poniedziałek, 23 grudnia 2013

sobota, 21 grudnia 2013

Janina Porazińska "I w sto koni nie dogoni"

Dawne to, bardzo dawne lata. Odbiegły i nie dogonisz ich ani na rączym koniu, ani na skrzydłach, ani rakietą księżycową. Tylko myśl ludzka, najszybsza, może się tam znaleźć.
I właściwie tym pojemnym cytatem ze wstępu książki mogłabym zakończyć jej omawiane, bo idealnie oddaje jej naturę, ale przecież tak uczynić nie wypada...
„I w sto koni nie dogoni” to zapiski znanej, wspaniałej pisarki dla dzieci, plik luźno powiązanych ze sobą wspomnień z najdalszego dzieciństwa Porazińskiej.  Z czasów kiedy, jak sama pisze: I ja miałam kiedyś 6 lat i marzenie, aby zostać dorożkarzem. To taka fotograficzna niemalże kronika z mieszczańskiej kamienicy w Lublinie początku wieku, gdy nie było jeszcze elektryczności, a po ulicach jeździły dorożki; i potem z majątku ziemskiego w Chrustach, gdzie mała Janinka spędzała każde wakacje. Kalejdoskop ludzkich typów, zabawnych historii, dawnych i zapamiętanych przez dziecko opowieści dziadków. Jednym słowem świat, którego już nie ma i nie będzie. Właśnie dlatego warto sięgnąć po ten pliczek wspomnień. Dla tego minionego świata. Przyznam się szczerze, że dawno nie czytałam wspomnień tak archaicznie – i w leksyce i w sposobie obrazowania – napisanych, ale właśnie w tym kryje się cały ich urok. To co najbardziej trąci myszką, okazuje się nośnikiem poszukiwanych w literaturze wartości. Lubię takie starocie.
Jeśli zaś spojrzeć na tę książkę pod kątem historii literatury dla dzieci, to znakomicie widać w niej co i jak ukształtowało późniejszą autorkę „W Wojtuiowej izbie”. Daje też w przepiękny sposób, mimowolnie, odpowiedź na pytanie, dlaczego ludzie byli kiedyś zdrowsi i szczęśliwsi…

Wydanie, które czytałam, również jest bardzo interesujące. Niby niepozorne, ale tekst posiada obszerne marginesy, które są jednocześnie miejscem na maleńkie, czarno-białe ilustracje. Wyglądają one trochę jak stare drzeworyty.  To książka, do której – ze względu na treść i graficzną oprawę – można się przywiązać, co też z chęcią uczyniłam…

niedziela, 15 grudnia 2013

Eduard Uspienski "Troje z Prostokwaszyna"



„Troje z Prostokwaszyna” to książeczka skierowana do młodszych dzieci, autorstwa rosyjskiego pisarza Euarda Uspienskiego. Na początku jakoś nie mogłam tego dziwnego świata załapać, potem jednak zaczął mnie bawić i śmieszyć. Książeczka opowiada o 4-letnim chłopcu, przez swą wyjątkową dojrzałość nazwanym wujaszkiem Fiodorem. Znajduje on pewnego razu mówiącego kota, a że mama nie chce słyszeć o przygarnięciu zwierzęcia, wujaszek ucieka z domu i osiada na jednej z wsi. Dołącza się do nich zwariowana kompania: pies Szarik, który zajmuje się… fotoplowaniem, kawka Łapaczka, mówiąca krowa i traktor napędzany ludzkim jedzeniem. Od czasu do czasu mieszkańców dziwnego domku odwiedza niezdarny listonosz Piecuś – i to on najczęściej jest źródłem humoru i sytuacyjnego, i słownego – tego drugiego tym bardziej, że postać jego jest żywcem wzięta z najlepszych przykładów literatury absurdu. A ja uwielbiam takie znaleziska w literaturze dla dzieci. Uwielbiam elementy absurdu… Dla przykładu soczysty dialog z Piecusiem  w roli głównej, z którego i Lewis Carroll byłby dumny:
Listonosz przemókł do suchej nitki. Tacie zrobiło się go nawet żal.
- Co też pan będzie roznosić listy w taką brzydką pogodę? Niech lepiej pan je wyśle pocztą.
Listonosz przyznał mu rację:
- Słusznie, słusznie. Dlaczego ja je muszę roznosić w taką pluchę? Ma pan dobry pomysł. Jeszcze dziś przedstawię go kierownikowi.
Ale absurd osadza się nie tylko na dialogach. Nikogo tu nic nie dziwi, żadne dziwactwo. Wszyscy przyjmują ten zwariowany świat mówiących zwierząt i napędzanych jedzeniem traktorów jakby nigdy nic.

I tylko dorośli czytelnicy domyślać się mogą, że fabuła książki to raczej i tylko - projekcja marzeń dziecięcych. Wujaszek Fiodor ucieka z domu i znajduje opuszczony domek. Chce znaleźć skarb – idzie i znajduje, chce mieć traktor trochę prawdziwy a trochę nie – przysyłają mu. Grunt, że te dziecięce marzenia kończą się dobrze – rodzice wkraczają do akcji, gdy robi się niebezpiecznie. Cały czas są obok i poszukują synka –  jak w dobrych i pożytecznych książkach dla dzieci przystało. Subtelny humor, sympatyczni zwierzęcy bohaterowie, miłość rodziców i przyjaźń dzieci ze zwierzętami. Czego chcieć więcej. Książka dodatkowo pięknie wydana – z niebanalnymi, trochę „rozmytymi”, ciepłymi ilustracjami, ładnie wykończona typograficznie. 

sobota, 7 grudnia 2013

Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały...

Tej książki szczególnie reklamować nie trzeba. Od lat jest obecna na rynku wydawniczym i wychodzi w tej samej szacie graficznej. Nie krzyczy rzucającą się w oczy okładką, nie nęci kolorem. Jest. Proponuje. Nie obiecuje, że po jej przeczytaniu nie będzie już żadnych problemów, nie obiecuje Bóg wie czego – jak inne podobne propozycje (choć trzeba przyznać, że nawet te, które obiecują i napisane są w konwencji: przeczytaj mnie a odmienię twoje życie, bywają czasami w finale wartościowymi i godnymi polecenia pozycjami). Wręcz przeciwnie, ostrzega, że to nie lektura jest najtrudniejsza, a późniejsza praktyka. Jest tu jednak skarbiec wskazówek, które mogą faktycznie usprawnić komunikację z małymi ludźmi (myślę, że także z większymi) i podnieść poziom szacunku do nich. Pozycję przystępnie napisały dwie kompetentne osoby; dużo tu wartościowej wiedzy z zakresu psychologii dziecka. I co najważniejsze; wiele kwestii zostało tu pokazanych za pomocą… rysunków. Bardzo dobry pomysł! Najprostsze zilustrowanie zagadnienia bardzo pomaga w utrwaleniu. Nie jest to bowiem książka, którą po przeczytaniu odkłada się na półkę. Trzeba do niej wracać, kartkować, czytać sobie od czasu do czasu te „komiksy” i... próbować. Życzę Wam i sobie – powodzenia! 

niedziela, 1 grudnia 2013

Stanisław Pagaczewski "Porwanie Baltazara Gąbki"

Do sięgnięcia po książkę nieświadomie zachęciła mnie córeczka, która uwielbia oglądać starą bajkę na podstawie powieści (pamiętacie na pewno: Bartolini Bartłomiej herbu Zielona Pieruszka – mama mia i tajemniczy Don Pedro, szpieg z Krainy Deszczowców – carramba). Ta stara bajka jest zresztą świetnie zrobiona. Teraz mam porównanie z powieścią i z radością stwierdzam, że twórcy kreskówki co prawda pozbawili uczestników wyprawy do Krainy Deszczowców jednego bohatera – Doktora Koyota, za to tajemniczy Don Pedro zyskał jeszcze bardziej na tajemniczości i wyrazistości. W książce zbyt szybko porzuca stronę ciemności i staje się przyjacielem ekspedycji, tutaj trochę dłużej szpieguje i knuje:-)
Powieść Pagaczewskiego jest po prostu… kapitalna. Przede wszystkim jest na wskroś polska. Autor świetnie oddaje klimat Krakowa – robiąc istne pomieszanie z poplątaniem: z jednej strony jest to jeszcze Gród Kraka, w Smoczej Jamie mieszka zaprzyjaźniony już ze wszystkimi Smok Wawelski, kocie łby na ulicach to szczyt nowoczesności, z drugiej zaś smok robi zdjęcia, ma nowoczesny sprzęt itd. Jednak najfajniejsze jest w książce to odwrócenie tradycji: Smok Wawelski żyje w przyjaźni z mieszkańcami grodu, na swojej drodze spotyka Antyzbójców itd… Największa czytelnicza uciecha kryje się jednak przede wszystkim w onomastyce tej książki. Pagaczewski znakomicie powymyślał i ponazywał wszystkie te krainy, przez które podróżuje smocza ekspedycja: od Krainy Psiogłowców, przez Słonecję, Krainę Gburowatego Hipopotama, na Krainie Deszczowców skończywszy. Przy tej ostatniej autor osiągnął prawdziwe mistrzostwo w nazewnictwie związanym z wodą i deszczem. Ale to nie wszystko, autor stworzył fantastyczną faunę i florę – tak w nazewnictwie, jak i „cechach gatunkowych” – której nie powstydziłaby się sama J.K. Rowling!!! Zresztą ona by się i wszystkich tych krainy nie powstydziła (dlaczego my tak chętnie sięgamy po zachodnie produkty, mając na bibliotecznych półkach takie cacka!!!!). Niektóre te wytwory mogłyby spokojnie wejść do najbardziej fantastycznych bestiariuszy:-) Myślę tu głównie o Okropnikach i Bagiennikach Purpurowych.
Ale najważniejsze w książce jest to, że wszystko kończy się dobrze, a system wartości wyznawany przez Smoka Wawelskiego pozostaje niezachwiany: kiedy smok łapie okrutnego władcę Deszczowców, ten prosi go o wypuszczenie i obiecuje tyle skarbów, że ci oko zbieleje. Smok odpowiada na to:
- He,He, widzisz mój drogi, skarbów, które masz na myśli, wcale sobie nie cenię. Moje skarby to zdrowie, optymizm i poczucie humoru”.  I to mogłoby być motto tej cudownej książki…

Na zdjęciu powyżej egzemplarz, który należał do mojej mamy i ukochana figurka, którą bawi się moja córka. A więc historia „pokoleniowa”:-)
Zresztą widziałam na bibliotecznej półce, że nie taka zapomniana, że wznowiona i to z kolorowymi ilustracjami. Te czarno-białe są bardzo klimatyczne, ale to nic, ważne, że jest szansa, że trafi do młodych ludzi wychowanych na zachodniej fantastyce. W przypadku małej Oli dopilnuję tego osobiście:-)