piątek, 12 grudnia 2014

Aleksandra Zielińska "Przypadek Alicji"

Sięgnęłam (ba! kupiłam!) po książkę tej debiutującej autorki, bo zaintrygowały mnie odniesienia do „Alicji w Krainie Czarów”. Ot, dlatego. Przy okazji znalazłam w sieci znakomitą wyczerpującą recenzję, którą polecam:
Jeśli zaś chodzi o samą powieść to, hm, poczekajcie, muszę nabrać trochę oddechu. Na tylnej stronie okładki przeczytać można: Ten przypadek domaga się nie tyle przeczytania, ile przeżycia. No i to jest właśnie kwintesencja tekstu i odczuć czytelniczych z nim związanych. Bo mimo że zżymałam się na tę rzeczywistość, mimo że narastało we mnie obrzydzenie, strach nawet w pewnym momencie, mimo że totalnie rozmijam się etycznie i poglądowo z bohaterką, COŚ kazało mi tę książkę czytać dalej. 
Powieść zaczyna się niepozornie: ułożona studentka farmacji daje się zaciągnąć na alkoholowo-narkotyczną imprezę, z której wychodzi z niechcianą ciążą. Dokonuje próby aborcji. Nieudanej - dodajmy. Od tego momentu autorka serwuje nam psychodeliczne wizje i stany umysłu młodej dziewczyny, okraszone truchłami zwierząt, gryzącymi szczurami, krwią, i – co najważniejsze „pokiereszowanymi”  motywami z powieści Carrolla. Czyta się to z obrzydzeniem, ale przestać nie można. Tym bardziej, że granica między tymi rojeniami umysłu jest z jednej strony dość wyraźna, z drugiej rozmywa w iście Carrollowski sposób.
Sama tytułowa Alicja wydaje się mocno papierową postacią, mimo niezaprzeczalnego„bogactwa” chaotycznych przeżyć. Podobała mi się natomiast postać Tomasza, chłopaka Alicji, artysty malarza mocno oderwanego od rzeczywistości. Niby epizodyczna, wkraczająca do psychodelicznego świata Alicji po to tylko, by odbębnić swoją kwestię i „popilnować” główną bohaterkę, ale jakaś taka prawdziwsza mimo wszystko. Może dlatego, że niedopuszczona do tych narkotycznych wizji dziewczyny. Pozostająca do końca „po drugiej stronie lustra”. A sama ciężarna Alicja… Trudno jej mimo wszystko współczuć, jej postać mierzi, niepokoi, czytając jednak tę książkę, do ostatniego akapitu miałam naiwną nadzieję, że skończy inaczej. Ona i dziecko. To taka postać, którą chciałoby się na siłę naprawiać, nawracać… A nic zrobić nie można, można ją tylko „przeżyć”.
Ciekawa jestem odbioru tej książki na rynku, wymaga bowiem od czytelnika ogromnego dystansu i czytelniczej świadomości. Ja lubię takie „makabreski” (że posłużę się określeniem z ww. recenzji), ale zmuszać do ich czytania innych nie wolno. Jako kochająca matka małego dziecka także musiałam łapać nieustanny dystans.  Wielce niepokojąca lektura; literacka „zaczepa”, prowokująca odważna autorka. 
Dodatkowo, co by nie powiedzieć, rzecz dobrze napisana. Autorka panuje nad językiem, rzeźbi, myśli…
Oczywiście osobną kwestią są liczne odniesienia do „Alicji w Krainie Czarów”. Zmuszona jestem z tego powodu ciachnąć omówienie książki na pół i drugą część zamieścić na nowo powstałym blogu poświęconym Krainie Czarów. Na który zresztą serdecznie zapraszam, nie tylko alicjanofilów:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz