Brzechwy wystawioną w witrynie księgarni, pomyślałam od razu – aha, kolejna biografia „non fiction”, tropiąca sensację za wszelką cenę. Przyznacie przecież, że tytuł NIE DLA DZIECI nasuwa od razu jednoznaczne skojarzenia. Tytuł okazał się jednak tylko chwytem marketingowym, bo oto właśnie skończyłam jedną z najlepiej napisanych biografii jaką czytałam. Urbanek przeprowadza nas przez dzieciństwo i młodość Brzechwy w gawędziarskim, barwnym stylu. Mnóstwo tu ciekawych i nieznanych faktów, mnóstwo humoru, ciepła i anegdoty. Właśnie – ciepła i serdeczności – w takiej atmosferze mamy okazję poznać człowieka, o którym tak naprawdę niewiele wiemy. Po lekturze książki pomyślałam sobie – fajny musiał być z niego facet, dobry człowiek. Ot co. Urbanek – zdaje się – pisze tak jak było – bez udziwniania, bez rozgrzeszania, bez zajmowania jakiegokolwiek stanowiska. Ten obiektywizm cały czas się wyczuwa i bardzo mi się to podoba. Wątek prostalinowskiej przygody Brzechwy też jest – a jakże – autor poświęcił mu sporo miejsca w książce i całe dwa rozdziały końcowe. Jednak nie wyczuwa się w tym opracowaniu jakiejś sztucznej pogoni za sensacją, Urbanek daleki jest od jakiejkolwiek oceny sytuacji. A tym samym udowadnia, że człowiek nigdy nie jest tylko czarno-biały. Właśnie taką postawą zmusza do refleksji nad tamtymi czasami. I może właśnie dlatego czytelnikowi wydaje się w trakcie lektury, że Brzechwa fajnym gościem był…       I pewnie czytelnik się wcale nie myli…

Ale z tego bogatego opracowania dowiemy się dużo nie tylko o autorze „Kaczki Dziwaczki”, ale także o wielu wydarzeniach z historii narodu i literatury. A ponieważ Brzechwa był adwokatem wyspecjalizowanym w prawie autorskim, Urbanek szeroko opisuje jego najważniejsze sprawy sądowe, uświadamiając czytelnikom wiele zjawisk, o których zapewne nie mieli nawet pojęcia (np. kwestie umów wydawniczych zawieranych podczas wojny). Naprawdę wartościowa książka! Brawo dla autora za to że w całym tym nurcie „non fiction” w jego biografii ocalał prawdziwy człowiek.