sobota, 27 grudnia 2014

Maria Kruger "Karolcia"

Sięgnęłam po „Karolcię” nieco z musu, bo potrzebne mi było przypomnienie treści.  Ten „mus” przemienił się jednak we wspaniałą sentymentalną podróż w czasie. Z dwóch powodów. Moje pokolenie wychowało się na Karolci (swoją drogą jak to cudownie, że pewne tytuły od lat nie zmieniają szaty graficznej – dokładnie taką bowiem Karolcię czytałam, jaką teraz kupiłam w pierwszej lepszej księgarni i po dokładnie taką samą sięgnie za kilka lat córeczka! Co prawda były próby nadania jej nowocześniejszej szaty, ale z tą książką jest chyba trochę jak z "Lokomotywą" Tuwima). Pamiętam, że była to jedna z pierwszych moich lektur. Pamiętam, że sama też miałam potem swój magiczny koralik (wszak mój był czerwony), który do dzisiaj zachował się gdzieś między starymi guzikami. A teraz powróciłam do tej książki i spojrzałam na nią przez pryzmat dzisiejszej literatury dla dzieci. I wiecie, do jakiego doszłam wniosku? Że to nadal niezwykle atrakcyjna i wciągająca lektura. Nie straciła nic na atrakcyjności, wręcz przeciwnie, na tle współczesnych książek przygodowych wypada zupełnie dobrze i nader nowocześnie. Myślę tu głównie o cyklu Maleszki, bo nie da się u niego nie rozpoznać wpływów Karolci. Nawet tempo tych książek jest podobne!!! Przygody zaś Karolci, choć powielane potem w niezliczonej ilości przygodówek dla młodzieży, nadal potrafią bawić i wciągać! Nie odczuwa się też szczególnie tej czasowej przepaści, jaka dzieli czasy tytułowej dziewczynki od skomputeryzowanej współczesności. Owszem, rzuca się w „oczy”, że to rzeczywistość przedtelewizyjna, przedkoputerowa, przedkomórkowa, ale nie czyni „Karolci” książką nieaktualną. A wiecie przecież, że wiele podobnych książek spotyka zgoła inny los. Nawet lepiej, że współczesne dzieci mają jeszcze okazję poczytać o czasach, gdy pomysłotwórcze było podwórko, nie komputer.
Aha! I jeszcze wątek autobiograficzny. Kiedy niewidzialna Karolcia wchodzi do sklepu z zabawkami i pragnie pobawić się lalką, wyjmuje z półki jedną z tych, o których najbardziej marzy: miały prawdziwe włosy do mycia, zamykane oczy i Karolcia wiedziała, że jeśli się je przechyli do tyłu, to powiedzą: ma-ma. Miałam taką lalkę! Pamiętam ją jak dzisiaj.

A morał z tego taki, że trzeba czasami zapuszczać się w sentymentalne podróże po starych lekturach szkolnych. Chociażby po to, by zrobić rekonesans, które przetrwały „komputerową” próbę. I rozpoznać w nich swoje dzieciństwo. Już wiem, że to nie jest strata czasu… 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz