wtorek, 11 marca 2014

Roma Ligocka "Wolna miłość"


Cieszę się, że felietony Romy Ligockiej wychodzą tak często w formie książkowej. Czekam na nie, cieszę się z lektury. Znowu się powtórzę, jak przy poprzednim zbiorze: dziwi mnie, paraliżuje nawet ta nieprawdopodobna lekkość  Autorki w publicznej analizie swojego życia, swoich zranień, pragnień, słabości. Sęk w tym, że – tak jak pisze Pani Roma w tekście „Co myśleli tego dnia…” (jednym z najlepszych zresztą i oryginalnym w formie) : „Bo przecież tyle jest nas – w nas”. Chodzi o to, że Jej zranienia, życiowe zakręty, refleksje o otaczającej rzeczywistości, są po troszkę naszymi –  czytelników – niewypowiedzianymi zranieniami, zakrętami i refleksjami. Jestem pewna, że właśnie dlatego te felietony mają takie powodzenia u czytelników, choć nikt się głośno nie przyzna, że czyta je, bo opowiadają JEGO SAMEGO.
Ja sama czytam Romę na życiowych zakrętach, a i najlepiej czyta mi się ją w autobusach, pociągach – tam, gdzie łatwo można złapać dystans. Do tego łapania dystansu są mi właśnie te teksty potrzebne (drugi taki autor to – paradoksalnie – Milan Kundera. To taki mój subiektywny zestawik, gdy trzeba dokonać małego przewartościowania i przemeblowania życia.)
Nadal uważam, że najlepszym zbiorem jest „Kobieta w podróży”, najmniej przypadł mi do gustu „Księżyc nad Toarminą” (pisałam dlaczego). „Wolna miłość” (poza niefortunnym tytułem) również „w całości” bardzo mi się podobała. Nie odczułam już przy lekturze tych miniaturek pośpiechu. Jest tu kilka perełek pod względem budowy, jest  - jak zwykle – dużo wartościowych fragmentów, pięknego języka i – paradoksalnie – DUŻO pocieszenia. Podobał mi się także pomysł przeplatania felietonów fotografiami z motywem rąk. Mniej tu prac samej Pani Romy, ale że wydano „Różę”, więc to tam można napatrzeć się do woli, tutaj ta twórczość została tylko zaakcentowana. Motyw rąk dodatkowo interpretuje tę książkę. Nie wiem, czyj to był pomysł, ale okazał się bardzo udany.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz