piątek, 30 maja 2014

nowe wydanie "Kłopotów rodu Pożyczalskich"

No wreszcie, no wreszcie jakieś (nie byle jakie zresztą) wydawnictwo przypomniało sobie o tej wspaniałej książce dla dzieci. Dwa lata temu Dwie Siostry wydały we wspaniałej oprawie graficznej książkę Mary Norton. Nieco dziś zapomnianą, a wielka szkoda...
Paradoksalnie nie jest to książka mojego dzieciństwa. Przeczytałam ją już jako dorosła i zachwyciłam się tym misternie utkanym, mikroskopijnym światem Pożyczalskich. Potem nie mogłam zdobyć następnych części, bo biblioteki miast trzymać, wycofują. Te egzemplarze poniżej są przechwycone po selekcji bibliotecznego księgozbioru. Teraz dziecko by na nie nie spojrzało nawet, dlatego Bogu dzięki, że książka zyskała oprawę graficzną, na jaką zasłużyła, z niebanalnymi ilustracjami (choć muszę przyznać, że zupełnie rozmijają się one z moim wyobrażeniem maleńkiego światka).
Nowe wydanie dostanie na Dzień Dziecka Oleńka - z życzeniami, by mimo wszystko wierzyła w Pożyczalskich...


niedziela, 25 maja 2014

Warszawskie Targi Książki 2014

Tym, co przepowiadali rychły koniec książki i upadek czytelnictwa... nie głupio wam teraz:-) ?







Bo było wspaniale, rodzinnie i książkowo jak nigdy:-)

wtorek, 20 maja 2014

Wiktor Woroszylski "Cyryl, gdzie jesteś"

Ale książka! Ale cacko! Coś tak  zupełnie innego od wszystkiego, co powstało! Nowatorskich rozwiązań w literaturze z adresatem dziecięcym szukać należy nie tylko na współczesnych półkach księgarskich, jak się okazuje. Ale od początku. Jeśli ktoś lubi Wojtyszkowy świat Bromby, nie powinien ominąć lektury Woroszylskiego. Książki łączy bowiem nie tylko wszechobecny absurd i nonsens, ale też konstrukcja bohaterów. U Woroszylskiego mamy dodatkowo najlepszy z odnalezionych przeze mnie do tej pory prototyp czytelnika – to chłopiec Martel, który ciągle czyta i czyta, książkę za książką. Kiedy gubi się, babcia jego jest przekonana, że zatrzasnął się w jednej z książek i każe policjantom szukać go między stronicami. Akcja absurdalnych poszukiwań jest po prostu przekomiczna. Jak wszystko w tej książce. Przekomiczne i absurdalne. Ten absurd wylewa się w każdego słowa, zdania, akapitu. Ja uwielbiam tego typu literaturę, dlatego była to dla mnie nie lada czytelnicza uczta. Palce lizać.
Trudno jest streścić fabułę tej pokręconej i – przepraszam za kolokwializm, ale inaczej się nie da – odjechanej w kosmos książeczki. Odjechanej także dlatego, że wydarzenia dzieją się tu symultanicznie, do każdego wątku/bohatera przyporządkowana jest inna czcionka (kolor/wielkość) i autor opisuje je niejako obok siebie. Całość uzupełniają drukowane pisanką komentarze samego autora, który dzieli się z czytelnikiem swoim tokiem myślenia, objaśnia akt twórczy, a w jednym momencie nawet cofa czas, żeby było logiczniej. Ta umowność literatury widoczna jest cały czas. To się fachowo nazywa autotematyzm. I powieść Woroszylskiego jest jej podręcznikowym (dosłownie, często ten tytuł przewija się w tym właśnie kontekście) przykładem.
Warstwę graficzną, splecioną organicznie z tekstem, przygotował w wydaniu, które nabyłam za grosze w antykwariacie internetowym genialny Bohdan Butenko. Nie wiem, jak wygląda ta książka w szacie innego autorstwa, ale już podskórnie polecam Wam tę, jeśli ktoś zdecyduje się zanurzyć w świat profesora Salamandry, mamy stewardessy, Lutka i Ludki, Florka Obłędka, Olimpiady, Ohydnego Zyzia i innych zakręconych bohaterów. Tym bardziej, że choć absurdalnie rozpoczęta i absurdalnie prowadzona, powieść ma jednak całkiem logiczny i wartościowy da czytelnika, acz zaskakujący finał. No i w ostatnich zdaniach wytrwali wreszcie dowiadują się, kim jest mieszkający w przytulnej wannie Cyryl.

Nie jestem tylko przekonana co do adresu czytelniczego tej książki. Na pewno dzieci? Jak dzieci to odbierają? Co rozumieją z tej góry nonsensu? Dorośli bawią się przednie odczytywaniem aluzji do historii i kultury. A dzieci? Nawet jeśli już bawią, muszą to być czytelnicy o wyrobionym odruchu czytania, inaczej nie zaakceptują formy. 

niedziela, 11 maja 2014

Anna Szczęsna "Smutek Gabi"

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to lekka i przyjemna obyczajówka  ku pokrzepieniu rozmarzonych damskich serc… Dodatkowo osadzona we współczesnych realiach społecznych, więc damskie serca mogą z łatwością utożsamić się z główną bohaterką. A trzeba dodać – osadzona tak dobrze, że nie odczuwa się tu żadnej fałszywej nuty, przyjmuje się świat Gabi bez mrugnięcia okiem i bez częstego podczas lektury innych obyczajówek wrażenia, że „coś tu nie gra”.
Gabi kupiła właśnie swoje pierwsze samodzielne mieszkanie – tak maleńkie, że sama ledwo się w nim mieści. Pracuje w hurtowni chińskiego badziewia, ma trochę zwariowaną przyjaciółkę Bognę i najlepszego kumpla Maćka. Boryka się ze starymi rodzinnymi zranieniami i zapiera, że założenie rodziny to nie dla niej… Nie wie jednego – że Maciej to nie tylko najlepszy kumpel…  A Maciej ma problem… kocha Gabi. Ale sytuacja ulega zmianie: Gabi w sposób nagły i niespodziewany trafia do świata luksusu. Podejmuje pracę w domu swojego szefa od „chińszczyzny”, gdzie jej zadaniem jest uporządkowanie biblioteki ojca szefa (wielki ukłon w stronę autorki za rozbudowany motyw domowej biblioteki). Luksusowy dom, „Kraina Czarów” – jak określa go sama Gabi – a po drugiej stronie starzy znajomi i dawne wartości. I tu zaczyna się zabawa… Okazuje się, że fabuła odbija nieco od romansowego schematu. Wzdychające do Maćka czytelniczki kibicują do końca właśnie jemu (dlaczego kibicują i dlaczego ta postać TAK ujmuje – nie powiem, żeby nie odbierać innym radości z obcowania z tą postacią), ale to nie dla niego historia kończy się dobrze… 
I właśnie to mi się podobało w tej powieści najbardziej – bo pokazuje, że życie niesie niespodzianki, o jakich się nie śniło i wcale ni trzeba, a może nie można popadać w schematy…  Także w literaturze obyczajowej i romansowej. Książka zachwyca taką bardzo odczuwalną… prawdziwością. Samo życie, w które łatwo tu uwierzyć, bo w przeciwieństwie do innych romansowych fabuł, nie niesie wcale najprostszych i najszczęśliwszych dla wszystkich rozwiązań, niesie za to prawdę o nieprzewidywalności losu… A dodatkowo główni bohaterowie potrafią ocalić te swoje, archaiczne dla współczesnego świata – wydawać by się mogło – wartości. Potrafią pozostać sobą… Czego chcieć więcej…

Zachwyca także język powieści: błyskotliwe sformułowania, pełne literackiego polotu, talentu wręcz… No i ten opis Macieja… Niezwykła postać: pokazana ze specyficznym  językowym wyolbrzymieniem, trochę przez to mityczna, pozostająca jednocześnie „kumplem z sąsiedztwa” – przyznacie - ciekawa mieszanka. Kapitalne są też nieco groteskowe opisy maleńkiego mieszkanka Gabi. Z jednej strony puszcza ona nimi oko do czytelnika, z drugiej zaś, pokazuje jak bardzo panuje nad swoim warsztatem. Dodatkowo serwuje nam kilka zupełnie znośnych "ogólnożyciowych" refleksji. Jednym słowem, wspaniała książka do poczytania i do westchnięcia: ot, życie…