sobota, 9 sierpnia 2014

o tym dlaczego lubimy Dorotę Gellner

Jak zapytać moją dwulatkę (w zasadzie dwa i pół - a to robi w tym wieku różnicę), jaka jest jej ulubiona pisarka i/lub czyje książki najbardziej lubi czytać, bez wahania odpowie: Dorota Gellner. Choć rzadko razem: czasem powie tylko Dorota, czasem tylko Gellner. Grunt że rozróżnia i grunt, że nie mija się z prawdą. Pisarstwo Pani Doroty dostarcza nam obu wspaniałych wspólnych chwil nad książką. Jest rozrywką i dla Oli, i dla mnie. Ale od początku. 
Przygodę z twórczością pisarki rozpoczęłyśmy wcześnie i od książeczek z twardymi stroniczkami i kiczowatymi ilustracjami:
Ola szczególnie umiłowała sobie wierszyk "Sklep dla żab", który stał się kultowy w naszym domu i który recytuje z pamięci. "Czarodziejski most" spełnił zaś poważną rolę terapeutyczną (bo to bardzo mądry terapeutyczny tekst). Już nie działa, ale swego czasu wszystkie mostki w parku były czarodziejskie, a samo skakanie stało się "oczyszczające" ze złych emocji.
Potem zupełnym przypadkiem odkryłyśmy w bibliotece książkę "Wścibscy":
Z tym że czytanie jej odbywa się w dość specyficzny sposób. Ola wybrała sobie dwa opowiadania z tomiku i tylko te dwa każe i chce czytać. I śmieje się z nich zawsze tak samo, a do książki wypożyczonej z biblioteki przywiązała się tak bardzo, że... musiałyśmy kupić nasz prywatny egzemplarz, bo nie chciała oddać do biblioteki. Mnie też śmieszą przezabawne, krótkie, rymowane historyjki o tej ludzkiej (i nie tylko ludzkiej, jak się okazuje) przypadłości...
Dlatego kolejną książkę kupiłyśmy już w "ciemno".  
Tomik "Duszki, stworki i potworki" to również przezabawna, rymowana proza, która oswaja straszydła wszelkiej maści.Pełni podobną funkcję jak genialny zbiór "Wiersze, że aż strach" Małgorzaty Strzałkowskiej. Osobiście uwielbiam tę drugą, Ola zaś "oswaja" z pomocą Pani Doroty...
Kolejną pozycję przywiozłam z targów książki i została zaczytana, po prostu zaczytana przez nas obie. "Mysia Orkiestra" to kolejny zbiór zabawnych historyjek pisanych rymowaną prozą. Ola przejęła całe frazy z książeczki, zaczęła się też niezdrowo (skutki uboczne wyobraźni rozbuchanej czytaniem - wystąpią zawsze) interesować śmietnikami ulicznymi, bo jej ulubionym tekstem z książeczki, jest ten o rozrabiającym śmietniku:
Ale prawdziwym hitem jest jeszcze jedna książeczka przywieziona z targów, zatytułowana "Złote koniki":
Szczerze mówiąc byłam mocno zaskoczona, kiedy pierwszy raz czytałam ją z Olą. Przyzwyczajona do zabawnych krótkich historyjek pisanych rymowaną prozą, spodziewałam się po tym zbiorze czegoś podobnego. Tymczasem jest to zbiór zupełnie inny od tych powyższych. Nie bazuje na humorze, nie rozbudza tego poczucia humoru, jego zadaniem jest raczej rozbudzenie wrażliwości na poetyckie obrazy. To wspaniały przykład na pierwsze spotkanie malucha z poezją (pisaną prozą wszakże, ale nic to), która  wzbudza zachwyt nad światem, a nawet pewną nad nim refleksję. Wspaniały zbiorek.
Ale... Ale... Przyszedł i czas na "Gryzmoła". Tylko tu trzeba zachować ostrożność. Jest to zbiór kilkunastu prześmiesznych rymowanych historyjek o chłopcu, który patologicznie po wszystkim bazgrolił. Mimo pewnej pedagogicznej pułapki czytamy, śmiejemy się, i zachowanie Gryzmoła omawiamy i krytykujemy. Ale i tak  z lekkim niepokojem spoglądam od czasu do czasu w stronę kredek i ściany i boję się, że Ola nie wytrzyma i weźmie zeń przykład.
Ostatnia zaś książka, którą czytamy, to "Zając":
I tu również spotkało nas zaskoczenie podczas pierwszej lektury, bo nie jest to już rymowana proza, ale zbiór króciutkich anegdot o zwariowanym zającu, pisanych głównie w formie nierymowanych dialogów. Wkrada się w te dialogi element absurdu, widzę, że Ola zupełnie go jeszcze nie chwyta, ja zaś absurd w literaturze uwielbiam, więc głównie ja mam z tej lektury dużo radości.
Zostało nam jeszcze kilka tytułów, których na razie nie poznałyśmy, ale to dobrze, nie zabraknie nam czytania. A że książeczki Pani Doroty wydawane są w oprawach graficznych ładnych, estetycznych, zrywających z "dyskontowym" kiczem, warto także dlatego kupować je i stawiać na półkach w dziecinnym pokoju (oczywiście stawiać w przerwach między czytaniem). 
Nie dam sobie wytłumaczyć, że dwulatek nie może jeszcze mieć czytelniczego gustu. Bo właśnie twórczość Doroty Gellner - jej fraza, jej postrzeganie, jej humor, jej rym - przypadły Oli do gustu bezwzględnie, nie Małgorzaty Strzałkowskiej, Natalii Usenko czy Agnieszki Frączek, których wierszyki również zna i czyta. Cieszę się, że tak jest. To najlepsze wzorce. Polecamy serdecznie twórczość Autorki, a jej samej dziękujemy za to, że wspólne chwile nad książką są pełne radości, śmiechu i naprawdę dobrej poezji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz