wtorek, 30 grudnia 2014

Walter Moers "Labirynt śniących książek"

Na początek kilka faktów. Sześć lat temu dokonałam pierwszego wpisu na tym blogu. Była to recenzja „Miasta śniących książek” i to, jak wiadomo, od tej książki blog zaczerpnął swoją nazwę. Szósty rok prowadzenia bloga zamykam zaś refleksjami nad kontynuacją powieści. Nie mogłoby być inaczej, kiedy bowiem - całkowicie przypadkiem, co najśmieszniejsze - zobaczyłam w księgarni, że autor ponownie zaprasza do Księgogrodu,  nie mogłam z tego zaproszenia nie skorzystać, choć wieść o kontynuacji jednej z moich najukochańszych powieści przyjęłam tak z radością, jak i z zaskoczeniem. Dlaczego? Bardzo dobrze ujęte zostało źródło tego zdziwienia w szczerej recenzji, którą serdecznie polecam: http://kronikaksiazkoholika.blogspot.com/2014/12/dalej-wgab-po-raz-drugi-czyli-stracies.html. Myślę, że autor nie będzie miał do mnie żalu, że zacytuję jego zdanie: Zresztą, „Miasto…” do tej pory uważam za pięknie zamkniętą kompozycję, niepotrzebującą kontynuacji.” Zgadzam się z każdym słowem tej recenzji, a już najbardziej z towarzyszącym i mnie zdziwieniem. Bo mimo że Moers podarował czytelnikom najpiękniejszy z możliwych prezentów – możliwość powrotu do Księgogrodu, nawet ja zastanawiałam się,  jeszcze zanim otworzyłam książkę, czy na pewno trzeba do niego wracać… Ale skoro wrota spalonego przecież doszczętnie miasta zostały powtórnie otwarte, udałam się w podróż wraz z Rzeźbiarzem Mitów.

No i trzeba przyznać, że rozkosz czytania pierwszej połowy powieści jest ogromna. Odbudowany Księgogród, nowocześniejszy i bardziej książkowy niż kiedykolwiek indziej. Prawdziwa wirtuozeria wyobraźni, rozkoszna książkowa uczta. Zachwycają kolejne wynalazki księgogrodzkie (podniebne biblioteki, księgowino, podział biblionizmu na oryginalne kategorie, kapitalne żywe gazety, itd…). W połowie książki, której fabuła skupia się właściwie jedynie na zwiedzaniu miasta, następuje jednak pierwsze pęknięcie. Okazuje się, że nie jest to już tylko miasto książki, ale także miasto teatrów lalkowych. Poczułam pierwszy zawód. Księgogród był TOTALNYM KSIĄŻKOWYM MIASTEM, a tu nagle wdarł się w niego nieksiążkowy pierwiastek, który rozbił tę hermetyczną książkową strukturę. Może to i naiwne myślenie, ale poczułam się zawiedziona.  Przez następne kilkadziesiąt stron czułam więc narastającą irytację, bo nadal nie działo się nic, autor zafundował mi zaś przymusową wędrówkę po teatrach lalkowych. Przyznam że, choć i tutaj nie można odmówić mu wirtuozerii wyobraźni, kilkudziesięciostronicowy opis spektaklu przeczytałam niczym  typowy bibliomat z Księgogrodu. Kiedy zaś widziałam upływające strony, gdy zostało ich pięć, cztery, trzy do końca książki… porzuciłam nadzieję na to, że akcja dostarczy mi odpowiedzi najważniejsze pytanie. Wiecie zresztą jakie, jeśli zaczęliście czytać tę książkę. Kiedy zaś przeczytałam „posłowie tłumacza”, poczułam się już ostatecznie oszukana. Całe te 376 stron okazało się wstępem do historii, która toczyć się będzie dopiero w drugiej części. I, zdaje się – analizując recenzje książki z blogosfery – nie tylko ja poczułam się oszukana i zawiedziona. Głównie tym, że teraz trzeba czekać na kolejną część (mam nadzieję, na Boga, że nie kilka lat), z podsyconą ciekawością i do granic możliwości podkręconą irytacją na tak wyglądającą sprawę Księgogrodu. Mimo to cieszę się oczywiście, że trafię tam po raz trzeci. No i mam nadzieję, że autor nie wymusi już na księgogrodzianach takiej czytelniczej pokory, na którą nie zasługujemy. Kurcze blade! Ktoś, kto stworzył książkowe miasto, powinien to wiedzieć najlepiej!!!

sobota, 27 grudnia 2014

Maria Kruger "Karolcia"

Sięgnęłam po „Karolcię” nieco z musu, bo potrzebne mi było przypomnienie treści.  Ten „mus” przemienił się jednak we wspaniałą sentymentalną podróż w czasie. Z dwóch powodów. Moje pokolenie wychowało się na Karolci (swoją drogą jak to cudownie, że pewne tytuły od lat nie zmieniają szaty graficznej – dokładnie taką bowiem Karolcię czytałam, jaką teraz kupiłam w pierwszej lepszej księgarni i po dokładnie taką samą sięgnie za kilka lat córeczka! Co prawda były próby nadania jej nowocześniejszej szaty, ale z tą książką jest chyba trochę jak z "Lokomotywą" Tuwima). Pamiętam, że była to jedna z pierwszych moich lektur. Pamiętam, że sama też miałam potem swój magiczny koralik (wszak mój był czerwony), który do dzisiaj zachował się gdzieś między starymi guzikami. A teraz powróciłam do tej książki i spojrzałam na nią przez pryzmat dzisiejszej literatury dla dzieci. I wiecie, do jakiego doszłam wniosku? Że to nadal niezwykle atrakcyjna i wciągająca lektura. Nie straciła nic na atrakcyjności, wręcz przeciwnie, na tle współczesnych książek przygodowych wypada zupełnie dobrze i nader nowocześnie. Myślę tu głównie o cyklu Maleszki, bo nie da się u niego nie rozpoznać wpływów Karolci. Nawet tempo tych książek jest podobne!!! Przygody zaś Karolci, choć powielane potem w niezliczonej ilości przygodówek dla młodzieży, nadal potrafią bawić i wciągać! Nie odczuwa się też szczególnie tej czasowej przepaści, jaka dzieli czasy tytułowej dziewczynki od skomputeryzowanej współczesności. Owszem, rzuca się w „oczy”, że to rzeczywistość przedtelewizyjna, przedkoputerowa, przedkomórkowa, ale nie czyni „Karolci” książką nieaktualną. A wiecie przecież, że wiele podobnych książek spotyka zgoła inny los. Nawet lepiej, że współczesne dzieci mają jeszcze okazję poczytać o czasach, gdy pomysłotwórcze było podwórko, nie komputer.
Aha! I jeszcze wątek autobiograficzny. Kiedy niewidzialna Karolcia wchodzi do sklepu z zabawkami i pragnie pobawić się lalką, wyjmuje z półki jedną z tych, o których najbardziej marzy: miały prawdziwe włosy do mycia, zamykane oczy i Karolcia wiedziała, że jeśli się je przechyli do tyłu, to powiedzą: ma-ma. Miałam taką lalkę! Pamiętam ją jak dzisiaj.

A morał z tego taki, że trzeba czasami zapuszczać się w sentymentalne podróże po starych lekturach szkolnych. Chociażby po to, by zrobić rekonesans, które przetrwały „komputerową” próbę. I rozpoznać w nich swoje dzieciństwo. Już wiem, że to nie jest strata czasu… 

piątek, 26 grudnia 2014

Joanna Kmieć "Papuk, czyli opowieść o potwornym apetycie na książki"

Przesympatyczna lektura! Mama głównych bohaterów (chłopiec jest w wieku przedszkolnym, Jagódka nieco młodsza) jest pisarką i właśnie zepsuł jej się laptop. W tajemniczym sklepie nabywa magiczną maszynę do pisania a wraz z nią, oczywiście nieświadomie, papierowego stworka Papuka, którego głównym pożywieniem jest papier wszelkiej maści. Rodzina szybko akceptuje nowego członka rodziny, mimo iż z jego specyficznej diety oraz zmianie wielkości po papierowej uczcie wynikają różne śmieszne przygody całej czwórki (jest i tata filozof). Najważniejsze jest jednak to, że dzięki magicznej maszynie rodzinie udaje się zaprzyjaźnić z nielubianą do tej pory sąsiadką, marudną panią Kosteczko, której ulotki spod drzwi najczęściej padają łupem Papuka, ale która ma jednak z papierowym stworkiem coś wspólnego. Ale nie będę pisała o finale książeczki, nie odbiorę wam przyjemności lektury. Dość, że to bardzo pogodna, optymistyczna powiastka dla dzieci, którą warto przeczytać już przedszkolakom, ale sądzę, że i starsze będą się przy niej dobrze bawiły (niewielka objętość, duży druk i światło między wersami ułatwią też samodzielną lekturę najmłodszym adeptom czytelnictwa). Ja sama bardzo lubię takie „pomysłotwórcze” książki nie tylko do czytania, ale i do „przerobienia” z dzieckiem. Spróbujcie stworzyć własnego Papuka... Samograj…  Książka może też być pretekstem do dyskusji o nieznośnych sąsiadach… Jedyne, co mnie nieco mierziło, to konsekwentnie utrwalony stereotyp bibliotekarki, co prawda w finale powieści mocno „wygładzony”, ale jednak…

Serdecznie polecam, dorośli pośmieją się, dzieci pomarzą o Papuku. A gdyby chciały go potem stworzyć z papieru to… w razie czego zabezpieczcie swoje biblioteczki...

wtorek, 23 grudnia 2014

piątek, 12 grudnia 2014

Aleksandra Zielińska "Przypadek Alicji"

Sięgnęłam (ba! kupiłam!) po książkę tej debiutującej autorki, bo zaintrygowały mnie odniesienia do „Alicji w Krainie Czarów”. Ot, dlatego. Przy okazji znalazłam w sieci znakomitą wyczerpującą recenzję, którą polecam:
Jeśli zaś chodzi o samą powieść to, hm, poczekajcie, muszę nabrać trochę oddechu. Na tylnej stronie okładki przeczytać można: Ten przypadek domaga się nie tyle przeczytania, ile przeżycia. No i to jest właśnie kwintesencja tekstu i odczuć czytelniczych z nim związanych. Bo mimo że zżymałam się na tę rzeczywistość, mimo że narastało we mnie obrzydzenie, strach nawet w pewnym momencie, mimo że totalnie rozmijam się etycznie i poglądowo z bohaterką, COŚ kazało mi tę książkę czytać dalej. 
Powieść zaczyna się niepozornie: ułożona studentka farmacji daje się zaciągnąć na alkoholowo-narkotyczną imprezę, z której wychodzi z niechcianą ciążą. Dokonuje próby aborcji. Nieudanej - dodajmy. Od tego momentu autorka serwuje nam psychodeliczne wizje i stany umysłu młodej dziewczyny, okraszone truchłami zwierząt, gryzącymi szczurami, krwią, i – co najważniejsze „pokiereszowanymi”  motywami z powieści Carrolla. Czyta się to z obrzydzeniem, ale przestać nie można. Tym bardziej, że granica między tymi rojeniami umysłu jest z jednej strony dość wyraźna, z drugiej rozmywa w iście Carrollowski sposób.
Sama tytułowa Alicja wydaje się mocno papierową postacią, mimo niezaprzeczalnego„bogactwa” chaotycznych przeżyć. Podobała mi się natomiast postać Tomasza, chłopaka Alicji, artysty malarza mocno oderwanego od rzeczywistości. Niby epizodyczna, wkraczająca do psychodelicznego świata Alicji po to tylko, by odbębnić swoją kwestię i „popilnować” główną bohaterkę, ale jakaś taka prawdziwsza mimo wszystko. Może dlatego, że niedopuszczona do tych narkotycznych wizji dziewczyny. Pozostająca do końca „po drugiej stronie lustra”. A sama ciężarna Alicja… Trudno jej mimo wszystko współczuć, jej postać mierzi, niepokoi, czytając jednak tę książkę, do ostatniego akapitu miałam naiwną nadzieję, że skończy inaczej. Ona i dziecko. To taka postać, którą chciałoby się na siłę naprawiać, nawracać… A nic zrobić nie można, można ją tylko „przeżyć”.
Ciekawa jestem odbioru tej książki na rynku, wymaga bowiem od czytelnika ogromnego dystansu i czytelniczej świadomości. Ja lubię takie „makabreski” (że posłużę się określeniem z ww. recenzji), ale zmuszać do ich czytania innych nie wolno. Jako kochająca matka małego dziecka także musiałam łapać nieustanny dystans.  Wielce niepokojąca lektura; literacka „zaczepa”, prowokująca odważna autorka. 
Dodatkowo, co by nie powiedzieć, rzecz dobrze napisana. Autorka panuje nad językiem, rzeźbi, myśli…
Oczywiście osobną kwestią są liczne odniesienia do „Alicji w Krainie Czarów”. Zmuszona jestem z tego powodu ciachnąć omówienie książki na pół i drugą część zamieścić na nowo powstałym blogu poświęconym Krainie Czarów. Na który zresztą serdecznie zapraszam, nie tylko alicjanofilów:



niedziela, 7 grudnia 2014

Pavel Srut "Niedoparki"

No to już wiem, dlaczego nie zawsze mogę skompletować wszystkie pary skarpetek, a przynajmniej znalazło się na to zjawisko jakieś sensowne usprawiedliwienie. To czeskie niedoparki! To one! Są już w Polsce! I to od dwóch lat, choć ja sama odkryłam je przypadkiem dopiero teraz! Znakomita książka o stworzeniach, które żywią się ludzkimi skarpetkami, ale kradną zawsze jedną z pary. Autor kapitalnie konstruuje ich świat, otoczenie i zasady, którymi się kierują. A więcej tu skarpetek niż gdziekolwiek indziej (co podkreśla zresztą warstwa graficzna książki). Czeski pisarz tworzy oryginalny świat, do którego powracałam w trakcie lektury z przyjemnością i rozkoszą. Świat niezwykle zabawny – dodam, choć humor książki opiera się nie tylko na „skarpetkowych detalach”, nie tylko na subtelnym, rozsianym gdzieniegdzie absurdzie słownym, ale przede wszystkim na warstwie fabularnej – perypetiach niedoparków i ich relacjach z ludźmi (z kapitalnym profesorem Kędziorkiem na czele). Mimo iż celem lektury wydaje się przede wszystkim dobra zabawa, jest  tu też miejsce na podstawowe wartości: głównie przyjaźń, także tę trudną, między niedoparkiem a człowiekiem (wspaniała postać pana Wawrzyńca – tego „trochę nie do pary”, bardzo mnie ten jego opis wzruszył). Jest i mowa o umieraniu – bo czym jest ulotnienie się dziadka Hihlika jak nie wspaniałą, poruszającą serce sceną śmierci, którą można wykorzystać pięknie w rozmowach z dzieckiem. Jednym słowem książka jest totalnym czytelniczym hitem dla wszystkich grup wiekowych. Bo i do dorosłych skarpetkowy świat przemówi aluzjami i konwencjami (z postacią nieroparka Padre na czele!). Jeśli tylko uda mi się „dorwać”  drugą część, rzucę się na nią co najmniej z takim smakiem jak zgłodniały niedoparek na skarpetkę!
I tylko, aby kolorowo tak bardzo nie było, dwa słowa o warstwie graficznej, która, z tego co się zorientowałam, jest w całości obcym importem. Oczywiście, bardzo udana, choć momentami nie do końca zrozumiała (szczególnie to rozstrzelenie tekstu i patologicznie szerokie marginesy przy małej wielkości fontu – zasadności tego posunięcia nie rozumiem, ale wizja to wizja). Dobrze natomiast, że złożona została mało u nas wciąż popularną chorągiewką.  Książka wydana została z rozmachem: twarda okładka, grubszy papier – niestety jest przez to ciężka i nieporęczna. No ale cóż, z rozmachem to z rozmachem, na pewno zasługuje na taką zacną oprawę.

Aha! I polecam stronę cyklu: http://www.niedoparki.pl  To znowu chwalebny przykład dobrej, nowoczesnej promocji! Oby więcej!