wtorek, 20 maja 2014

Wiktor Woroszylski "Cyryl, gdzie jesteś"

Ale książka! Ale cacko! Coś tak  zupełnie innego od wszystkiego, co powstało! Nowatorskich rozwiązań w literaturze z adresatem dziecięcym szukać należy nie tylko na współczesnych półkach księgarskich, jak się okazuje. Ale od początku. Jeśli ktoś lubi Wojtyszkowy świat Bromby, nie powinien ominąć lektury Woroszylskiego. Książki łączy bowiem nie tylko wszechobecny absurd i nonsens, ale też konstrukcja bohaterów. U Woroszylskiego mamy dodatkowo najlepszy z odnalezionych przeze mnie do tej pory prototyp czytelnika – to chłopiec Martel, który ciągle czyta i czyta, książkę za książką. Kiedy gubi się, babcia jego jest przekonana, że zatrzasnął się w jednej z książek i każe policjantom szukać go między stronicami. Akcja absurdalnych poszukiwań jest po prostu przekomiczna. Jak wszystko w tej książce. Przekomiczne i absurdalne. Ten absurd wylewa się w każdego słowa, zdania, akapitu. Ja uwielbiam tego typu literaturę, dlatego była to dla mnie nie lada czytelnicza uczta. Palce lizać.
Trudno jest streścić fabułę tej pokręconej i – przepraszam za kolokwializm, ale inaczej się nie da – odjechanej w kosmos książeczki. Odjechanej także dlatego, że wydarzenia dzieją się tu symultanicznie, do każdego wątku/bohatera przyporządkowana jest inna czcionka (kolor/wielkość) i autor opisuje je niejako obok siebie. Całość uzupełniają drukowane pisanką komentarze samego autora, który dzieli się z czytelnikiem swoim tokiem myślenia, objaśnia akt twórczy, a w jednym momencie nawet cofa czas, żeby było logiczniej. Ta umowność literatury widoczna jest cały czas. To się fachowo nazywa autotematyzm. I powieść Woroszylskiego jest jej podręcznikowym (dosłownie, często ten tytuł przewija się w tym właśnie kontekście) przykładem.
Warstwę graficzną, splecioną organicznie z tekstem, przygotował w wydaniu, które nabyłam za grosze w antykwariacie internetowym genialny Bohdan Butenko. Nie wiem, jak wygląda ta książka w szacie innego autorstwa, ale już podskórnie polecam Wam tę, jeśli ktoś zdecyduje się zanurzyć w świat profesora Salamandry, mamy stewardessy, Lutka i Ludki, Florka Obłędka, Olimpiady, Ohydnego Zyzia i innych zakręconych bohaterów. Tym bardziej, że choć absurdalnie rozpoczęta i absurdalnie prowadzona, powieść ma jednak całkiem logiczny i wartościowy da czytelnika, acz zaskakujący finał. No i w ostatnich zdaniach wytrwali wreszcie dowiadują się, kim jest mieszkający w przytulnej wannie Cyryl.

Nie jestem tylko przekonana co do adresu czytelniczego tej książki. Na pewno dzieci? Jak dzieci to odbierają? Co rozumieją z tej góry nonsensu? Dorośli bawią się przednie odczytywaniem aluzji do historii i kultury. A dzieci? Nawet jeśli już bawią, muszą to być czytelnicy o wyrobionym odruchu czytania, inaczej nie zaakceptują formy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz