piątek, 25 kwietnia 2014

Elwira Lindo "Mateuszek"

No i co tu o „Mateuszku” napisać, skoro się już pokochało Mikołajka? Jak tu na taką literacką kalkę zareagować, skoro wydaje od pierwszej strony kiepską podróbką? Pewnie, uśmiałam się, momentami do łez – najbardziej chyba z akcji z flamastrami. Coś mi jednak mocno nie grało: Mikołajek nigdy nie nazwałby swojego przyjaciela: - Mój wielki przyjaciel? Moja wielka świnia! A jego mama nigdy nie dawałaby mu kuksańców i nie nazywała piątym kołem u wozu (momentami miałam wrażenie, że relacje Mateuszka z matką są co najmniej patologiczne!!!). Różną się ci chłopcy wrażliwością: Mikołajek jest zdecydowanie bardziej sympatycznym chłopcem. Model rodziny Mateuszka też mocno odbiega od doskonałości (polskie dzieci na pewno rozpoznają w nim swoje rodziny, ale czy o to w takim typie literatury dla dzieci, która ma bawić i śmieszyć, chodzi?) Denerwowały mnie też te powtórzenia, którym daleko, oj daleko do formalnej doskonałości w konstruowaniu przygód Mikołajka, a już najbardziej drażniło bezpośrednie zwracanie się do czytelnika na ty! No bo w końcu, kurcze blade – powiedziałby mój francuski ulubieniec. Nie bardzo rozumiem sens mierzenia się z Mikołajkiem, tutaj oliwy do ognia dolewa dodatkowo wydanie Naszej Księgani, bliźniaczo podobne do wydać Mikołajka. Całą sytuację z Mateuszkiem  ratuje jedynie dziadek i Głupek – dwie całkowicie autorskie, bardzo żywe postaci. Przeczytałam, bo trzeba czasami przekonać się, co w trawie piszczy; pośmiałam się, bo trudno zachować powagę nawet przy maksymalnym stopniu uprzedzenia do tematu, ale dopiero podczas takich lektur widzi się, jak genialnie skonstruowany jest Mikołajek.

Po stanie egzemplarza bibliotecznego  i ilości wypożyczeń wnioskuję, że mali czytelnicy nie mają takich mikołajkowych dylematów. Może to dobrze i nie ma o co kopii kruszyć?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz