wtorek, 25 marca 2014

Mariola Peisert "Nasza paczka"

Są takie książki, które długo po przeczytaniu siedzą w człowieku jak zadra i niczym się ich pozbyć nie można. „Nasza paczka” spełniła u mnie niestety taką właśnie rolę: rozdrapała, co nie potrzeba, zostawiła ze wspomnieniami i kazała powrócić do dawnych czasów „buntu i burz”. Nie, nie myślcie sobie: nie byłam uzależniona od narkotyków i nie chciałam popełniać samobójstwa skacząc z ruin zamku! Chodzi o pewną kondycję psychiczną głównej bohaterki, która – prawdopodobnie – znana jest nam wszystkim, tylko nikt się do niej nie przyzna, a już na pewno nie powie: tak, przeżywałem to samo! Sięgnijcie po swoje pamiętniki, zapiski, wspomnienia z młodości, tego głupiego, najgłupszego w życiu człowieka czasu, i porównajcie je z książką… To jej największa wartość: ocaliła autentyczność przeżyć niejednego nastolatka, jest w niej coś niepokojąco prawdziwego, szczerego. Ta poszarpana, chaotyczna narracja głównej bohaterki, oddająca, aż za dobrze, stan umysłu przeciętnego nastolatka… Paradoksalnie: swoisty językowy bałagan broni się w niej i przekuwa w literacką wartość. Bo powieści o problemach współczesnych nastolatków są, były i będą pisane, rozchodzi się jednak o to JAK pisane?
Jest to oczywiście również książka „społecznie” ważna i wartościowa. Porusza poważne problemy, pokazuje nieodwracalne konsekwencje pewnych zachowań, uczula na pułapki młodości. Uczula (powinni ją przeczytać przede wszystkim rodzice i nauczyciele) na to, jak łatwo „wpaść” na zły tor, jak to się czasami niewinnie i przypadkowo zaczyna, od jak bardzo niewinnych i nieważnych pobudek! Główna bohaterka, Marta, przeżywa burzliwie okres dorastania i zmian zachodzących między jej najlepszymi przyjaciółmi. Pojawia się tu fascynacja nowym „towarzystwem”, motyw komunikacyjnych problemów z rodzicami, jest to także swoisty zapis tego, co by było gdyby…

Nie wiem, co będę robić za kilkanaście lat, żeby uchronić moją Oleńkę przed pułapkami dorastania, ale na pewno sięgnę jeszcze raz po tę książkę. Warto czasami po prostu próbować zrozumieć ten specyficzny stan nastolatków. Gdyby dorośli próbowali, gdyby tak szybko nie zapominali tego, że sami byli tacy sami, wiele problemów dałoby się uniknąć. Trzeba o tym pisać, nie można traktować po macoszemu tych błahych dla dorosłych, wewnętrznych dramatów nastolatków. „Nasza paczka” opowiada o nich, nie… KRZYCZY o nich nie tylko treścią, ale przede wszystkim formą.

czwartek, 20 marca 2014

Paweł Wakuła "O czym szumi las"

Książką „Co w trawie piszczy” byłam po prostu zachwycona. Wakuła stworzył dla dzieci wspaniałą arkadyjską krainę, w której zamieszkali zgodnie mieszkańcy standardowego lasu na równi z wytworami ludowej mitologii. Ich przygody opisał zaś tak fantastycznym językiem, że ubawiłam się przy tej lekturze naprawdę przednio. Sięgając po „O czym szumi las”, liczyłam na podobną rozrywkę. No i liczyłam na to, że odniesienie w tytule do jednej z najwspanialszych książek dla dzieci będzie zobowiązywało. Kurcze, zawiodłam się. Tam, gdzie występują strzępki słownego humoru dominującego w pierwszej części, jest prawdziwy Wakuła, ale poza tym… Wiem, wiem, ta książka ma być przede wszystkim EKO. Wszak wprowadzenie do Doliny Bagiennej Trawy leśniczego Piątka miało na celu uzmysłowienie małym czytelnikom, jakim trudem jest opieka nad lasem i jakie wyzwania niesie, jednak tę „programowość” odczuwa się tu tak bardzo, że aż wydaje się naciągana. Same zaś przygody Piątka nie są już tak porywające, wręcz przeciwnie, momentami po prostu nudne. Przykro mi trochę tak pisać, bo uważam, że pierwsza część przygód mieszkańców nietypowej krainy jest po prostu znakomita – czerpie z najlepszych wzorców literatury dla dzieci i jednocześnie z przymrużeniem oka wchodzi w dialog z tradycją. Co do drugiej… być może dla małych czytelników będzie ona przydatna. Ja jednak nie oczekiwałam sztucznie naciągniętej programowości, ale dzikiej czytelniczej uczty. Nie było jej!!!

wtorek, 11 marca 2014

Roma Ligocka "Wolna miłość"


Cieszę się, że felietony Romy Ligockiej wychodzą tak często w formie książkowej. Czekam na nie, cieszę się z lektury. Znowu się powtórzę, jak przy poprzednim zbiorze: dziwi mnie, paraliżuje nawet ta nieprawdopodobna lekkość  Autorki w publicznej analizie swojego życia, swoich zranień, pragnień, słabości. Sęk w tym, że – tak jak pisze Pani Roma w tekście „Co myśleli tego dnia…” (jednym z najlepszych zresztą i oryginalnym w formie) : „Bo przecież tyle jest nas – w nas”. Chodzi o to, że Jej zranienia, życiowe zakręty, refleksje o otaczającej rzeczywistości, są po troszkę naszymi –  czytelników – niewypowiedzianymi zranieniami, zakrętami i refleksjami. Jestem pewna, że właśnie dlatego te felietony mają takie powodzenia u czytelników, choć nikt się głośno nie przyzna, że czyta je, bo opowiadają JEGO SAMEGO.
Ja sama czytam Romę na życiowych zakrętach, a i najlepiej czyta mi się ją w autobusach, pociągach – tam, gdzie łatwo można złapać dystans. Do tego łapania dystansu są mi właśnie te teksty potrzebne (drugi taki autor to – paradoksalnie – Milan Kundera. To taki mój subiektywny zestawik, gdy trzeba dokonać małego przewartościowania i przemeblowania życia.)
Nadal uważam, że najlepszym zbiorem jest „Kobieta w podróży”, najmniej przypadł mi do gustu „Księżyc nad Toarminą” (pisałam dlaczego). „Wolna miłość” (poza niefortunnym tytułem) również „w całości” bardzo mi się podobała. Nie odczułam już przy lekturze tych miniaturek pośpiechu. Jest tu kilka perełek pod względem budowy, jest  - jak zwykle – dużo wartościowych fragmentów, pięknego języka i – paradoksalnie – DUŻO pocieszenia. Podobał mi się także pomysł przeplatania felietonów fotografiami z motywem rąk. Mniej tu prac samej Pani Romy, ale że wydano „Różę”, więc to tam można napatrzeć się do woli, tutaj ta twórczość została tylko zaakcentowana. Motyw rąk dodatkowo interpretuje tę książkę. Nie wiem, czyj to był pomysł, ale okazał się bardzo udany.

wtorek, 4 marca 2014

Małgorzata Strzałkowska "Straszna książka, czyli upiorna zabaw w rymy"


Z twórczością Pani Małgorzaty Strzałkowskiej jest w moim domu tak… że to ja jestem jej wielbicielem, nie córeczka. Ola może jeszcze ciut za mała, ja za to wcale nie za duża na te kapitalne rymy. Kiedy wypożyczyłam Oli z biblioteki książkę „Wiersze, że aż strach”, sama miałam z niej więcej radości, a że zapałałam do niej bibliofilską miłością, kupiłam ją DLA SIEBIE. I tak samo jest z kolejną „straszną” książką autorki. „…upiorna zabawa w rymy” to bardzo odważna propozycja wydawnictwa Czarna Owca. A to przez nietypową, daleką od dziecięcej estetyki oprawę graficzną. Wszak książka ma przecież straszyć... Dlatego zaludniają ją przedziwne, absurdalne postaci  wzięte… z dziecięcych rymowanek. Bardzo wiele z tych wierszyków to kapitalne wprost parafrazy dziecięcych absurdalnych, tradycyjnych rymowanek. Właśnie rozpoznawanie szkieletu tradycyjnych tekstów jest tu nie lada zabawą. Uśmiałam się przy lekturze wybornie. Ola chyba jeszcze nieprzygotowana na takie łamacze językowe. Trochę trudności sprawiają przy pierwszej lekturze te „pogubione” na stronach rymy, ale to nic. Muszę mieć tę książkę!!!