czwartek, 26 czerwca 2014

Zbigniew Belina-Brzozowski "Dycha z Kopernikiem"

Znalazłam tę książkę na półce z niepotrzebnymi nikomu książkami. Zabrałam do domu, bo zaintrygowały mnie tytuły poszczególnych rozdziałów. I jak to zwykle bywa z takimi nikomu niepotrzebnymi książkami – znalazłam skarb.
Opowiadania zawarte w książce dzieją się w przeważającej części w Domu Dziecka. Podobno autor popularny kiedyś, a zupełnie zapomniany dzisiaj – pracował w takiej placówce. I na pewno był bardzo wrażliwy na samotność i smutek wychowanków, bo w opowiadaniach przedstawił ich jako dzieci, które oswajają smutną rzeczywistość za pomocą magii i czarów -  to wszystko, co dzieje się jednak w ich życiu: ożywione zielone spodnie, spotkanie ze strąconym guzikiem płanetnikiem, Pączkowa robiąca dla nich kotlety, ożywiona pasta – to wszystko tylko… projekcja marzeń sennych i wyobraźni. Właśnie wyobraźnia napędza tę książkę. Dlatego teoretycznie powinna być radosna, ale jest smutna… bardzo, do bólu wręcz. Przez te wszystkie czary przedziera cały czas straszna samotność osieroconych dzieci, to ich niedostosowanie do rzeczywistości, w jaką zostały wrzucone. A gdzieniegdzie nawet i magia nie jest w stanie pomóc w oswojeniu rzeczywistości.

Opowiadania napisane są pięknym, poetyckim językiem, jednocześnie dużo tu groteski, elementów absurdu, nawet czarnego humoru. Jednym słowem książka zupełnie inna niż wszystkie. Pełna czytelnych symboli, wielopoziomowa w warstwie interpretacyjnej, niezwykle celna pedagogicznie, poruszająca. Zostaje w czytelniku. To ten typ…

sobota, 21 czerwca 2014

Lewis Carroll "Wyprawa na żmirłacza"

Przeto szli go ubić, z naparstkiem i z troską,
Z widełkami szli za straszydłem,
Szli trop w trop, przy nadziei, zbrojni w akcje kolei,
Czarowali uśmiechem i mydłem.
Ten wers kilka razy otwiera kolejne konwulsje/rozdziały genialnego tekstu autora „Alicji w Krainie Czarów”. Absurdalne, co? Ale to tylko próbka natężenia absurdu. Wyprawa Brząkacza, Bobra, Bułkarza, Bydłobójcy i innych dziwnych istot, mająca na celu schwytanie żmirłacza, to chyba najbardziej absurdalna wyprawa w literaturze światowej. Natężenie absurdu jest tu tak wysokie, że to może się już tylko podobać i sprawiać dziką satysfakcję czytelniczą – innej opcji, obawiam się, nie ma. Ja przynajmniej uśmiałam się do łez i zachwyciłam powtórnie językiem Carrolla. „Alicja w Krainie Czarów”  to tylko taka skromna próbka w stosunku do Żmirłacza. Nawet nie próbowałam doszukiwać się jakichś głębszych sensów w tej historii, nie miałam ani takich ambicji, ani potrzeby, po prostu dałam się zaprosić do przebycia tej absurdalnej podróży.
Bardzo bym chciała przeczytać tekst w innych tłumaczeniach, niestety nie ma ich tyle co Alicji. Ten, który czytałam, był autorstwa Stillera. Wydanie z 1982 zaproponowane przez Wydawnictwo Morskie jest interesujące graficznie pod wieloma względami. Samo to, że jest dwukolorowe: biało-niebieskie, z niebieską czcionką. 

Wiem, że niedawno wyszło ekskluzywne wydanie tej książki w przekładzie Grzegorza Wasowskiego. Jej tytuł brzmi: „Obławantura przez Wążarłacza i łowy bryki wokół Żreka”. Czuję nosem, że Carroll byłby zadowolony z takiego tłumaczenia. Muszę mieć ten tytuł :-)


I tylko pytanie: czy to tekst dla dzieci? Nie wiem, ale przekonam się. Jestem tak bardzo ciekawa, jak dziecko zareaguje na ten Carrollowski absurd, że chyba zaproszę Oleńkę w tę szaloną podróż. 

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Wiesław Myśliwski "Ostatnie rozdanie"

Bardzo się ucieszyłam, gdy dowiedziałam się, że Wiesław Myśliwski wydał nową książkę. Nie są to bowiem w przypadku tego pisarza wiadomości częste, ostatnia powieść wyszła, gdy byłam jeszcze na polonistyce i nawet pozwolono nam ją „podmienić” na liście lektur, na której obowiązkowy był „Widnokrąg”. Ucieszyłam się, nastawiłam na wielką czytelniczą ucztę i… utknęłam.  Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się TAK utknąć na lekturze. Czytałam „Ostatnie rozdanie”… kilka miesięcy!, przerywając innymi lekturami, wracając na chwilę i odchodząc znowu do innych lektur. W międzyczasie Autor zdążył mi nawet podpisać mój egzemplarz na Targach Książki, a czytałam go także w drodze do i z targów. No więc utknęłam, choć nie umiałam znaleźć konkretnej przyczyny takiego stanu rzeczy. Gdy jednak potem przyspieszyłam i zaparłam się w sobie, aby skończyć książkę szybciej, doszłam do wniosku, że to mozolne, kilkumiesięczne czytanie było może bardziej produktywne, bardziej wartościowe. Powoli, od monologu do monologu. Gdy przyspieszyłam, czułam, jakby coś mi przelatywało przez palce. Może więc tak powinno się czytać prozę Myśliwskiego, może tak…
Czytałam  kilka recenzji, jedną z nich była recenzja Gazety Wyborczej: http://wyborcza.pl/1,75475,14575452,Nowa_powiesc_Mysliwskiego__Czy_znow_arcydzielo___RECENZJA_.html

Ciekawa, i trudno do końca nie zgodzić się z wieloma zarzutami. Ja jednak zawsze czytam Myśliwskiego z poczuciem, że dotykam wielkiej, monumentalnej prozy. Lubię to przepływanie tematów, ten strumień świadomości, powodowany  nie logiką, nie od do, ale konstrukcją ludzkiego myślenia. Lubię natykać się w tych monologach na zdania perły. Jego proza, co by nie powiedzieć, to także dla czytelnika Wielkie Czytanie. Podobał mi się ten motyw listów bez odpowiedzi, trochę nawet bezwiednie skojarzył mi się z książką „Lektor” – jednostronna korespondencja, będąca tak naprawdę pisaniem do samego siebie.  Choć jednocześnie, gdy spojrzę wstecz, mam wrażenie, że wszystkie powieści Myśliwskiego zlewają mi się w jedną masę, w jeden ogromny monolog. To chyba jeszcze jedna właściwość tej prozy. Najważniejsze, że czytelnik może odbijać się w niej jak w lustrze. Monologi głównych bohaterów są w jakimś stopniu jego monologami… Dlatego pisarstwo Myśliwskiego zawsze będzie ponad, nawet jeśli ludzie wyliczają drzemki podczas lektury.

czwartek, 12 czerwca 2014

Olesiejukowa "Alicja w Krainie Czarów"

Olesiejukowa „Alicja w krainie czarów” daje po oczach przede wszystkim formatem. Bibliotekarze zadowoleni nie będą – książka na pewno nie zmieści się na półkach, za to mali czytelnicy mogą być zachwyceni. Właśnie tą „wielkością”. Druga rzecz to monumentalne ilustracje – nietypowe, inne od dotychczasowych interpretacji plastycznych świata Alicji,  niesztampowe, nieprzeładowane szczegółami – jak to najczęściej w Krainie Czarów bywa, wręcz przeciwnie: proste, ale dynamiczne.  Bazujące na kształtach, kolorach, „fakturze”. I jeszcze coś. Czy to przypadek, że Alicja (szczególnie uczesaniem) przypomina prawdziwą Alicję Liddell? Na pewno nie jest to przypadek i tym bardziej fakt ten cieszy…
Tekst w książce to oczywiście skrócona wersja powieści Carrolla. Choć szczerze mówiąc,  przy TAK monumentalnych ilustracjach mogłoby go wcale nie być nawet, a wydanie niewiele by straciło, paradoksalnie oczywiście. Tekst jest dodatkowo starannie złożony, grafik pokusił się nawet o kontynuację „wiersza ogonowego” i fragment o morzu łez złożył w wielką łzę, zaś fragment dotyczący Pana Gąsienicy – w kształt gąsienicy. Świetny pomysł, szkoda, że sam oryginalny mysi ogon został odjęty z tekstu.

Rynek książki oferuje tak straszliwie kiczowate ilustracje w wydaniach „Alicji w Krainie Czarów”, tak beznadziejne interpretacje tekstu, że propozycja Olesiejuka jest tu ewidentnie perłą, za co odważnemu wydawnictwu Bóg zapłać.

piątek, 6 czerwca 2014

Asa Lind "Piaskowy Wilk"

Głośno było o tej książce i dobrze było mówione. Dlatego sięgnęłam po nią i piszę, co następuje: jeśli ktoś czytał „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały…” to „Piaskowy wilk” jest literackim odpowiednikiem tej książki. Gdybym miała bowiem napisać w jednym zdaniu, o czym jest ta książka, napisałabym: o komunikacji z dzieckiem. O szacunku wobec dziecka i o szanowaniu jego dziecięcości i odrębności przy tym – a szacunek ten wyraża się przecież przez komunikację. Szczególnie rozdział „Zrzędzenie, marudzenie” jest tu genialny. Ale cała książka napisana jest z pomysłem i wielkim talentem. To kolejny wielopoziomowy w interpretacji tekst, który można przepracowywać z dzieckiem (bądź samemu, bo rodzice NA PEWNO wyniosą z tej lektury ważne informacje o – tak, tak – sobie i swoim własnym dziecku!!!!) rozdział po rozdziale. To urocza historia o relacjach między dzieckiem a rodzicami, o tym, jak te światy – dziecięcy i dorosłych – czasami do siebie nie przystają, i o tym wreszcie, jak niewiele trzeba zrobić, by to zmienić. Podoba mi się element łączący – mityczny Piaskowy Wilk – prawdopodobnie element wyobraźni małej, sympatycznej  Karusi – niewidoczny dla innych przyjaciel dziewczynki, który nadaje na tych samych – naiwnych i dziecięcych, ale wcale przez to nie miej prawdziwych i słusznych – falach. Dużo w tej książce podstawowych, wyrażonych prosto z mostu prawd. Prostota przekazu też urzeka: prototypowi rodzice, prototypowy krajobraz, tylko Karusia i Wilk w tym wszystkim najbardziej żywi i prawdziwi. Bo tak być powinno.

Warto przeczytać tę książkę, warto mieć ją na półce i zaglądać do niej. Warto, aby zrobili to przede wszystkim rodzice. Dzieciom nie jest potrzebna konfrontacja ze światem i sposobem myślenia dorosłych, to dorośli potrzebują konfrontacji ze sposobem myślenia własnych dzieci, oni sami byli przecież kiedyś, kurcze, dziećmi… O tym też mówi ta niezwykła książka…

czwartek, 5 czerwca 2014

Sylwia Chutnik "W krainie czarów"

Do tej pory nie czytałam niczego tej autorki, w ogóle mam zaległości we współczesnej prozie polskiej. Zainteresował mnie jednak tytuł i zaintrygowała bardzo „alicjowa” okładka. I jest to, faktycznie, kraina czarów, tylko cholernie a rebus. Cholernie… Ale po odłożeniu tej książki – a połknęłam ją – miałam poczucie, że przeczytałam naprawdę dobry i wyjątkowo mocny kawałek prozy. Do tego odważny do bólu. Momentami krzywiłam się z niesmakiem, momentami zachwycałam nowomową i nietypową odważną składnią – w każdym razie byłam pod coraz większym wrażeniem tej prozy ze strony na stronę. Trzeba mieć dar, by móc opisać tak drobne okruchy rzeczywistości, trzeba mieć odwagę, żeby je TAK zdiagnozować. Bo bohaterami opowiadań Sylwii Chutnik są zwykli ludzie, zranieni, niejednoznaczni… Ale zwykli do bólu. Te opowiadania są dodatkowo świetnie stylizowane językowo – każdy mówi swoim językiem, i znakomicie zbudowane. To misterna praca, misterne dłubanie w słowie. Nie ma tu słów niepotrzebnych, wszystko, każdy przecinek jest na swoim miejscu. Wielki szacunek dla autorki!!!!!