wtorek, 30 grudnia 2014

Walter Moers "Labirynt śniących książek"

Na początek kilka faktów. Sześć lat temu dokonałam pierwszego wpisu na tym blogu. Była to recenzja „Miasta śniących książek” i to, jak wiadomo, od tej książki blog zaczerpnął swoją nazwę. Szósty rok prowadzenia bloga zamykam zaś refleksjami nad kontynuacją powieści. Nie mogłoby być inaczej, kiedy bowiem - całkowicie przypadkiem, co najśmieszniejsze - zobaczyłam w księgarni, że autor ponownie zaprasza do Księgogrodu,  nie mogłam z tego zaproszenia nie skorzystać, choć wieść o kontynuacji jednej z moich najukochańszych powieści przyjęłam tak z radością, jak i z zaskoczeniem. Dlaczego? Bardzo dobrze ujęte zostało źródło tego zdziwienia w szczerej recenzji, którą serdecznie polecam: http://kronikaksiazkoholika.blogspot.com/2014/12/dalej-wgab-po-raz-drugi-czyli-stracies.html. Myślę, że autor nie będzie miał do mnie żalu, że zacytuję jego zdanie: Zresztą, „Miasto…” do tej pory uważam za pięknie zamkniętą kompozycję, niepotrzebującą kontynuacji.” Zgadzam się z każdym słowem tej recenzji, a już najbardziej z towarzyszącym i mnie zdziwieniem. Bo mimo że Moers podarował czytelnikom najpiękniejszy z możliwych prezentów – możliwość powrotu do Księgogrodu, nawet ja zastanawiałam się,  jeszcze zanim otworzyłam książkę, czy na pewno trzeba do niego wracać… Ale skoro wrota spalonego przecież doszczętnie miasta zostały powtórnie otwarte, udałam się w podróż wraz z Rzeźbiarzem Mitów.

No i trzeba przyznać, że rozkosz czytania pierwszej połowy powieści jest ogromna. Odbudowany Księgogród, nowocześniejszy i bardziej książkowy niż kiedykolwiek indziej. Prawdziwa wirtuozeria wyobraźni, rozkoszna książkowa uczta. Zachwycają kolejne wynalazki księgogrodzkie (podniebne biblioteki, księgowino, podział biblionizmu na oryginalne kategorie, kapitalne żywe gazety, itd…). W połowie książki, której fabuła skupia się właściwie jedynie na zwiedzaniu miasta, następuje jednak pierwsze pęknięcie. Okazuje się, że nie jest to już tylko miasto książki, ale także miasto teatrów lalkowych. Poczułam pierwszy zawód. Księgogród był TOTALNYM KSIĄŻKOWYM MIASTEM, a tu nagle wdarł się w niego nieksiążkowy pierwiastek, który rozbił tę hermetyczną książkową strukturę. Może to i naiwne myślenie, ale poczułam się zawiedziona.  Przez następne kilkadziesiąt stron czułam więc narastającą irytację, bo nadal nie działo się nic, autor zafundował mi zaś przymusową wędrówkę po teatrach lalkowych. Przyznam że, choć i tutaj nie można odmówić mu wirtuozerii wyobraźni, kilkudziesięciostronicowy opis spektaklu przeczytałam niczym  typowy bibliomat z Księgogrodu. Kiedy zaś widziałam upływające strony, gdy zostało ich pięć, cztery, trzy do końca książki… porzuciłam nadzieję na to, że akcja dostarczy mi odpowiedzi najważniejsze pytanie. Wiecie zresztą jakie, jeśli zaczęliście czytać tę książkę. Kiedy zaś przeczytałam „posłowie tłumacza”, poczułam się już ostatecznie oszukana. Całe te 376 stron okazało się wstępem do historii, która toczyć się będzie dopiero w drugiej części. I, zdaje się – analizując recenzje książki z blogosfery – nie tylko ja poczułam się oszukana i zawiedziona. Głównie tym, że teraz trzeba czekać na kolejną część (mam nadzieję, na Boga, że nie kilka lat), z podsyconą ciekawością i do granic możliwości podkręconą irytacją na tak wyglądającą sprawę Księgogrodu. Mimo to cieszę się oczywiście, że trafię tam po raz trzeci. No i mam nadzieję, że autor nie wymusi już na księgogrodzianach takiej czytelniczej pokory, na którą nie zasługujemy. Kurcze blade! Ktoś, kto stworzył książkowe miasto, powinien to wiedzieć najlepiej!!!

sobota, 27 grudnia 2014

Maria Kruger "Karolcia"

Sięgnęłam po „Karolcię” nieco z musu, bo potrzebne mi było przypomnienie treści.  Ten „mus” przemienił się jednak we wspaniałą sentymentalną podróż w czasie. Z dwóch powodów. Moje pokolenie wychowało się na Karolci (swoją drogą jak to cudownie, że pewne tytuły od lat nie zmieniają szaty graficznej – dokładnie taką bowiem Karolcię czytałam, jaką teraz kupiłam w pierwszej lepszej księgarni i po dokładnie taką samą sięgnie za kilka lat córeczka! Co prawda były próby nadania jej nowocześniejszej szaty, ale z tą książką jest chyba trochę jak z "Lokomotywą" Tuwima). Pamiętam, że była to jedna z pierwszych moich lektur. Pamiętam, że sama też miałam potem swój magiczny koralik (wszak mój był czerwony), który do dzisiaj zachował się gdzieś między starymi guzikami. A teraz powróciłam do tej książki i spojrzałam na nią przez pryzmat dzisiejszej literatury dla dzieci. I wiecie, do jakiego doszłam wniosku? Że to nadal niezwykle atrakcyjna i wciągająca lektura. Nie straciła nic na atrakcyjności, wręcz przeciwnie, na tle współczesnych książek przygodowych wypada zupełnie dobrze i nader nowocześnie. Myślę tu głównie o cyklu Maleszki, bo nie da się u niego nie rozpoznać wpływów Karolci. Nawet tempo tych książek jest podobne!!! Przygody zaś Karolci, choć powielane potem w niezliczonej ilości przygodówek dla młodzieży, nadal potrafią bawić i wciągać! Nie odczuwa się też szczególnie tej czasowej przepaści, jaka dzieli czasy tytułowej dziewczynki od skomputeryzowanej współczesności. Owszem, rzuca się w „oczy”, że to rzeczywistość przedtelewizyjna, przedkoputerowa, przedkomórkowa, ale nie czyni „Karolci” książką nieaktualną. A wiecie przecież, że wiele podobnych książek spotyka zgoła inny los. Nawet lepiej, że współczesne dzieci mają jeszcze okazję poczytać o czasach, gdy pomysłotwórcze było podwórko, nie komputer.
Aha! I jeszcze wątek autobiograficzny. Kiedy niewidzialna Karolcia wchodzi do sklepu z zabawkami i pragnie pobawić się lalką, wyjmuje z półki jedną z tych, o których najbardziej marzy: miały prawdziwe włosy do mycia, zamykane oczy i Karolcia wiedziała, że jeśli się je przechyli do tyłu, to powiedzą: ma-ma. Miałam taką lalkę! Pamiętam ją jak dzisiaj.

A morał z tego taki, że trzeba czasami zapuszczać się w sentymentalne podróże po starych lekturach szkolnych. Chociażby po to, by zrobić rekonesans, które przetrwały „komputerową” próbę. I rozpoznać w nich swoje dzieciństwo. Już wiem, że to nie jest strata czasu… 

piątek, 26 grudnia 2014

Joanna Kmieć "Papuk, czyli opowieść o potwornym apetycie na książki"

Przesympatyczna lektura! Mama głównych bohaterów (chłopiec jest w wieku przedszkolnym, Jagódka nieco młodsza) jest pisarką i właśnie zepsuł jej się laptop. W tajemniczym sklepie nabywa magiczną maszynę do pisania a wraz z nią, oczywiście nieświadomie, papierowego stworka Papuka, którego głównym pożywieniem jest papier wszelkiej maści. Rodzina szybko akceptuje nowego członka rodziny, mimo iż z jego specyficznej diety oraz zmianie wielkości po papierowej uczcie wynikają różne śmieszne przygody całej czwórki (jest i tata filozof). Najważniejsze jest jednak to, że dzięki magicznej maszynie rodzinie udaje się zaprzyjaźnić z nielubianą do tej pory sąsiadką, marudną panią Kosteczko, której ulotki spod drzwi najczęściej padają łupem Papuka, ale która ma jednak z papierowym stworkiem coś wspólnego. Ale nie będę pisała o finale książeczki, nie odbiorę wam przyjemności lektury. Dość, że to bardzo pogodna, optymistyczna powiastka dla dzieci, którą warto przeczytać już przedszkolakom, ale sądzę, że i starsze będą się przy niej dobrze bawiły (niewielka objętość, duży druk i światło między wersami ułatwią też samodzielną lekturę najmłodszym adeptom czytelnictwa). Ja sama bardzo lubię takie „pomysłotwórcze” książki nie tylko do czytania, ale i do „przerobienia” z dzieckiem. Spróbujcie stworzyć własnego Papuka... Samograj…  Książka może też być pretekstem do dyskusji o nieznośnych sąsiadach… Jedyne, co mnie nieco mierziło, to konsekwentnie utrwalony stereotyp bibliotekarki, co prawda w finale powieści mocno „wygładzony”, ale jednak…

Serdecznie polecam, dorośli pośmieją się, dzieci pomarzą o Papuku. A gdyby chciały go potem stworzyć z papieru to… w razie czego zabezpieczcie swoje biblioteczki...

wtorek, 23 grudnia 2014

piątek, 12 grudnia 2014

Aleksandra Zielińska "Przypadek Alicji"

Sięgnęłam (ba! kupiłam!) po książkę tej debiutującej autorki, bo zaintrygowały mnie odniesienia do „Alicji w Krainie Czarów”. Ot, dlatego. Przy okazji znalazłam w sieci znakomitą wyczerpującą recenzję, którą polecam:
Jeśli zaś chodzi o samą powieść to, hm, poczekajcie, muszę nabrać trochę oddechu. Na tylnej stronie okładki przeczytać można: Ten przypadek domaga się nie tyle przeczytania, ile przeżycia. No i to jest właśnie kwintesencja tekstu i odczuć czytelniczych z nim związanych. Bo mimo że zżymałam się na tę rzeczywistość, mimo że narastało we mnie obrzydzenie, strach nawet w pewnym momencie, mimo że totalnie rozmijam się etycznie i poglądowo z bohaterką, COŚ kazało mi tę książkę czytać dalej. 
Powieść zaczyna się niepozornie: ułożona studentka farmacji daje się zaciągnąć na alkoholowo-narkotyczną imprezę, z której wychodzi z niechcianą ciążą. Dokonuje próby aborcji. Nieudanej - dodajmy. Od tego momentu autorka serwuje nam psychodeliczne wizje i stany umysłu młodej dziewczyny, okraszone truchłami zwierząt, gryzącymi szczurami, krwią, i – co najważniejsze „pokiereszowanymi”  motywami z powieści Carrolla. Czyta się to z obrzydzeniem, ale przestać nie można. Tym bardziej, że granica między tymi rojeniami umysłu jest z jednej strony dość wyraźna, z drugiej rozmywa w iście Carrollowski sposób.
Sama tytułowa Alicja wydaje się mocno papierową postacią, mimo niezaprzeczalnego„bogactwa” chaotycznych przeżyć. Podobała mi się natomiast postać Tomasza, chłopaka Alicji, artysty malarza mocno oderwanego od rzeczywistości. Niby epizodyczna, wkraczająca do psychodelicznego świata Alicji po to tylko, by odbębnić swoją kwestię i „popilnować” główną bohaterkę, ale jakaś taka prawdziwsza mimo wszystko. Może dlatego, że niedopuszczona do tych narkotycznych wizji dziewczyny. Pozostająca do końca „po drugiej stronie lustra”. A sama ciężarna Alicja… Trudno jej mimo wszystko współczuć, jej postać mierzi, niepokoi, czytając jednak tę książkę, do ostatniego akapitu miałam naiwną nadzieję, że skończy inaczej. Ona i dziecko. To taka postać, którą chciałoby się na siłę naprawiać, nawracać… A nic zrobić nie można, można ją tylko „przeżyć”.
Ciekawa jestem odbioru tej książki na rynku, wymaga bowiem od czytelnika ogromnego dystansu i czytelniczej świadomości. Ja lubię takie „makabreski” (że posłużę się określeniem z ww. recenzji), ale zmuszać do ich czytania innych nie wolno. Jako kochająca matka małego dziecka także musiałam łapać nieustanny dystans.  Wielce niepokojąca lektura; literacka „zaczepa”, prowokująca odważna autorka. 
Dodatkowo, co by nie powiedzieć, rzecz dobrze napisana. Autorka panuje nad językiem, rzeźbi, myśli…
Oczywiście osobną kwestią są liczne odniesienia do „Alicji w Krainie Czarów”. Zmuszona jestem z tego powodu ciachnąć omówienie książki na pół i drugą część zamieścić na nowo powstałym blogu poświęconym Krainie Czarów. Na który zresztą serdecznie zapraszam, nie tylko alicjanofilów:



niedziela, 7 grudnia 2014

Pavel Srut "Niedoparki"

No to już wiem, dlaczego nie zawsze mogę skompletować wszystkie pary skarpetek, a przynajmniej znalazło się na to zjawisko jakieś sensowne usprawiedliwienie. To czeskie niedoparki! To one! Są już w Polsce! I to od dwóch lat, choć ja sama odkryłam je przypadkiem dopiero teraz! Znakomita książka o stworzeniach, które żywią się ludzkimi skarpetkami, ale kradną zawsze jedną z pary. Autor kapitalnie konstruuje ich świat, otoczenie i zasady, którymi się kierują. A więcej tu skarpetek niż gdziekolwiek indziej (co podkreśla zresztą warstwa graficzna książki). Czeski pisarz tworzy oryginalny świat, do którego powracałam w trakcie lektury z przyjemnością i rozkoszą. Świat niezwykle zabawny – dodam, choć humor książki opiera się nie tylko na „skarpetkowych detalach”, nie tylko na subtelnym, rozsianym gdzieniegdzie absurdzie słownym, ale przede wszystkim na warstwie fabularnej – perypetiach niedoparków i ich relacjach z ludźmi (z kapitalnym profesorem Kędziorkiem na czele). Mimo iż celem lektury wydaje się przede wszystkim dobra zabawa, jest  tu też miejsce na podstawowe wartości: głównie przyjaźń, także tę trudną, między niedoparkiem a człowiekiem (wspaniała postać pana Wawrzyńca – tego „trochę nie do pary”, bardzo mnie ten jego opis wzruszył). Jest i mowa o umieraniu – bo czym jest ulotnienie się dziadka Hihlika jak nie wspaniałą, poruszającą serce sceną śmierci, którą można wykorzystać pięknie w rozmowach z dzieckiem. Jednym słowem książka jest totalnym czytelniczym hitem dla wszystkich grup wiekowych. Bo i do dorosłych skarpetkowy świat przemówi aluzjami i konwencjami (z postacią nieroparka Padre na czele!). Jeśli tylko uda mi się „dorwać”  drugą część, rzucę się na nią co najmniej z takim smakiem jak zgłodniały niedoparek na skarpetkę!
I tylko, aby kolorowo tak bardzo nie było, dwa słowa o warstwie graficznej, która, z tego co się zorientowałam, jest w całości obcym importem. Oczywiście, bardzo udana, choć momentami nie do końca zrozumiała (szczególnie to rozstrzelenie tekstu i patologicznie szerokie marginesy przy małej wielkości fontu – zasadności tego posunięcia nie rozumiem, ale wizja to wizja). Dobrze natomiast, że złożona została mało u nas wciąż popularną chorągiewką.  Książka wydana została z rozmachem: twarda okładka, grubszy papier – niestety jest przez to ciężka i nieporęczna. No ale cóż, z rozmachem to z rozmachem, na pewno zasługuje na taką zacną oprawę.

Aha! I polecam stronę cyklu: http://www.niedoparki.pl  To znowu chwalebny przykład dobrej, nowoczesnej promocji! Oby więcej!

poniedziałek, 24 listopada 2014

Iwona Łukasik "Promienie słońca"

Macie ochotę na ambitną poczytajkę? Tak, to nie jest pomyłka. Ambitna, ale poczytajka. Poczytajka, ale ambitna… To się wcale nie wyklucza! Mało tego, u Iwony Łukasik zgrabnie splata w atrakcyjną czytelniczo całość. Bo sama fabuła książki jest „poczytajkowa”, to się nie da ukryć: absolwentka polonistyki przenosi się do Warszawy i trafia do pracy przy popularnym serialu telewizyjnym. Nie, nie myślcie sobie, zwłaszcza panie polonistki, nie jest aż tak różowo… trafia tam jako pomocnica krawcowej.  Poznaje przystojnego Gerarda, amanta filmowego grającego główną rolę w serialu. Ojciec Gerarda trzyma w garści świat wydawniczy, ale pragnie przekazać dobrze prosperujące wydawnictwo w ręce jednego ze swoich synów. No i jak myślicie? Weronika trafi do tego wydawnictwa? I jaką drogą?  Dodam dla utrudnienia, że natura nie poskąpiła jej inteligencji i dobroci serca, poskąpiła natomiast urody: dostała w prezencie od losu wściekle rude włosy i piegi w bonusie. No to jak… myślicie, że zaprzyjaźni się z najprzystojniejszym aktorem w stolicy? I że coś z tego będzie? Nie powiem! Przeczytajcie! Nie pożałujecie, bo mimo pozornie romansowej fabuły, wykorzystującej schemat Kopciuszka, Pięknej i Bestii, czy czego tam jeszcze (i jakie to ma z drugiej strony znacznie, przecież my nawet podświadomie szukamy tych schematów), powieść jest niezaprzeczalnie czytelniczą gratką. Główna jej wartość tkwi w języku, jedynym w swoim rodzaju. Autorka kreuje banalną historię z wirtuozerią słowa, z wirtuozerią skojarzeń! Wspaniały język, pełen błyskotliwych porównań, przegadany kiedy trzeba, bo choć autorka puszcza cugle, wie też, kiedy zastopować. Panuje nad materią języka jak mało który autor „poczytajek”. Dlatego warto sięgnąć po tę książkę. Nie chodzi tu nawet o dzianie się (a dzieje się, oj dzieje), ale o obcowanie z językiem. I z punktami widzenia, bo autorka sięgnęła po znany już w literaturze, ale wciąż atrakcyjny chwyt formalny: wydarzenia opisywane są kolejno z punktu widzenia kolejnych bohaterów historii. Ale oprócz tego jest w książce coś jeszcze: cała galeria mistrzowsko nakreślonych epizodycznych postaci. Jeśli dodać do tego subtelny humor (no, momentami nie taki subtelny, bo płakałam ze śmiechu), prostą życiową mądrość i potrzebny nam wszystkim dystans głównej bohaterki – mamy znakomitą lekturę na jesienne wieczory. Polecam z całego serca, a autorce szczerze kibicuję. I chcę więcej!!!!


piątek, 21 listopada 2014

Zbigniew Brzozowski "Kilka czarodziejskich historii"

Tym razem wyjątkowo zacznę od warstwy graficznej. Ilustracje do baśni Brzozowskiego wykonał znakomity Stasys Eidrigevicius, artysta, którego nie można nie znać i nie rozpoznawać. Kiedy czytałam te znakomite teksty, miałam wrażenie, że wręcz zostały napisane po to, aby to właśnie ON je zilustrował. Bo choć znajduje się tu właściwie tylko kilka całostronicowych ilustracji, kilka mniejszych i wyklejka, książka posiada dzięki temu niepowtarzalny klimat. NIEPOKOI – jak wszystkie zilustrowane przez niego pozycje.
A teraz o baśniach Brzozowskiego. A właściwie to o krótkich literackich majstersztykach, o prawdziwych na tym polu perełkach. Na zbiór składa się pięć tekstów, utkanych ze znanych motywów ludowych, w jednym przypadku autor podaje nawet źródło – lubelskiego Kolberga. Ich wielką wartością jest jednak przede wszystkim dokładna literacka obróbka. Wydaje się, że każde słowo, każde zdanie jest tu użyte dokładnie i rozmyślnie. Dodatkowo ramą tekstów jest swoisty autotematyzm, widoczna obecność wciąż komentującego narratora. Najlepiej rozwinięty jest ten autotematyzm w tekście „O złotym kubku, cudownym kogutku i babie”. Autor zaprasza na początku dziecięcego czytelnika do świata baśni, a potem okazuje się, że dziecięcy czytelnik faktycznie się z niej znalazł jako jeden z bohaterów. Dodatkowo historia nie niesie typowo baśniowego rozwiązania, dobro nie zostaje nagrodzone, zło nie zostaje zanegowane. Mało tego, przynosi trudną prawdę: co wart byłby dobry czyn, gdyby się wiedziało, że na pewno będzie nagrodzony, że na pewno opłaci się go zrobić.
Bardzo podobała mi się także wersja baśni „O królewnie ze szklanej góry”, w której ewidentnie zaakcentowany został wątek inicjacji i dojrzewania.

Jednym słowem wspaniałe baśnie, oryginalnie opracowane, z pomysłem i GŁĘBOKĄ wrażliwością. 

środa, 12 listopada 2014

Zbigniew Brzozowski "Balkony i kapelusze"

„Balkony i kapelusze” to kolejna książka znakomitego pisarza Zbigniewa Brzozowskiego. Inna niż te, które przeczytałam do tej pory. Skierowana do starszego czytelnika. Tylko i wyłącznie.

Składają się na nią króciutkie, anegdotyczne opowiadanka, połączone grupką bohaterów (studenci filozofii – jak mniemam) i ich losami. W niemalże każdym tekście znajdują się też odwołania do filozofii i dywagacje na temat konkretnych doktryn. Każde opowiadanie jest spuentowane, w wielu znajdzie czytelnik elementy groteski, nonsensu czy czarnego humoru. Lubię natężenie tych „cech” w książkach Brzozowskiego – nie dominują, dlatego tym bardziej działają na wyobraźnię. Często to właśnie na nich budowane są puenty opowiadań. I tylko jest z tą książką jeden problem. Intuicyjnie wyczuwam, że to dobra literatura. Niestety tylko intuicyjnie, bo teksty te zanurzone są w peerelowskiej rzeczywistości społeczno-politycznej tak bardzo, że sens ich zaciera się młodym czytelnikom i przestają być zrozumiałe. Niestety. To ten typ literatury, którego nie da się czytać bez kontekstu.  Dlatego wielu z nich po prostu nie zrozumiałam i przyznaję się do tego bez bicia, choć szkoda mi... 

niedziela, 2 listopada 2014

Zbigniew Brzozowski "Opowieść o Ewie"

„Opowieść o Ewie” to książeczka niewielka objętościowo, ale odwrotnie do objętości zapadająca w pamięć. Oj, na pewno. Główna bohaterka, dorastająca Ewa, ma nieszczęśliwy wypadek samochodowy. Trafia do szpitala, przechodzi kolejne operacje i zawinięta w gips od stóp po ramiona leży tak kilka miesięcy, bez większych nadziei na odzyskanie sprawności.  Opowieść jest więc zapisem przeżyć Ewy zawiniętej w „kokon” – jak mówili o niej inni dziecięcy pacjenci. Zapisem czasu upływającego w szpitalu; powolnego, trudnego oswajania szpitalnej rzeczywistości. A nie jest to przecież rzeczywistość dzisiejsza, tylko bardzo różniąca się od niej rzeczywistość lat osiemdziesiątych. Wszystko tu byle jakie, nawet matka ma trudności z odwiedzinami u córki. Chociaż nie brakuje tu momentów smutnych i do głębi poruszających, nie jest to jednak opowieść dołująca. Ewa jakoś tę rzeczywistość oswaja: opowiada innym pacjentom bajki, przeżywa nawet pierwsze zauroczenie. Kapitalny jest opis,  gdy chłopiec Leonardo po kryjomu przed lekarzami rzeźbi dzieciakom w gipsach różne motywy. Albo kiedy dziewczynki robią pudełka z klisz rentgenowskich. Bardzo porusza natomiast moment, gdy Ewa lituje się nad jedną z najmłodszych pacjentek tęskniących za mamą i trzyma ją w ciemności za rękę. Jest też jedna scena, którą chyba zapamiętam na zawsze. Gdy do sali Ewy przywożą dziewczynkę po operacji, a następnego dnia już jej nie ma: Z tej nocy Ewa jeszcze pamięta, że kiedy już znowu zasypiała… A może już zasnęła? A może tylko jej się śniło?... (…) Wózek przystanął tuż za oknem. Leżała na nim okryta prześcieradłem dziewczynka o ciemnych włosach. Powiew wiatru odkrył jej twarz. Śnieg zawiewał na taras. Płatek śniegu leżał na wargach Marty i nie topniał.
W końcu Ewa wychodzi ze swojego gipsowego kokonu i zaczyna mozolną naukę chodzenia. Powieść kończy się więc dobrze, ale ten nietopniejący płatek śniegu zapada mocno w pamięć.

Książka napisana jest wspaniałym, poetyckim językiem. Bardzo sensualnym – bo oddziałuje na wyobraźnię zapachami, opisami zmieniających się świateł, pór roku, odgłosami szpitala.  Opowieść krótka, ale niezwykle skondensowana, zamknięta ramą kilku niezwykłych metafor, mądra życiowo. Perełka. Jak wszystkie książki Zbigniewa Brzozowskiego. 

wtorek, 28 października 2014

Michael Bond "Miś zwany Paddington"

Moje (w zasadzie nasze, bo i Oli) pierwsze spotkanie z misiem Paddingtonem zapoczątkowane zostało nietypowo. Oli tak bardzo spodobała się zapowiedź filmu o uroczym niedźwiadku, że siłą rzeczy wypożyczyłam książkę, bo imię misia padało w domu niezwykle często. A ponieważ bardzo chciała słuchać o jego przygodach, była to też pierwsza książka (z tych „dłuższych” i bez kolorowych ilustracji oczywiście, jednym słowem weszłyśmy dzięki Paddingtonowi na wyższy stopień czytelniczego wtajemniczenia), którą częściowo przeczytałyśmy razem. W zasadzie to czytałam ja i wyszukiwałam odpowiednich fragmentów do przeczytania Oli. I tak razem jednogłośnie zakochałyśmy się w Paddingtonie.
Przeurocze te przygody. Przeurocza postać. Już dawno żaden dziecięcy bohater nie rozczulił mnie tak bardzo jak miś Paddington. Urok tej książki polega przecież na zetknięciu świata ludzi z maleńkim niedźwiedzim umysłem, który interpretuje ten świat jak dziecko i jednocześnie  posiada wielkie niedźwiedzie serce. Pewnie dlatego dzieci tak chętnie utożsamiają się z tym misiem – bo posiada ich naiwność, ich widzenie świata i ich mentalność. A przy okazji miś to wielce honorowy i prawy. Świetnie opisał to sam autor w posłowiu: Paddigton był i zawsze będzie dla mnie bardzo prawdziwy. Twardo stąpa po ziemi i ma silne poczucie dobra i zła. Do tego stopnia, że kiedy staję w obliczu jakiegoś problemu, często pytam samego siebie, co on by zrobił na moim miejscu. No i tak właśnie jest: naiwność misia, jego system wartości, „niedostosowanie” do świata ludzi i ogromne serce sprawiają, że to jeden z najsympatyczniejszych  (jeśli nie najsympatyczniejszy) misiowych bohaterów w literaturze. Dodatkowo książka niesie ze sobą ukryte wartości, z którymi warto zapoznać małych czytelników. Miś zostaje przecież zaakceptowany przez rodziców momentalnie, bez żadnego ALE – mimo odmienności gatunku. W ogóle nikt nie czyni problemu z najbardziej fundamentalnej rzeczy – z tego, że to niedźwiedź!!! Bez wątpienia ta „oczywista oczywistość” to także jedno ze źródeł specyficznego humoru książki, ale jestem przekonana, że podświadomie uczy dzieci tolerancji. 


czwartek, 23 października 2014

Edith Nesbit "Pięcioro dzieci i coś"

Pamiętam z odległego dzieciństwa, że oglądałam serial dla dzieci, który robił na mnie ogromne wrażenie. Długo nie wiedziałam, co to było, ale po latach znalazłam na youtube maleńki fragment:
Tak, to było „Pięcioro dzieci i coś”. Kiedy byłam dzieckiem, Piaskoludek przede wszystkim mnie jednak przerażał. Teraz postanowiłam spotkać się z nim ponownie na kartach książki. I mocno zrewidowałam moje wyobrażenia o Pamsuku wydobytym nie tylko z piasków żwirowni, ale i z odmętów pamięci. A powieść Nesbit bardzo mi się podobała, przynajmniej w warstwie przygodowej. Książki z motywem spełnianych życzeń i perypetii z nich wynikających są fajne zawsze, tutaj dodatkowo historia okraszona jest lekką nutką dydaktyki: wszak dzieci wyciągają wiele wniosków ze swoich przygód zapoczątkowanych niefortunnie i lekkomyślnie wypowiadanymi życzeniami. I tak na przykład najbardziej podobał mi się rozdział, gdy dzieci wypowiedziały życzenie, aby każdy był zachwycony Barankiem i chciał ich najmłodszego braciszka. I faktycznie, chciał go każdy, ale kiedy czar minął, dzieci uznały, że one chcą go i lubią nawet bez czarów Piaskoluda. Właśnie ta przemiana i to samopoznanie podobało mi się w bohaterach najbardziej. Małym czytelnikom zapewne przypadają  do gustu (sądząc po popularności książki i ilości) same przygody rodzeństwa.
 Irytował mnie tylko w tej lekturze uporczywy autotematyzm autorki i typowe niestety dla literatury angielskiej wtręty dydaktyczne. Same puenty przeżywanych przygód były już swoistym morałem, wkładanie do tej uroczej książki tylu innych umoralniających treści było już, moim zdaniem, przesadą. Ale, jak pisałam, taka była przecież angielska literatura dziecięca. Tak czy siak, choć od napisania książki upłynęło już ponad sto lat, nie powstydziłby się jej zapewne żaden współczesny postpotterowy pisarz. I to jest najważniejsze. Książka interesująca jest także dlatego, że można ją z dzieckiem „przegadać”, porusza wyobraźnię, uczy odpowiedzialności za swoje czyny. Pokazuje też dobre, choć BARDZO książkowe wzorce kochającego się rodzeństwa. Chciałabym, żeby i Ola szybko poznała Pamsuka i nie bała się go, jak ja kiedyś… dawno temu:-)


wtorek, 21 października 2014

Daria Pruszyńska-Obiedzińska "Wolę Ciebie"

Główna bohaterka książki, Emilia, właśnie zdała na dziennikarstwo i wyprowadziła się do babci. Wiedzie życie ambitnej studentki, ale na jej drodze staje wulgarny, arogancki i nieprzyzwoicie przystojny Kamil. Ale nie to jest początkiem historii. Początkiem jest znalezione na strychu stare zdjęcie, które, jak się okazuje, jest fotografią wielkiej i niespełnionej miłości babci Emilii, Geni. A potem wszystko toczy się wedle reguły, że życie jest przewrotne i nieprzewidywalne. Emilia odnajduje mężczyznę ze zdjęcia i doprowadza do spotkania dawnych kochanków. Ale i ona  znajduje swoją wielką miłość…
Choć fabuła powieści jest mocno nieprawdopodobna, powiedziałabym „serialowa”, to jednak, nie okłamujmy się, jest taka, jakiej czytelnicy oczekują; ku pokrzepieniu serc, bo wszystko kończy się szczęśliwie, babcia Genia przeżywa na nowo swoją miłość, a niepokorny Kamil okazuje się romantykiem godnym pozazdroszczenia. Mnie jednak najbardziej podobała się wyjątkowo „prawdziwa” postać w tej książce – babcia Genia właśnie. Czy można przeżyć na nowo drugą młodość w wieku siedemdziesięciu lat? Nie uwierzyłabym autorce, gdybym sama nie miała w najbliższym otoczeniu pary, która w tym wieku właśnie stanęła na ślubnym kobiercu… To JEST możliwe.
A ta ciepła, romantyczna, pokrzepiająca powieść to także dowód na to, że należy podsuwać swoim babciom stare albumy fotograficzne…  Nigdy nie wiadomo, co z tego wyniknie.
Nie byłabym oczywiście sobą, gdybym nie napisała, że właśnie motyw starej fotografii najmocniej mnie poruszył…

Jednym słowem lekka, przyjemna, nieskomplikowana lektura na jesienne wieczory. Akurat na te, które nadchodzą.

wtorek, 14 października 2014

"Sny i tobołki Pana Pierdziołki"


Z wielką radością powitałyśmy z Olą trzecią część  Pana Pierdziołki. "Pierdziołkomania trwa" - można przeczytać na okładce. To prawda, w naszym domu też. Ola uwielbia te zbiorki; migiem uczy się na pamięć co bardziej prymitywnych wierszyków (to akurat fajne - że uczy się, oczywiście) i z chęcią recytuje je w miejscach przeznaczonych do tego lub nie (to akurat mniej fajne). Co by nie powiedzieć o tej serii, jej przedziwnej oprawie graficznej i odważnym doborze tekstów (trzecią część mocą władzy rodzicielskiej ocenzurowałam i wszystkiego nie czytam), wygrywa ona z innymi "pierdziołkopodobnymi" wydawnictwami, a przede wszystkim ocala ten zapominany już "folklor słowny dzieci i młodzieży" (jak to fachowo mądre głowy nazywają). I chociaż w trzeciej części wkradły się już teksty niewiele mające wspólnego z owym folklorem, tak jakby autorom serii już powoli prawdziwych pierdziołkowych tekstów brakowało, to nie szkodzi. Seria i tak przeważa nad podobnymi zbiorkami.
Oto na przykład malutki objętościowo zbiorek Grega:
Wszystko fajnie, tylko i w nim nastąpiło przemieszanie tekstów różnych gatunkowo, a i infantylna (wiem, to książka dla dzieci, ale jakoś to wszystko się tu nie klei) szata jakoś nie zachwyca:
Mamy w Księgogrodziku jeszcze jeden zbiorek, który lubimy:
Wyszło, zdaje się, kilka części. Warstwa ilustracyjna jest tu znacznie bardziej udana, ale zarzut podobny: przemieszanie tesktów z różnych parafii. Od rymowanek przechodzących z dziada na wnuka:-) do współczesnych tekstów literackich.
Dlatego właśnie wciąż sięgamy do Pana Pierdziołki. A Ola rymuje...
Aha, i na koniec, w ramach ciekawostki "przyrodniczej". Pan Pierdziołka podpisywał zbiorki ze sobą w roli głównej podczas Warszawskich Targów Książki. Wyglądał tak:
Koniec ciekawostek.

poniedziałek, 6 października 2014

dwie wersje jednej historii


"Nie ma jak w domu" to niezwykle mądra opowiastka dla najmłodszych. Pewnego ranka Krecik, znudzony tym, że musi mieszkać pod ziemią, opuszcza swoją norkę, aby znaleźć DUŻE, JANE I PIĘKNE mieszanie. Chociaż inni zwierzęcy mieszkańcy zapraszają go do swoich domków, nigdzie nie jest mu tak jak u siebie. Wraca w końcu szczęśliwy do swojej ciasnej norki, poznając podstawową prawdę, że może nie jest DUŻA, JASNA I WYGODNA, ale jest w sam raz dla niego. 
Prosto, zwięźle, na temat i w sam raz na wspólną lekturę z maluchami, aby zacząć rozmowę o radości z posiadania tego, co się ma. Ale to nie wszystko! Zupełnym przypadkiem trafiłam na wydaną dobrych kilka lat temu książeczkę "Przygody ślimaczka Maciusia" Joanny Wilkońskiej.
Tutaj prawdę tę poznaje ślimak Maciuś, który pewnego dnia zostawia swój domek i idzie szukać innego mieszkanka. Wzorem krecika nic innego mu nie odpowiada, dlatego z radością odnajduje z powrotem swoją muszelkę. W zasadzie ta sama historia, tylko zwierzątko jest inne, ale równie przystępnie i mądrze opisana. Odkąd przeczytałyśmy o przygodach Maciusia, Oleńka każdą "porzuconą" muszlę tłumaczy tym właśnie, że ślimak poszedł szukać innego domu. Szkoda tylko, że wersja polska wydana skromniej, a tytuł w żaden sposób nie kieruje do tematyki tekstu. Warto mimo to przeczytać dziecku obie. Obie fajnie się uzupełniają i potęgują przekazywaną prawdę.

środa, 24 września 2014

Co czytali sobie, kiedy byli mali?

Na tę niezwykłą publikacje składają się rozmowy skupione wokół ukochanych książek zapamiętanych z dzieciństwa, inicjacji czytelniczych, wspomnień i przygód związanych z książkami (czasami prześmiesznych, patrz: wywiad z Rusinkiem). Wspomnieniami dzielą się ludzie różnych zawodów i profesji, ludzie w różnym wieku, ludzie, których wychowały odmienne czynniki środowiskowo-historyczne. Wydawać by się mogło: mieszanka wybuchowa, ale już na początku jeden z autorów książki, Jarosław Mikołajewski, pisze o przeprowadzonych rozmowach: Mnie zadziwiło, jak wiele tytułów, niezależnie od wieku rozmówców, się powtarza. Wygląda na to, że coś takiego jak kanon literatury, także tej dla dzieci, istnieje i ma się całkiem dobrze.
Mnie po lekturze tej książki zdziwiło coś jeszcze. Mimo różnicy wieku, jaka dzieli mnie z niektórymi rozmówcami, ja także odnalazłam na kartach tej książki nie tylko swoje ukochane lektury, ale nawet konkretne wydania, na których również wyrosłam, a ponieważ mam je nadal w zbiorach, wychowa się na nich także moja córa. Warto więc dodać, że istnieje nie tylko kanon lektur, ale i kanon konkretnych wydań!!!
I jeszcze jedno spostrzeżenie: przypadki rozmówców poświadczają, że serwis Allegro jest niezastąpiony w odbudowe swojej biblioteczki z dzieciństwa.

Wspaniała ta książka. Oprócz niezaprzeczalnego  waloru sentymentalnego tych wywiadów, jej szata graficzna (od papieru, przez ilustracje, reprodukcje starych okładek, humorystyczne elementy graficzne, kompozycja tych elementów i skład) – sprawia, że chciałoby się mieć tę książkę w swojej biblioteczne. Tak przynajmniej stało się w moim przypadku. Niezwykle przyjazne, „swojskie” wręcz, powiedziałabym nawet, wydawnictwo. Przemyślane, dobrze zrealizowane. No i gratka dla miłośników „książek o książkach”.

niedziela, 21 września 2014

Zbigniew Brzozowski "Złota kareta"

Trzecia książka zapomnianego autora, kolejne cacko, które czytałam z rozkoszą i niespotykanym rodzajem czytelniczej satysfakcji. Jeśli bowiem kogoś (tak jak mnie) interesuje komparatystyka folklorystyczno-literacka, „Złota kareta” jest lekturą obowiązkową. Znalazłam w blogosferze znakomitą recenzję tej książki: http://szuflada.net/zlota-kareta-zbigniew-brzozowski/
Tak, dokładnie, cudze chwalicie, swego nie znacie, chciałabym powtórzyć za autorką recenzji, bo taka jest konkluzja jej omówienia.
Ta niewielkich rozmiarów pozycja jest, jak cała twórczość autora, nieludzko i w sposób niezrozumiały zapomniana. Ja sama zresztą jestem pierwszym czytelnikiem egzemplarza bibliotecznego sprzed prawie 20 lat, szkoda, wielka szkoda…
Książeczka dzieli się na trzy części: Opowieść o babce i Opowieść o dawnych czarach, oraz Objaśnienia i dodatki, w których autor przytacza drukowane źródła ludowej wiedzy, z której czerpał. Dwie pierwsze części składają się z kilkunastu nimi-opowiadań. Te zaś, choć częściowo mogą być czytane niezależnie od siebie (czytelnik nie złapie wówczas jedynie ogólnej nici łączącej książkę) składają się na losy babki Barbary i jej wnuczki Kasi. W pierwszej części babcia jest już leciwa, w drugiej zaś następuje cofnięcie do czasów jej młodości, a następnie przesunięcie do czasów młodości jej wnuczki. Babcia Barbara jest skarbnicą wiedzy ludowej, kwintesencją ludowości, czarodziejskiej mocy ludowych zaklęć i mądrości. Wszystko dzieje się we współczesnych autorowi czasach, w których nie ma już miejsca na ludowe „zabobony”. W czarodziejski ludowy świat wierzy natomiast jej wnuczka Kasia – na przekór rodzicom postrzega ten świat oczami baśni i historii opowiadanych w dzieciństwie przez babkę. Ona sama wraca do „korzeni”, wybiera drogę, która już dawno nie ma prawa bytu – bo przeszkodziła jej cywilizacja i nowoczesność. Babka przekazuje jednak wnuczce to ludowe postrzeganie świata, jego czarodziejskość, i z takim bagażem wartości dziewczyna znajduje swoje miejsce w życiu. A w książce wszystko jest czarodziejskie, cały bieg wydarzeń, cała interpretacja świata. Pojawia się tu oczywiście prasłowiańska rekwizytornia i demonologia, babka dobrze żyje z utopcami, dziwożonami, czarownicami… Wszystkie te postaci demonologii ludowej próbują odnaleźć się w nowej cywilizacji, choć nie mają w niej prawa bytu. Nie jest to jednak smutny tekst o powolnym odchodzeniu od ludowych korzeni, to tekst napisany z wiarą, że siła tradycji ludowej pozostaje w człowieku na zawsze, jeśli tylko w dzieciństwie pozwolono mu na doświadczanie tej „czarodziejskości”.

Autor genialnie wplótł w te króciutkie opowiadania ogrom ludowej wiedzy o zwyczajach, obrzędach, zaklęciach. Książka napisana jest typową dla niego, NIETYPOWĄ składnią, odważną, pourywaną, poetycką do bólu. Perełka! Perełka!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Czytać ją trzeba powoli, powolutku, rozkoszować się pięknem prasłowiańskich istot, pięknem czarodziejskiego świata, który walczy o swoją rację bytu, także – jak widać po losach bibliotecznego egzemplarza – w naszej pamięci…

piątek, 19 września 2014

sympatyczne książko-domki Olesiejuka

Olesiejuk wypuścił serię czterech, masywnie wykonanych, uroczych książko-domków. Dodatkową atrakcją są okienka, prze które widać fragmenty następnych/poprzednich stron. W serii: Czerwony Kapturek, Chatka z piernika, Brzydkie kaczątko i Trzy świnki. Bardzo  mi się ten pomysł spodobał, Oli też przypadły do gustu. Brawo!

niedziela, 14 września 2014

Bohdan Butenki "Krulewna Śnieżka"

Krulewna Śnieżka to zbiór czterech bajek (Czerwony kapturek, Kopciuszek, Jaś i Małgosia i Królewna Śnieżka), choć jak głosi podtytuł, jest to przede wszystkim: miły zbiorek 4 nowych-nienowych, niezbyt umoralniających bajeczek: myśliwskiej, obuwniczej, wędrownickiej i domyślnej-niedomyślnej! autorstwa znanego i lubianego rysownika Bohdana Butenki. Bardzo to przewrotny zbiorek, bowiem autor „po całości” poigrał sobie z tradycyjnymi wersjami tych bajek, w dodatku w każdej z nich w nieco inny sposób. Chwyt w Czerwonym Kapturku polega na tym, że pewnego dnia wilk spóźnia się i to spóźnienie pociąga za sobą bajkowy galimatias i wyjście z ról innych postaci (a tym samym jest fajnym przykładem autotematyzmu). W Kopciuszku autor opisuje wszystko co tylko możliwe – każdy element świata przedstawionego i fabuły a rebous. Właśnie ta zamiana elementów tak dobrze zakorzenionych w świadomości czytelników jest głównym źródłem humoru. W Jasiu i Małgosi dokonuje kompilacji dwóch tekstów baśniowych oraz wprowadza fabularne zamieszanie przez przemieszanie postaci w innych bajek. Krulewna Śnieżka zaś, to najbardziej rozbudowana bajka, która wyjaśnia przede wszystkim „genezę powstania krasnoludków”. Autor wprowadza tu także elementy dobrze znanej Polakom politycznej rzeczywistości.
Co by nie mówić: to uroczy, przewrotny, prześmieszny zbiorek, którego główną literacką wartością jest właśnie to szczere, beztroskie, śmiałe i udane igranie z tradycją.  Dorośli uśmieją się przy lekturze książki z całą pewnością, dzieci także, choć z adresatem  dziecięcym podchodziłabym z rezerwą i startowała dopiero, gdy mały czytelnik dobrze pozna „podstawę” czyli klasyczne teskty, aby móc czerpać czytelniczą satysfakcję z „igrania’.


wtorek, 9 września 2014

Maria Marjańska-Czernik "Nic"



„Nic” to jedna z tych książek, którą wypożyczyłam i zapałałam do niej tak wielką bibliofilską namiętnością, że musiałam ją kupić. Tym bardziej że znalazłam ją w księgarni internetowej za bardzo przystępną cenę. I mimo że jest to teoretycznie książka dla dzieci, nikt nie powstydziłby się mieć ją w swoich zbiorach.
„Nic” to bowiem splot genialnego tekstu i wspanialej, przemyślanej oprawy graficznej. Mimo iż Ola niewiele zrozumiała jeszcze z samego tekstu (ożywione NIC nie zmieściło się w jej dwuletnim rozumku), widziałam, że podczas lektury analizowała z zaciekawieniem pełne szczegółów, a nieprzeładowane kolorem i niekrzykliwe ilustracje.

Sam tekst zaś to językowy majstersztyk, a jednocześnie wyrafinowany językowy żart: bohaterem książeczki jest bowiem NIC, które wybrało się w podróż dookoła świata. Autorka nie tylko kapitalnie opisała jego przygody – wynikające ze „specyficznych właściwości” NICZEGO, ale też wplotła w tekst językowe sformułowania z tym słowem. Wyszła kapitalna słowna zabawa, która daje wielką uciechę w trakcie lektury. Polecam ją więc każdemu, kto lubi takie językowe popisy. A odważna, stonowana warstwa graficzna potwierdza, że to książka kierowana do czytelnika w każdym przedziale wiekowym, byleby tylko umiał cieszyć się możliwościami języka.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Liliana Bardijewska "Dom ośmiu tajemnic"

Słyszałam o tej książce dużo dobrego, a nazwisko autorki jest najlepszą rekomendacją, choć trzeba polubić jej specyficzne podejście do rzeczywistości. A jednak sam tytuł książki, okładka, a nawet tekst okładkowy, który akcentuje element przygodowy w powieści, trochę wprowadziły mnie w błąd, spodziewałam się bowiem głównie przygodówki właśnie. I przygody były, ale i nie one tu na pewno były najważniejsze. I absolutnie nie jest to przygodówka, którą czytać należy dla rozrywki, to książka niezwykle mądra, magiczna wręcz, do której warto wielokrotnie wracać.
Zachwyca przede wszystkim pojmowanie rzeczywistości: Ulica, Dom – to bohaterowie książki, którzy żyją i postrzegają, czują, współuczestniczą w życiu mieszkańców, a nawet wpływają na ich losy. Motyw ożywionego domu w literaturze dla dzieci nowością nie jest, ale tu rozwinięty został w mistrzowski sposób. Kiedy główny bohater Marcin wprowadza się do Domu Numer 8, ten ujawnia przed nim swoje sekrety. Chłopiec ma okazję cofnąć się w czasie i zobaczyć, jak dom kiedyś wyglądał, spotyka się z duszkiem w podziemiach ulicy, ma swojego domowego, nieco mrukliwego skrzata Rumorka, dostaje się do obrazu wiszącego w pokoju młodszej siostrzyczki (genialnie poprowadzony motyw) i wreszcie zostaje wtajemniczony w największy sekret domu, którego nie będę zdradzać, ale jest wzruszający. Najważniejsze myśli Marcin zapisuje w swoim dzienniku, po każdym rozdziale zostaje przytoczony  urywek, dosłownie kilka zdań, ale niezwykle mądrych i dających temat do filozoficznej dyskusji z młodym czytelnikiem. Myślę, że książkę powinno się podsunąć czytelnikowi obytemu i przyzwyczajonemu już do pewnych konwencji literackich.
Powieść porusza arcyważny temat przywiązania do swojego miejsca zamieszkania. Wspaniale, mądrze i w magiczny sposób. Nie dziwię się, że została wyróżniona nagrodą IBBY. Zapada w pamięć, pozszerza horyzonty, zmusza do myślenia (jestem przekonana, że nie tylko małego czytelnika), a przede wszystkim uczy wrażliwości na rzeczywistość. Tę najbliższą. I podpowiada, jak ją trochę „umagicznić’…


sobota, 23 sierpnia 2014

Elżbieta Wojnarowska "Sprzedawca czasu"

„Sprzedawca czasu” to  tyleż ciekawy, co ryzykowny eksperyment literacki. Baśń oparta jest bowiem na schemacie i motywach „Królowej Śniegu”. Nawet imię głównej bohaterki – Kaja – nie jest przypadkowe, wręcz przeciwnie, w zamierzeniu autorki (jak sądzę) przenosi czytelników do dobrze znanego z dzieciństwa tekstu. Tyle że to nie Kaję trzeba w tej baśni ratować, a jej bliźniaczego brata Krzysia. Autorka wprowadza także do baśni współczesne realia. Mimo że akcja dzieje się w leśniczówce w samym sercu Bieszczad, jest tu obecny problem emigracji zarobkowej. Po śmierci matki ojciec bliźniaków musiał zostawić ich w leśniczówce wuja i wyjechać. Kaja pogodziła się z tym, Krzyś nie – próbował uciec i zaleziono go w ciężkim stanie w śniegu. Kaja nie może pogodzić się ze stanem brata. Do leśniczówki puka jednak dzień później Bajarka-Zielarka i radzi dziewczynce, aby ta odnalazła Sprzedawcę Czasu i dokupiła od niego czas dla Krzysia. Kaja wyrusza w niebezpieczną zimową podróż. Po drodze spotyka Człowieka Śniegu, kłusowników i Człowieka Niedźwiedzia. W końcu udaje jej się dotrzeć do wieży Sprzedawcy Czasu. W wieży znajdują się niezliczone ilości różnie chodzących zegarów: „Sprzedawca czasu nakręca dla każdego inny zgar, więc dla każdego czas biegnie inaczej”. Kai udaje się zyskać czas dla Krzysia, ale musi ponieść BARDZO wysoką cenę. Nie będę pisać jaką dla tych, którzy sięgną po książkę. Zanim jednak baśń skończy się dobrze, Kaja będzie jeszcze musiała roztopić lód w sercu nieszczęsnego chłopczyka o chorej duszy…

Powiem Wam, że ten baśniowy eksperyment , choć momentami bardzo odtwórczy, zaskoczył mnie i spodobał mi się. Elżbieta Wojnarowska na schemacie Królowej Śniegu stworzyła tekst nowy i świeży. Bardzo dobrze się go czyta. Ilość archetypowych sytuacji i postaci pozwala na analizę tej baśni na wielu poziomach i „przepracowania” jej z dzieckiem. To baśń nie tylko o sile miłości i poświęcenia, ale też o dobrych uczynkach. Sama zaś postać Sprzedawcy Czasu i rozwiązanie baśni są bardzo atrakcyjne literacko i mocno poruszają wyobraźnię. 

wtorek, 19 sierpnia 2014

Jerzy Pilch "Spis cudzołożnic"

Aż wstyd, okropny wstyd się przyznać, ale Pilcha czytałam do tej pory jedynie „Narty Ojca Świętego”, choć utwór ten trudno uznać za reprezentacyjny dla twórczości pisarza. Nie wiem, jak to się stało, ale zawsze jakoś tę twórczość omijałam, nawet na polonistyce, choć nie było go jeszcze na liście lektur (teraz pewnie jest). Ale braki lekturowe (ten kąsał moje czytelnicze sumienie długo i boleśnie) są po to, by z nimi walczyć, i oto próbowałam zawalczyć, na pierwszy ogień biorąc „Spis cudzołożnic”. No i podobało mi się! Nie miałam do tej pory żadnego wyobrażenia o twórczości Pilcha, wiedziałam, że ta książka poważnie rozlicza polską rzeczywistość, ale nawet nie liczyłam na spotkanie z tak wyrafinowanym poczuciem humoru i z tak arcyinteligentną ironią. Że powieść rozliczeniowa jest, każdy widzi, ale najbardziej powalił mnie na kolana ten ironiczny dialog z romantycznymi wartościami i świętościami (od imienia głównego bohatera – Gustaw,  do inteligentne wplecionych do narracji cytatów z naszych wieszczów). Podobało mi się to mówienie językiem tradycji, żonglowanie nim, uczynienie z niego narzędzia do rozrachunku. Podobała mi się także ta nieco chaotyczna i poszarpana narracja i gawędziarski ton głównego bohatera (gdzieniegdzie miałam skojarzenia w Myśliwskim, u niego także narrator od jednej myśli wychodzi, a na zupełnie innej kończy, choć nie jestem przekonana, czy zestawienie tych dwóch nazwisk: Myśliwski – Pilch ucieszyłoby szczególnie pierwszego pana. Pojawił się tu nawet motyw notesu, jak w „Ostatnim rozdaniu”.

Jednym słowem takie pisanie mi odpowiada i jeśli inne książki Pilcha pisane są choć trochę w podobny sposób, będę braki nadrabiać dalej z wielką czytelniczą chrapką. 

sobota, 9 sierpnia 2014

o tym dlaczego lubimy Dorotę Gellner

Jak zapytać moją dwulatkę (w zasadzie dwa i pół - a to robi w tym wieku różnicę), jaka jest jej ulubiona pisarka i/lub czyje książki najbardziej lubi czytać, bez wahania odpowie: Dorota Gellner. Choć rzadko razem: czasem powie tylko Dorota, czasem tylko Gellner. Grunt że rozróżnia i grunt, że nie mija się z prawdą. Pisarstwo Pani Doroty dostarcza nam obu wspaniałych wspólnych chwil nad książką. Jest rozrywką i dla Oli, i dla mnie. Ale od początku. 
Przygodę z twórczością pisarki rozpoczęłyśmy wcześnie i od książeczek z twardymi stroniczkami i kiczowatymi ilustracjami:
Ola szczególnie umiłowała sobie wierszyk "Sklep dla żab", który stał się kultowy w naszym domu i który recytuje z pamięci. "Czarodziejski most" spełnił zaś poważną rolę terapeutyczną (bo to bardzo mądry terapeutyczny tekst). Już nie działa, ale swego czasu wszystkie mostki w parku były czarodziejskie, a samo skakanie stało się "oczyszczające" ze złych emocji.
Potem zupełnym przypadkiem odkryłyśmy w bibliotece książkę "Wścibscy":
Z tym że czytanie jej odbywa się w dość specyficzny sposób. Ola wybrała sobie dwa opowiadania z tomiku i tylko te dwa każe i chce czytać. I śmieje się z nich zawsze tak samo, a do książki wypożyczonej z biblioteki przywiązała się tak bardzo, że... musiałyśmy kupić nasz prywatny egzemplarz, bo nie chciała oddać do biblioteki. Mnie też śmieszą przezabawne, krótkie, rymowane historyjki o tej ludzkiej (i nie tylko ludzkiej, jak się okazuje) przypadłości...
Dlatego kolejną książkę kupiłyśmy już w "ciemno".  
Tomik "Duszki, stworki i potworki" to również przezabawna, rymowana proza, która oswaja straszydła wszelkiej maści.Pełni podobną funkcję jak genialny zbiór "Wiersze, że aż strach" Małgorzaty Strzałkowskiej. Osobiście uwielbiam tę drugą, Ola zaś "oswaja" z pomocą Pani Doroty...
Kolejną pozycję przywiozłam z targów książki i została zaczytana, po prostu zaczytana przez nas obie. "Mysia Orkiestra" to kolejny zbiór zabawnych historyjek pisanych rymowaną prozą. Ola przejęła całe frazy z książeczki, zaczęła się też niezdrowo (skutki uboczne wyobraźni rozbuchanej czytaniem - wystąpią zawsze) interesować śmietnikami ulicznymi, bo jej ulubionym tekstem z książeczki, jest ten o rozrabiającym śmietniku:
Ale prawdziwym hitem jest jeszcze jedna książeczka przywieziona z targów, zatytułowana "Złote koniki":
Szczerze mówiąc byłam mocno zaskoczona, kiedy pierwszy raz czytałam ją z Olą. Przyzwyczajona do zabawnych krótkich historyjek pisanych rymowaną prozą, spodziewałam się po tym zbiorze czegoś podobnego. Tymczasem jest to zbiór zupełnie inny od tych powyższych. Nie bazuje na humorze, nie rozbudza tego poczucia humoru, jego zadaniem jest raczej rozbudzenie wrażliwości na poetyckie obrazy. To wspaniały przykład na pierwsze spotkanie malucha z poezją (pisaną prozą wszakże, ale nic to), która  wzbudza zachwyt nad światem, a nawet pewną nad nim refleksję. Wspaniały zbiorek.
Ale... Ale... Przyszedł i czas na "Gryzmoła". Tylko tu trzeba zachować ostrożność. Jest to zbiór kilkunastu prześmiesznych rymowanych historyjek o chłopcu, który patologicznie po wszystkim bazgrolił. Mimo pewnej pedagogicznej pułapki czytamy, śmiejemy się, i zachowanie Gryzmoła omawiamy i krytykujemy. Ale i tak  z lekkim niepokojem spoglądam od czasu do czasu w stronę kredek i ściany i boję się, że Ola nie wytrzyma i weźmie zeń przykład.
Ostatnia zaś książka, którą czytamy, to "Zając":
I tu również spotkało nas zaskoczenie podczas pierwszej lektury, bo nie jest to już rymowana proza, ale zbiór króciutkich anegdot o zwariowanym zającu, pisanych głównie w formie nierymowanych dialogów. Wkrada się w te dialogi element absurdu, widzę, że Ola zupełnie go jeszcze nie chwyta, ja zaś absurd w literaturze uwielbiam, więc głównie ja mam z tej lektury dużo radości.
Zostało nam jeszcze kilka tytułów, których na razie nie poznałyśmy, ale to dobrze, nie zabraknie nam czytania. A że książeczki Pani Doroty wydawane są w oprawach graficznych ładnych, estetycznych, zrywających z "dyskontowym" kiczem, warto także dlatego kupować je i stawiać na półkach w dziecinnym pokoju (oczywiście stawiać w przerwach między czytaniem). 
Nie dam sobie wytłumaczyć, że dwulatek nie może jeszcze mieć czytelniczego gustu. Bo właśnie twórczość Doroty Gellner - jej fraza, jej postrzeganie, jej humor, jej rym - przypadły Oli do gustu bezwzględnie, nie Małgorzaty Strzałkowskiej, Natalii Usenko czy Agnieszki Frączek, których wierszyki również zna i czyta. Cieszę się, że tak jest. To najlepsze wzorce. Polecamy serdecznie twórczość Autorki, a jej samej dziękujemy za to, że wspólne chwile nad książką są pełne radości, śmiechu i naprawdę dobrej poezji.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Lewis Carroll "Obławantura przez Wążarłacza" i "Łowybryki wokół Żreka"

Mam! Mam! Kupiłam w księgarni internetowej! Dla wielbicieli twórczości Carrolla to wydawnictwo jest nie lada gratką! Dlaczego? Zawiera nie tylko dwie wersje przekładu „Wyprawy na Żmirłacza”, poczynione przez Grzegorza Wasowskiego i Wojciecha Manna (tak, tego Manna i tak, tego Wasowskiego) ale także utrzymany w nader humorystycznej konwencji, co nie zmienia faktu, że przeciekawy zapis pracy nad tłumaczeniem i dziejów wydawniczych tekstu. Ponadto jeden z przekładów został zilustrowany krzykliwymi, absurdalnymi i innymi niż wszystko co było do tej pory w kwestii Carrolla ilustracjami, drugi zaś klasycznymi ilustracjami, które stworzył Henry Holiday – i zapewne są to pierwsze ilustracje do tego poematu. Kontrast tych ilustracji zadziwia i bawi. W książce znalazły się także opatrzone komentarzem dwie fotografie autorstwa Carrolla, przedstawiające dziewczynkę, która podobnie jak Alicja Liddell dla książkowej Alicji, była inspiracją do napisania szaleńczego poematu. Wszystko to czyni tę książkę szczególnie wartościową dla alicjanofilów. Ale jest jeszcze coś. Autor pisze we wstępie, że to właśnie dla tej książki zostało stworzone Wydawnictwo Wasowscy. Kiedy wyznaje, że bał się, że nikt się nie dowie o niszowej propozycji wydawnictwa, padły słowa:
Jak będą dobre, a będą, to wieść o tym z pewnością rozejdzie się i ci, na których naprawdę nam zależy, czyli książkofile, dowiedzą się niezawodnie.
 Poczułam się mile połechtana, mój egzemplarz trafił w ręce całkowicie zgodnie z intencją autorów.:-)
A co o samych przekładach? Nie umniejszając niczego pierwszemu polskiemu przekładowi autorstwa Roberta Stillera, są one po prostu… genialne!!!! Nie ukrywam, że przy lekturze porównywałam sobie te przekłady, zachwycona nie tylko geniuszem Carrolla, ale i możliwościami polskiego języka i wielką, niecodzienną wyobraźnią  tłumaczy. To są trzy w zasadzie zupełnie inne teksty, ale kto czytał  „Alicję w krainie czarów” porównując przekłady (polecam!!!!), tego to wcale nie zdziwi. To jest poemat stworzony przez geniusza, najwspanialszy przykład literatury absurdu, spotęgowanego jeszcze polskimi tłumaczeniami. Ubawiłam się, uśmiałam, miałam wielką, wytrawną czytelniczą ucztę. Te przekłady są takie, że sam Carroll po prostu byłby z nich dumny!!!!!!!

Ale to nie koniec niespodzianek. W księgarni internetowej, w której nabyłam egzemplarz, można było wybrać opcję: z autografem Grzegorza Wasowskiego. Nie wiem, czego się spodziewałam, chyba nie miałam wyobrażenia, jak będzie ten autograf wyglądać, ale to co przeczytałam, było najlepszym streszczeniem i najlepszą zapowiedzią tego, co czekało mnie podczas lektury poematu Carrolla . Kapitalny wpis:
Było szalone!!!!!!!!!!!! Dziękuję!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

sobota, 2 sierpnia 2014

kilka słów o wyborze bajek i baśni dla najmłodszych

W jednym z popularnych dyskontów trafiłam dziś na DUŻĄ przecenę książeczek dla dzieci, w tym serię Olesiejuka "Moje pierwsze baśnie" - broszurowych, kilkunastostronicowych książeczek z zaokrąglonymi rogami:
Co mi się w nich tak bardzo spodobało? Ano to, że można kupić dziecku taką wersję "Królewny Śnieżki", z brzydkimi, wypaczonymi, kiczowatymi ilustracjami:
A można i taką, za taką samą cenę:
Z nietypową, niesztampową warstwą ilustracyjną (nie rodzimą tym razem: import francuski, co widać na pierwszy rzut oka):
Można kupić takiego "Kota w butach" (nie umniejszając wartości edukacyjnej serii po lewej, idzie tu o szatę graficzną):
Ale można i takiego, z estetycznymi, ciekawymi, niekrzykliwymi ilustracjami:
Skoro obie "wersje" są tak samo dostępne: kioskowo-dyskontowe, może warto czasem przemyśleć, co naprawdę kupić małemu dziecku, które na ilustracjach z dzieciństwa kształtuje przyszły zmysł estetyczny.

Aha, i jeszcze coś, dawno temu obie baśnie wydane zostały w oprawie graficznej Jana Marcina Szancera:
Obie znalazłam na półce z bibliotecznymi "odrzutami". "Kot w butach" nie powala, ale gdyby "Królewna Śnieżka" Szancera (de facto w pięknej polskiej adaptacji Marii Kruger)  została wydana dzisiaj, zgodnie z poziomem współczesnego drukarstwa, biłaby ma głowę wszystkie dyskontowe  Śnieżki i Złe Macochy:
Amen.

niedziela, 27 lipca 2014

Zbigniew Brzozowski "W miasteczku, które jak ogród Andersena..."

Brzozowski to właściwie już dzisiaj pisarz zapomniany. Trudno znaleźć w bibliotece wszystkie jego książki, w blogosferze książkowej w zasadzie nie istnieje. A szkoda. Naprawdę szkoda. Ja po lekturze jedynej w swoim rodzaju „Dychy z Kopernikiem” postanowiłam poszukać innych książek tego autora. 
Nawet nie wiem, jaka jest okładka „W miasteczku, które jak ogród Andersena…”, bo obwoluta oddzieliła się od bibliotecznego egzemplarza… Zresztą ze świecą szukać i w necie reprodukcji okładek.
Tak pozycja nie jest skierowana do dzieci, choć o nich mówi. W kilkudziesięciu krótkich miniaturkach prozatorskich autor pokazał z perspektywy dziecięcego narratora wojenne i powojenne dzieje małego miasteczka, przez które najpierw przetacza się front, potem wchodzi „cywilizacja”.  A że perspektywa jest faktycznie dziecięca, z całym zestawem dziecięcej i młodzieńczej potem (narrator dorasta przecież przez te kilka lat) mentalności i widzenia świata, autor koncentruje się na mikroświecie i drobiazgach dzieciństwa. Wojna tutaj trochę straszy, trochę fascynuje… Tłem jest zawsze zmieniająca się przyroda. Marzenia i pragnienia są zawsze na miarę dziecka. Bohaterskie czyny także.

Miniaturki powiązane są ze sobą postaciami mieszkańców miasteczka. Poznajemy kilka rodzin, ich dzieje. Są te teksty jednak jednocześnie na tyle autonomiczne, że można je czytać niezależnie od siebie. Cechą tych króciutkich opowiadań jest właśnie fragmentaryczność, wybiórczość – co odzwierciedla się także w budowie akapitów, zdań. Na pierwszy rzut oka fragmentaryczność i chaos, głębiej jednak przemyślana i precyzyjna budowa, zwieńczona niekiedy wspaniałymi puentami, zmuszającymi do dużego wysiłku intelektualnego.
Dobra, specyficzna i bardzo charakterystyczna dla autora – bo „Dycha z Kopernikiem” skonstruowana jest podobnie – proza warta uwagi. Szkoda, że tak okrutnie zapomniana.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Wioletta Piasecka "Mała cyganeczka"

Kupiłam książkę na targach, zachęcona przez samą, przemiłą zresztą autorkę, która powiedziała mi, że jest to książka dla dzieci o Papuszy. Z zainteresowaniem więc sięgnęłam po nią, zanim jeszcze sięgnie po nią Ola, by zobaczyć, jak autorka potraktowała tę postać. Jak ją zaadaptowała dla dzieci.
Historia cygańskiej poetki pokazana jest z perspektywy dziewczynki, która zaprzyjaźnia się z małą Papuszą, gdy cygański tabor zatrzymuje się w pobliżu jej wsi, i po kryjomu uczy czytać i pisać niezwykłą przyjaciółkę. W zasadzie to jest to historia tego właśnie wątku w biografii Papuszy – małej Cyganki, która potem wyrasta na poetkę. Że jest to faktycznie historia Papuszy, świadczy subtelnie wpleciony w końcowy akapit wiersz jej autorstwa. Przede wszystkim jest to jednak ciepła opowieść o przyjaźni, która potrafi zniwelować wszelkie różnice między ludźmi. Opowieść, która każdym zdaniem krzyczy o tolerancję i pozytywne nastawienie do innych ludzi, nawet jeśli odbiegają znacznie od „naszych” kryteriów. Opowieść rozprawia się także z przykrymi stereotypami, które urosły wokół Cyganów: a najbardziej z porywaniem dzieci i kradzieżami. Jednocześnie jednak serwuje inne, równie stereotypowe i schematyczne myślenie o Romach – przede wszystkim jako o barwnej, szczęśliwej, beztroskiej społeczności, żywcem wziętej z Festiwalu Piosenki Romskiej. Nie dało się prawdopodobnie uniknąć takiego schematyzmu – to przecież książka dla dzieci. I jako taka wspaniale adaptuje te cygańskie realia. Choć jednocześnie też postać tragicznej poetki cygańskiej spłyca i infantylizuje do granicy przyzwolenia. Trochę raziły mnie te współczesne realia. Ale mimo tego to właśnie dzięki autorce książki i tylko dzięki niej, bo innej realizacji tej historii w literaturze dla dzieci nie spotkałam, mali czytelnicy mogą poznać niezwykłą  postać Papuszy, mogą dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o Cyganach i przeczytać piękną opowieść o otwarciu na „inność”. Książeczka jest do tego napisana niezwykle barwnie i sprawnie. Dobrze się to czytało mnie, będzie się dobrze czytać Oleńce.

Jedyny mankament książki to… ilustracje. I nie chcę tu wcale pisać o nich w kategorii kiczu – ktoś przecież włożył w nie serce i pracę, chodzi mi o to, że niezbyt udana Papusza przypomina tu raczej beztroską, wolną i dziką Esmeraldę. Nijak, nawet w książce dla najmłodszych, nie pasuje to do tragicznej, rzeczywistej postaci Papuszy. Wypacza tę postać, infantylizuje, robi z niej gorzką karykaturę. Tak być nie powinno. Szkoda, że ta piękna, mądra opowieść nie ma poważniejszej i „prawdziwszej” oprawy graficznej.