niedziela, 1 grudnia 2013

Stanisław Pagaczewski "Porwanie Baltazara Gąbki"

Do sięgnięcia po książkę nieświadomie zachęciła mnie córeczka, która uwielbia oglądać starą bajkę na podstawie powieści (pamiętacie na pewno: Bartolini Bartłomiej herbu Zielona Pieruszka – mama mia i tajemniczy Don Pedro, szpieg z Krainy Deszczowców – carramba). Ta stara bajka jest zresztą świetnie zrobiona. Teraz mam porównanie z powieścią i z radością stwierdzam, że twórcy kreskówki co prawda pozbawili uczestników wyprawy do Krainy Deszczowców jednego bohatera – Doktora Koyota, za to tajemniczy Don Pedro zyskał jeszcze bardziej na tajemniczości i wyrazistości. W książce zbyt szybko porzuca stronę ciemności i staje się przyjacielem ekspedycji, tutaj trochę dłużej szpieguje i knuje:-)
Powieść Pagaczewskiego jest po prostu… kapitalna. Przede wszystkim jest na wskroś polska. Autor świetnie oddaje klimat Krakowa – robiąc istne pomieszanie z poplątaniem: z jednej strony jest to jeszcze Gród Kraka, w Smoczej Jamie mieszka zaprzyjaźniony już ze wszystkimi Smok Wawelski, kocie łby na ulicach to szczyt nowoczesności, z drugiej zaś smok robi zdjęcia, ma nowoczesny sprzęt itd. Jednak najfajniejsze jest w książce to odwrócenie tradycji: Smok Wawelski żyje w przyjaźni z mieszkańcami grodu, na swojej drodze spotyka Antyzbójców itd… Największa czytelnicza uciecha kryje się jednak przede wszystkim w onomastyce tej książki. Pagaczewski znakomicie powymyślał i ponazywał wszystkie te krainy, przez które podróżuje smocza ekspedycja: od Krainy Psiogłowców, przez Słonecję, Krainę Gburowatego Hipopotama, na Krainie Deszczowców skończywszy. Przy tej ostatniej autor osiągnął prawdziwe mistrzostwo w nazewnictwie związanym z wodą i deszczem. Ale to nie wszystko, autor stworzył fantastyczną faunę i florę – tak w nazewnictwie, jak i „cechach gatunkowych” – której nie powstydziłaby się sama J.K. Rowling!!! Zresztą ona by się i wszystkich tych krainy nie powstydziła (dlaczego my tak chętnie sięgamy po zachodnie produkty, mając na bibliotecznych półkach takie cacka!!!!). Niektóre te wytwory mogłyby spokojnie wejść do najbardziej fantastycznych bestiariuszy:-) Myślę tu głównie o Okropnikach i Bagiennikach Purpurowych.
Ale najważniejsze w książce jest to, że wszystko kończy się dobrze, a system wartości wyznawany przez Smoka Wawelskiego pozostaje niezachwiany: kiedy smok łapie okrutnego władcę Deszczowców, ten prosi go o wypuszczenie i obiecuje tyle skarbów, że ci oko zbieleje. Smok odpowiada na to:
- He,He, widzisz mój drogi, skarbów, które masz na myśli, wcale sobie nie cenię. Moje skarby to zdrowie, optymizm i poczucie humoru”.  I to mogłoby być motto tej cudownej książki…

Na zdjęciu powyżej egzemplarz, który należał do mojej mamy i ukochana figurka, którą bawi się moja córka. A więc historia „pokoleniowa”:-)
Zresztą widziałam na bibliotecznej półce, że nie taka zapomniana, że wznowiona i to z kolorowymi ilustracjami. Te czarno-białe są bardzo klimatyczne, ale to nic, ważne, że jest szansa, że trafi do młodych ludzi wychowanych na zachodniej fantastyce. W przypadku małej Oli dopilnuję tego osobiście:-)



1 komentarz:

  1. Uwielbiam "Baltazara Gąbkę". W podstawówce dostałam w ciągu jednego roku szkolnego dwie takie same książki w nagrodę (pewnie za czytanie i oszczędzanie), więc cieszyłam się podwójnie. :)

    OdpowiedzUsuń