sobota, 26 grudnia 2015

L. Frank Baum "Czarnoksiężki z Krainy Oz"

Chciałam poczytać przez święta coś bajkowego i dziecięcego. Już od dawna patrzyłam w kierunku stojącego na półce Oli „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”, teraz więc trafiła się okazja, aby w świątecznym czasie bez wyrzutów sumienia i nieśpiesznie wyruszyć w podróż razem z Dorotką i jej przyjaciółmi.
Ciężko jest pisać o książce, która lepiej lub gorzej, ale jednak funkcjonuje w świadomości większości czytelników. Filmy, adaptacje, bajki… Tylko że może właśnie dlatego ciężko jest wykreować sobie własny Szmaragdowy Gród i własną żółtą drużkę. Udało mi się to o tyle, że nie przypominam sobie żadnej adaptacji filmowej, która zakłóciłaby działanie mojej wyobraźni w trakcie lektury. A książka Bauma to właśnie taka książka – trzeba wyobrazić ją sobie samemu, bez multimedialnych pomocników...
Zachwyciła  mnie głównie gra kolorów. I Szmaragdowy Gród, i Kraina Porcelany, i te przedziwne postaci z latającymi małpami na czele… Ktoś mi jednak pomógł w tej wędrówce… To Robert Ingpen, który zilustrował czytane przeze mnie wydanie. Uwielbiam  serię Buchmana z ilustracjami Ingpena; to od niej zaczęła się moja fascynacja Alicją w Krainie Czarów. Powieść Bauma zilustrowana jest równie pięknie. Szczególnie robią wrażenie ilustracje całostronicowe. Najbardziej zachwyciła mnie smutna przemiana drwala… 
Czytając to wydanie z ilustracjami Ingpena, otrzymuje się dodatkową estetyczną ucztę. Polecam serdecznie to konkretne wydanie. A i sama podróż z Dorotką i jej przyjaciółmi była znakomitym pomysłem na święta. Tę wędrówkę można tak różnie i na tylu poziomach odczytywać… Właśnie takich wędrówek w literaturze szukam…

Reprodukcje pochodzą ze strony: http://www.ambelucja.pl/Czarnoksieznik-z-Krainy-Oz/2724/

wtorek, 8 grudnia 2015

Andrzej Maleszka "Magiczne drzewo. Świat ogromnych"

Po kolejny tom Magicznego drzewa sięgnęłam, zacierając ręce z radości i ciekawości. Nie ma drugiej takiej serii dla młodzieży, której akcja działaby się tak błyskawicznie, a zwroty akcji byłyby takie fascynujące. Jest to bez wątpienia jedna z najlepszych (jeśli nie najlepsza) serii dla młodszej młodzieży. W „Świecie ogromnych” następuje jednak mała zmiana. Owszem, dzieje się w niej dużo – jak na książkę przygodową – ale mało jak na samego Maleszkę. Autor położył tym razem akcent na opis świata olbrzymów, na scharakteryzowanie go dokładnie i wyczerpująco. Fascynujące są szczególnie te opisy, które skupiają się na „proporcjach”. Przez to tajemnicza planeta olbrzymów jest jeszcze atrakcyjniejsza.  To oczywiście nie jest żaden minus tej części – jak pisałam, dzieje się w niej nadal bardzo wiele, powiedziałabym jednak, że pojawiła się z tą częścią jakaś nowa jakość.
Fascynuje mnie u Maleszki dobór motywów; czerpie  garściami z najlepszych tradycji literatury dziecięcej, ale jednocześnie nie jest to odtwórcze – to autonomiczne światy, przedmioty, sytuacje, choć gdzieś już w jakichś konfiguracjach dawno wystąpiły. A dobór ich jest wyborny: zmiany proporcji – echa Krainy Czarów, świat olbrzymich – echa przygód Guliwera. Dodałabym do tego zacnego grona jeszcze przygody Pożyczalskich. Maleszka czerpie pełnymi garściami z najlepszej tradycji – identyfikowanie jej to kolejna czytelnicza frajda.
Ta część serii ma jednak jeszcze dodatkowo jakiś niepowtarzalny klimat, przebija z niej jakiś niewyczuwalny do tej pory smutek – ten dziwny świat olbrzymów z Gustawem i Bertą na czele – bezdzietnym małżeństwem, które przygarnęło dwoje „małych” ludzików. Ta bezwarunkowa miłość i akceptacja Berty do swoich podopiecznych… To poczucie niedopasowania do rzeczywistości Alika. I wreszcie cierpienie matki – pani Szulc, która straciła swoje dziecko. Na szczęście wszystko  kończy się dobrze, ale książka pozostawia jakiś niepokój… A ostatni akapit zapowiada kłopoty w świecie Kukiego i Gabi. Chciałabym... życzyłabym sobie, żeby ta seria poszła w tym właśnie kierunku, tym bardziej że przez to kompletnie nie traci na atrakcyjności fabuły.

W ogóle marzę o tym, żeby spotkać kiedyś Maleszkę na targach. Żeby zapytać go, jak on to robi? Jak mu się to udaje, że akcja z takimi niespodziewanymi zwrotami zawsze dobiega do szczęśliwego końca? Jaki jest jego sposób pracy nad tymi książkami? Czy ma w głowie od razu zarys całości, czy tworzy tę akcję w trakcie pisania. A może ktoś już to wie?

środa, 2 grudnia 2015

Sylwia Chutnik "Jolanta"

No i nie wiem, od czego zacząć. Może od tego, że ostatnia książka Sylwii Chutnik to literacki majstersztyk. Powieść wybitna. Dawno nie czytałam nic tak znakomitego literacko i głowę sobie dam uciąć, że długo nie trafię na podobną książkę.
Ta niezwykle przemyślana (także formalnie) historia to opowieść o dziewczynie, której dzieciństwo i młodość przypadły na lata głębokiego PRL-u, a potem na czasy zmian ustrojowych. Jolanta żyje w toksycznym środowisku warszawskiej dzielnicy Żerań. Robotnicza dzielnica, brud i patologia blokowiska... Do tego porzucona przez męża, nadużywająca alkoholu matka… Początkowa opowieść o życiu w peerelowskiej Polsce szybko przekształca się w dramatyczne studium porzuconego przez ojca dojrzewającego dziecka, a potem w jeszcze bardziej szokujące w swym wymiarze studium depresji poporodowej, niezgody na świat, na siebie i ludzi wokoło. Sylwia Chutnik pisze o tym wszystkim z tak nieprawdopodobną znajomością rzeczy, że aż ciśnie się na usta pytanie, kim naprawdę jest Jolanta? Momentami wydaje się, że to ktoś, kogo dobrze znamy, kto mieszka za ścianą albo w bloku obok. W tę postać tak bardzo się wierzy… Psychologiczne bogactwo tej książki poraża. Uszczypliwa, typowa dla autorki ocena rzeczywistości zadziwia ze strony na stronę. Swoisty język, sposób narracji, cięta riposta, powracająca jak lejtmotyw postać archetypicznego niemalże, upiornego dozorcy, grzebanie w podświadomości głównej bohaterki – to wszystko składa się na powieść wybitną, w której każde zdanie tnie rzeczywistość jak nożem, w której każde zdanie jest przemyślane, do bólu wycyzelowane, brutalne…

Nie umiem pisać o tej książce bez emocji, choć sama historia nieszczęśliwej dziewczyny złamanej przez życie i transformacje ustroju, w którym przyszło jej żyć, pojawia się często i w wielu wariantach. Motyw depresji poporodowej też. Tutaj rozchodzi się jednak o sposób podania. O bolesną wiwisekcję tamtych czasów. O brud i smród warszawskich blokowisk, o to, w jaki sposób to wszystko zostało zmiksowane i podane. Oczywiście w czasie lektury nachodziły mnie myśli, że to jednak bardzo jednostronna ocena rzeczywistości. Nieobiektywna.  Nachodził też strach o to, by nie dać się porwać takiemu „widzeniu”. W tym strachu i napięciu płynęłam przez tę książkę jak Jolanta płynęła w stronę morza, bez możliwości przerwy, przystanku, bez możliwości powiedzenia: nie, dziękuję, nie chcę. Ta książka mnie SPARALIŻOWAŁA.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Joanna M. Chmielewska "Niebieska niedźwiedzica"

Czytałam różne mądre bajki dla dzieci. Niebieska niedźwiedzica jest jedną z nich, w dodatku ma tę cechę, która wyróżnia teksty genialne; zapuszcza w sercu korzonki i zostaje w nim na bardzo długo, jeśli nie na zawsze…

Fabuła jest banalnie prosta: rodzinie niedźwiadków rodzi się maleństwo, które ku zdziwieniu wszystkich jest… niebieskie. Nie zostaje oczywiście zaakceptowane przez niedźwiedzie społeczeństwo, kochają je i bezwarunkowo akceptują jedynie rodzice. Tekst bajki jest króciutki, do wspólnego przeczytania przez jeden wieczór przed zaśnięciem, ale jednocześnie jest tak niezwykle pojemny, że aż trudno uwierzyć, ile problemów udało się zmieścić autorce tej jednej historii. Przypadek niebieskiego niedźwiedzia to opowieść o tolerancji, bezwarunkowej miłości rodziców, odmienności, ale i mała przypowieść o władzy (król i jego magiczne okulary).  Polecam go z całego serca, zarówno rodzicom, jak i pedagogom do pracy z małymi czytelnikami. Uwielbiam takie wielopoziomowe, głęboko terapeutyczne, wstrząsające na swój sposób bajki. Z pomocą niedźwiedziej rodziny można „przepracować” wiele poważnych problemów i zjawisk, które dotyczą nie bajkowego, nie niedźwiedziego, ale ludzkiego świata…

niedziela, 8 listopada 2015

Andrzej Maleszka "Cień smoka"

Seria Magiczne drzewo Andrzeja Maleszki to w moim przekonaniu NAJLEPSZA seria dla młodzieży na polskim rynku. Przy okazji każdej części piszę to samo: dlatego że tempem akcji odpowiada dzisiejszemu współczesnemu światu. Młodzi czytelnicy nie mają czasu na nudne wprowadzenia, nie mogą i nie chcą sobie pozwolić na toporne pierwsze strony, które dopiero zawiązują akcję. Tutaj wchodzimy w tę akcję w zasadzie od początku – i pozostajemy w permanentnej niepewności do samego końca. Żadna inna seria nie ma TAKIEGO tempa. I żadna nie ma takiej nieprawdopodobnej wręcz właściwości: trzyma w napięciu na każdej stronie, na każdej niemal przenosząc zwrot akcji, którego konsekwencje są trudne do przewidzenia. Oczywiście, pociąga to za sobą uproszczenie wewnętrznego świata bohaterów, nie ma tu w zasadzie miejsca na ten świat, ale coś za coś. Kolejna część serii oczywiście nie zawodzi – wręcz przeciwnie, przynosi modyfikacje kolejnych znanych już z literatury dla dzieci, a ze świeżym powiewem wykorzystanych motywów: tutaj jest to ożywiona magiczna figurka. Ponadto zanurzamy się razem z dobrze nam już znanymi bohaterami w groźny podwodny świat. Jest i smok, i nowoczesna broń, i nowe technologie, i przede wszystkim kapitalne pomysły. Seria Maleszki to dla mnie wielki triumf ludzkiej wyobraźni. Już nie mogę się doczekać, kiedy zanurzę się w kolejnej części. Z naiwnością i ciekawością dziecka…

niedziela, 1 listopada 2015

Grzegorz Bartos "Nigdzie teraz, teraz tutaj"

Akcja tej dziwnie zatytułowanej książki radomskiego pisarza dzieje się na żoliborskim bazarze, choć tak naprawdę mogłaby dziać się gdziekolwiek indziej. BA! Ciężko tu mówić o jakiejś konkretnej akcji – poza finałem książki nie dzieje się w niej w zasadzie nic. Cały ten niewielki objętościowo tekst wypełnia bowiem monolog Griszy, sprzedawcy gazet i innych kioskowych pierdół na wyżej wymienionym bazarze, przeplatany od czasu do czasu dialogami między nim a stałymi bywalcami tego zapomnianego momentami przez Boga miejsca. I już samo to jest w tej historii niesamowite! Że nie dzieje się w niej nic, akcja w zasadzie nie posuwa się do przodu, a jednak nie można się od tej książki oderwać. Od tej uporządkowanej pozornie narracji, od tych wszystkich ludzi, których opisuje narrator, a których poznajemy jedynie z jego właśnie punktu widzenia, nie mając możliwości obiektywnego spojrzenia, nie mając pełnego obrazu sytuacji, a jedynie strzępki cudzej obserwacji. A i sam punkt widzenia jest niebanalny – oto opowiada nam o otaczającej rzeczywistości człowiek o złamanym życiu. Grzegorz, około 40-letni mężczyzna, były punk z burzliwą przeszłością, wraca z Holandii i wynajmuje na okres dwóch lat budkę z gazetami. Siedzi w tym miejscu te dwa lata, nie bardzo wiedząc, co zrobić ze sobą dalej. Człowiek z burzliwą przeszłością i zupełnie niejasną przyszłością. Niezakorzeniony. Taki everyman współczesnych czasów trochę. W dodatku wciąż słucha utworów punkowych zespołów, których słowami raczy nas szczodrze sam autor książki. Gdybym miała określić, do jakiego gatunku zaliczyć tę książkę, chyba  postawiłabym nieśmiało na jakiś… paradokument. Autor książki nie tylko bowiem znakomicie portretuje warszawskich handlarzy, ale także w mistrzowski sposób odtwarza sposób myślenia i system wartości samego Griszy. Człowieka ukierunkowanego, czy też zdeterminowanego raczej takim a nie innym postrzeganiem rzeczywistości, a przez to ciekawego dla czytelników – zwłaszcza tych, którzy nie mieli nigdy nic wspólnego ze środowiskiem, z którego wywodzi się bohater, a i na bazary przychodzą tylko po szybkie zakupy.
Ale w tej książce jest jeszcze coś. To coś fascynuje najbardziej: choć miejsce akcji jest jednoznacznie określone, tak naprawdę mogłaby ona dziać się – jak pisałam na wstępie – na każdym innym bazarze, w każdym innym miejscu. Nie wiem tylko, czy nie smucić powinno to podobieństwo człowieczych losów…

Jednym słowem znakomita książka. Inna od wszystkich. Mądra. Gorzka. Zostaje w czytelniku.

środa, 28 października 2015

Zbigniew Kruszyński "Kurator"

Są takie książki, które czytając – słyszę. Ba! W dodatku „słyszę” w interpretacji samego autora. Są bowiem takie książki, przy lekturze których z łatwością można podstawić sobie głos autora – jeśli go oczywiście wcześniej była okazja posłuchać. Nie wiem, czy piszę w zrozumiały sposób – chodzi o to, że niektórzy piszą dokładnie tak… jak czytają. Czytając Dehnela, słyszę jednocześnie jego głos. Czytając Kruszyńskiego – doznaję podobnego wrażenia. Kiedyś byłam na spotkaniu z nim i najbardziej pamiętam do dzisiaj monotonny, patologicznie bezemocjonalny głos, kiedy czytał obszerne fragmenty swojej książki (zdaje się, „Ostatniego raportu”). Uwierzcie mi, on naprawdę pisze dokładnie tak, jak czyta. Uwielbiam sposób, w jaki prowadzi narrację – jak umiejętnie wplata elementy strumienia świadomości, jak prowadzi słowa po równej prostej, bez wyskoków, emocjonalnych wtrętów, jemu na dobrą sprawę nawet interpunkcja nie jest potrzebna. Ta narracja – choć pierwszoosobowa – wyzuta jest z  jakichkolwiek krzyków, pisków, płynie powoli, monotonnie do bólu i każe się słuchać powoli i w skupieniu. "Domaga się uwagi” – jak znakomicie kwituje to pisarstwo Magdalena Tulli na okładce książki. A czy to zawsze narracja pierwszoosobowa, też zgodzić się bezkrytycznie nie można, Kruszyńki stosuje bowiem oryginalny chwyt; w jednym zdaniu potrafi użyć trzeciej i pierwszej osoby w odniesieniu do głównego bohatera. Kapitalny wręcz zabieg; takie rozszczepienie narracji, które spowolnia wprawdzie sam proces lektury, ale przynosi niebanalne pola do interpretacji. I tylko w jednym nie zgadzam się z Magdaleną Tulli: „Kto w nią zainwestuje, będzie się cieszył świetnie napisaną, daleką od banału historią o miłości i śmierci, o poczuciu sensu i pustce” – zachwyca się pisarka kolegą po fachu. Odniosłam zupełnie inne wrażenie. Banał to odpowiednie słowo. Bo i na dobrą sprawę ta książka jest banalna. Historia mężczyzny, który związuje się z nastolatką... Dziwny związek prowadzi do tragedii... Na studium mężczyzny w średnim wieku to za mało, na traktat o miłości – zbyt nieczytelnie. Czytałam poprzednie książki Kruszyńskiego. Sięgam po nie także dla ich formy, języka, narracji. „Kurator” to znakomita diagnoza codzienności, ale jednak banalna. Takie mam odczucie po lekturze. Prawdopodobnie mylę się i wychodzi ze mnie jakaś literacka ignorancja. Może, ale tak odczuwam tę książkę i nic na to nie poradzę…

sobota, 17 października 2015

Sylwia Chutnik "Mama ma zawsze rację"

Pierwsze moje spotkanie z twórczością Sylwii Chutnik odbyło się podczas lektury zbioru opowiadań W krainie czarów. Opowiadania oczywiście bardzo mi się podobały, ale najbardziej zauroczyła mnie sama autorka podczas tegorocznych Warszawskich Targów Książki – bezpośrednia, serdeczna, ciepła. Przymierzam się więc do pozostałych tytułów, ale teraz przypadkowo w zasadzie trafiłam na zbiór felietonów Mama ma zawsze rację. Traf chciał, że wcześniej czytałam poradnik Dziecko z bliska Agnieszki Stein – wydany w tym samym wydawnictwie co książka Chutnik (http://www.mamania.pl/). No i jak to z lekturą takich książek była – pozostawiła mnie ona w stanie totalnego zakręcenia, jak to w końcu z tym wychowywaniem jest, a przy tym zafundowała poważnego doła (z tego też powodu książki nie opisałam na blogu), choć w ogólnym polekturowym bilansie nie wyszło wcale, że jestem wyrodną matką, a wręcz przeciwnie, że moja intuicja matczyna ma się nawet całkiem nieźle. Ale to nie zmienia faktu, że może bardziej niż mądrego przewodnika potrzebowałam właśnie TAKIEJ lektury, jak zbiór felietonów Sylwii Chutnik. Bo są one i rewelacyjne, i rewolucyjne za razem. Wiem, dużo się pisze o macierzyństwie, dużo się przełamuje tematów tabu, ale mało kto czyni to tak bezpośrednio. Te felietony pisane są w sposób niebywale dowcipny – ale to w wielu momentach raczej czarny humor – który uderza właśnie tą bezpośredniością, tym nazywaniem rzeczy po imieniu, uszczypliwością, ironią. Chutnik opisuje dylematy macierzyństwa tak, jak my sami chcielibyśmy opisywać rzeczywistość wokół nas, ale często brakuje nam cywilnej odwagi. Ale nie myślcie, że te teksty opierają się tylko na szpili wbijanej w stereotypy i przywary współczesnych rodziców – kryje się za tym wszystkim wiele ważnych prawd, wcale nieoczywistych dla wielu osób. Kryje się uporządkowany system wartości; oparty na tolerancji wobec ludzkich wyborów i wielkim szacunku dla małego człowieka. Warto poznać tę książkę. Ubawicie się specyficznym humorem, wasze rodzinne życie odbije się w niej jak w zwierciadle, upewnicie, że „inni też tak mają” i zostaniecie zmuszeni do przemyślenia tego, co upychamy pod dywan. Gotowi?

Okładka pochodzi ze strony wydawnictwa.

niedziela, 11 października 2015

Maryla Szymiczkowa "Tajemnica Domu Helclów"

Zaiste – tak jak na okładce rekomenduje Michał Rusinek – pyszna lektura. Wyborna. Mój ulubiony pisarz w zupełnie nowej – i to dosłownie – odsłonie. „Tajemnica Domu Helclów” to kapitalny literacki żart, znakomity pastisz rodzimej literatury i rodzimych ułomności. A przy tym skrojony z niebywałym humorem i literacką swadą. Nie mogłam się od klimatu tej książki oderwać. Od klimatu właśnie – bo sama intryga kryminalna do samego końca nie rokowała pozytywnego rozstrzygnięcia. Cała wartość tej książki nie w intrydze bowiem, a w osobie głównej bohaterki skupiła się jak w soczewce. Z Zofią Szczupaczyńską miałam zresztą pewien problem. Na pierwszych stronach jawi nam się jako siostra bliźniaczka Pani Dulskiej – a tym samym nie wzbudza sympatii – jedynie wrażenie dobrze znanej nam już z literatury osóbki. Potem jednak wrażenie to rozmywa się gdzieś, a profesorowa coraz bardziej przypomina nieszczęsną panią Bovary. Już nie Dulska – ale prawdziwie nieszczęśliwa kobieta, dusząca się w swoim mieszczańskim świecie, w dodatku skrzywdzona przez los. Autorzy książki tak symbolicznie zarysowują wątek braku potomstwa, ale wiadomo przecież, że kryje się za tym prawdziwe, coraz mniej literackie, nieszczęście. Zaraz potem jednak następuje kolejna odsłona postaci – która wydobywa z siebie niebywały, nienaturalny wręcz (wyczuwam w tej konstrukcji w związku z tym nagłym i niebywałym wydobyciem jakieś maleńkie pęknięcie – szczelinkę zaledwie, ale jednak) talent detektywistyczny, a także zdolność do psychologicznej manipulacji. Tak czy siak, z przymrużeniem oka czy bez, z pęknięciem czy bez – autorom udało się stworzyć wspaniałą niejednoznaczną kreację, postać, w towarzystwie której czytelnik chciałby pozostać jak najdłużej.
Wspaniale zarysowana jest także postać Ignacego. Te wszystkie sceny domowe, ten zapis relacji między tak naprawdę kochającymi się małżonkami, sprawiały prawdziwą czytelniczą frajdę. Wiem, wiem, nie można tego wszystkiego traktować tak bardzo dosłownie, autorzy puszczają do czytelnika perskie oko tu i ówdzie, ale cóż zrobić, kiedy przy okazji wyszły im postaci wcale nie papierowe, wcale nie karykaturalne, wcale nie literackie, a momentami bardzo do bólu życiowe…

Oczywiście kolejną wartością tej książki jest znakomite odtworzenie atmosfery Krakowa z końca wieku; z mikroskopijnymi szczegółami, z topografią i – przede wszystkim – ze światopoglądem ówczesnego mieszczaństwa. No i humor. Wszechobecny i na różnych poziomach wtajemniczenia. Czyta się tę książkę naprawdę znakomicie. Mam nadzieje, że autorzy powrócą raz jeszcze do Zofii Szczupaczyńskiej, skoro już udało im się tak znakomicie „wyprowadzić” tę postać. 

środa, 16 września 2015

Andrzej Stasiuk "Jadąc do Babadag"

Przygodę z pisarstwem Stasiuka zaczęłam troszeczkę od końca. Najpierw przeczytałam znakomitą rozmowę z pisarzem Życie to jednak strata jest, pozostając po lekturze w stanie permanentnej fascynacji jego światopoglądem i nim samym. Teraz wzięłam Jadąc do Babadag i kompletnie… zdębiałam. NIKT nigdy TAK nie pisał o przestrzeni, nikt nigdy TAK nie diagnozował otaczającej nas rzeczywistości. Nie byłam w stanie wyjść z podziwu, że można TAK tę rzeczywistość postrzegać. W swojej czytelniczej karierze przeczytałam kilka książek, które mówią co nieco o byłych krajach ZSRR, o tym jak się ma kondycja homo sapiens za wschodnią granicą. Bywało różnie, ale Stasiuk zrobił coś, czego nikt przed nim TAK nie wyłożył. Jego refleksje dotyczące czasoprzestrzeni są niebywałe, niezwykle mądre i kompletnie niespotykane. Nie opisuje miejsc, o których przeczytamy w innych książkach, których autorzy wypuścili się na wschód. Stasiuk opisuje uniwersalną przestrzeń, która nie zmienia się od zarania świata. Opisuje ludzi, którzy byli, są i będą kroplami w morzu ludzkich istnień. To jest NIESAMOWITE!!!  Niebywała mądrość, jedyny w swoim rodzaju system wartości, specyficzny, cholernie inny od wszystkiego i wszystkich odbiór rzeczywistości. Znakomita, po prostu znakomita książka!
Czytałam ją nieśpiesznie, codziennie w autobusie do i z pracy. Najlepsze miejsce na lekturę. Na TĘ lekturę. Momentami się gubiłam, momentami nie wiedziałam, o jakim kraju lub regionie jest akurat mowa, momentami przysypiałam, a momentami łapałam się na tym, że podczas lektury dryfuję myślami zupełnie gdzie indziej, a przestrzeń za szybą autobusu i w samej książce sunie gdzieś spokojnie poza mną. Ale i może tak powinno się czytać tę książkę. W autobusie właśnie, powoli, z dystansem. Spędziłam z nią w tym autobusie przynajmniej  trzy tygodnie (niestety do pracy mam blisko - starczy czasu na kilka stron), ale to były niezwykłe trzy tygodnie. Dodatkowo trafiłam na egzemplarz biblioteczny, w którym… jakaś dyskretna ręka konsekwentnie stawiała przy najlepszych zdaniach i fragmentach ledwie widoczną kropkę, a w tych mocniejszych fragmentach pisała delikatnie wymowne sic. Osóbka ta oznaczyła WSZYSTKIE  fragmenty, które chciałam sobie potem wynotować. Podążałam więc w tej książce podwójnie –po pierwsze za umysłem autora, po drugie za fascynacją anonimowego czytelnika, który zapuścił się w tę przestrzeń przede mną.


niedziela, 13 września 2015

Leszek Kołakowski "13 bajek z królestwa Lailonii dla dużych i małych"

Wiedziałam, że takie bajki zostały napisane, ale nie planowałam tej lektury. Trafiłam na nie przypadkiem – bo i jak zwykle przypadkiem trafia się na najwartościowsze rzeczy. I co? I do dzisiaj nie mogę przestać się dziwić, że DOPIERO teraz przeczytałam te teksty!  Być może nie trafiłam na nie właśnie dlatego, że Kołakowski „wielkim filozofem był”, choć tytuł sugeruje przecież, że to bajki dla dużych i małych. Wykłada kawę na ławę to "drugie dno", którego tak chętnie szukamy w tekstach dla dzieci. Z tym że bajki Kołakowskiego przydadzą się głównie dużym… ale i głównie po to, by „pracować” na nich z dziećmi. Nie pozostawiajmy młodych czytelników sam na sam z tą lekturą. Wymagają przepracowania, nie przeczytania. A co za tym idzie, to znakomity materiał dla nauczycieli i wychowawców. Zachwycił mnie ten świat absurdu Kołakowskiego. Spina go klamrą pierwsza bajka – opowiadająca o królestwie Lailonii, o którym nikt nie wie, gdzie się znajduje. Pozostałe 12 bajek pochodzi więc z tego na wpół mitycznego kraju.  A że odległy i nie do końca prawdziwy, w bajkach dzieją się cuda-wianki, w dodatku napędzane pure nonsensem w najlepszym wydaniu. Dodatkowo żadna z  tych bajek nie przynosi jednoznacznego i łatwego morału – jest natomiast pojemna i chętna do dyskusji. Najbardziej zachwycił mnie tekst „Garby”. Jeśli macie ochotę na literaturę absurdu na najwyższym poziomie, niebanalne morały i interpretacyjne znaki zapytania – polecam z całego serca!

niedziela, 6 września 2015

Barbara Kosmowska "Kolorowy szalik"

Ta książka poruszyła mnie w takim stopniu, że w zasadzie od razu zapragnęłam kupić ją małej jeszcze córeczce i postawić na jej półce z książkami, by, gdy pójdzie do szkoły i będzie w wieku bohaterów, dyskretnie wyjąć ją z półki i zaproponować do czytania. Zamówiłam ją też od razu w księgarni, żeby nie zapomnieć w przyszłości tego tytułu – bo powinien być wciągnięty na listę obowiązkowych lektur dla szkolnych dzieci. Choć może nie, bo wtedy nie byłby już pewnie tak odbierany… Dawno, dawno, dawno nie czytałam tekstu dla młodych czytelników tak mądrego i tak znakomicie przy tym napisanego. Nie czytałam nic mądrzejszego chyba od czasu fascynacji twórczością Kate DiCamillo. Ale od początku. Barbara Kosmowska proponuje czytelnikom w wieku szkolnym (podstawówka, bo właśnie w podstawówce dzieje się akcja) dwa krótkie, „szybko czytające” się opowiadanka. Oba dotyczą nieco innych sytuacji szkolnych, ale oba mówią o tym samym – że zbyt szybko i pochopnie oceniamy innych i że czasami jest za późno, by naprawić swoje nawet najbłahsze głupotki, którymi zraniliśmy innych. W pierwszym opowiadaniu w wiejskiej szkółce pojawia się dziwny kolega, który nie integruje się z grupą. W drugim – śmiesznie i biednie ubrany chłopaczek, który przyjaźni się z najlepszą przyjaciółką głównej bohaterki, co powoduje u niej zazdrość i złośliwość wobec nieznajomego chłopca.  Obie sytuacje bardzo  powszechne, typowe, bardzo realne, choć oczywiście opisane w sposób wzorcowy i nieco przeidealizowany.  Obie kończą się jednak w dość zaskakujący sposób, przy czym tytułowe opowiadanie… cóż, przyszykujcie paczkę chusteczek – dobrze wam radzę.

Oba opowiadanka są króciutkie i szkicowe – i choć sam temat zasługiwałby na rozwinięcie w typową powieść inicjacyjną dla młodzieży, to jednak cały ich kunszt polega na tym, że autorka w tak niewielkich objętościowo tekstach zawarła jednocześnie tak pełną szkolną rzeczywistość i tak pełne psychologiczne portrety uczniów, że aż trudno w to na pierwszy rzut oka uwierzyć. Opisała je z nieprawdopodobnym, godnym podziwu wyczuciem i „znawstwem” tematu. Wspaniałe te portrety – pełne, prawdopodobne, mimo takiej niewielkiej objętości tekstów nie odczuwa się tu żadnej skrótowości. A w samych tych historiach jest miejsce i na humor szkolny, i łzy, i wzruszenie, i na niełatwy morał… Jest jednak przede wszystkim ogromne zrozumienie psychiki dzieciarni szkolnej. I dlatego ta dzieciarnia tę książkę chwyci. Wyczuje to zrozumienie. Trzeba im ją tylko podsunąć!!!!

czwartek, 20 sierpnia 2015

Wioletta Grzegorzewska "Guguły"

Lubię takie książki, które, mimo niewielkich rozmiarów, trzeba czytać nieśpiesznie, bo inaczej się nie da. Lubię też taką „migawkową” prozę, takie luźno porozrzucane obrazki prozatorskie, których nie trzeba układać. I taka jest właśnie ta książka. Autorka w kilkudziesięciu króciutkich miniaturkach opowiada o swoimdzieciństwie w peerelowskiej wsi. Nie trzeba czytać tych opowiadań po kolei, nie trzeba wyszukiwać puent. Puentuje je samo życie. I choć w tych tekstach stare walczy z nowym na wsi, autorka znakomicie oddała klimat i sposób myślenia ludzi tamtych granicznych czasów. Dodatkowo opowiadania są bardzo sensualne: wszystko tu przede wszystkim pachnie. Ale i widać tę wiejską rzeczywistość, i słychać. Autorka w ogóle bazuje na zmysłach, dzieląc się z nami tą swoją rzeczywistością zapamiętaną z dzieciństwa. Bazuje na czymś najbardziej elementarnym, nie ma tu przecież żadnych przeintelektualizowanych wywodów. Są zmysły, słychać… czuć…

Ładna proza, świeża, pełna soczystych metafor, momentami poetycka.  Lubię takie „fragmentaryzowanie” świata, lubię książki, których treść się odczuwa, a nie analizuje. Dobra proza.

sobota, 8 sierpnia 2015

Anna Janko "Mała zagłada"

Najpierw dwa słowa o tym, jak dotarłam do tej książki. Przede wszystkim powinnam napisać, że staram się omijać wojenne tematy i opracowania. Mam do tego prawo. Kropka. I chociaż wiedziałam, że taka książka wyszła, miałam ochotę i ją ominąć szerokim łukiem. Byłam jednak na spotkaniu z autorką, a to co mówiła o „rozpaczy genów”, było dla mnie tak wielkim zaskoczeniem i wywołało takie poruszenie, że postanowiłam zmierzyć się z tym tytułem. I powiem tak: nie mogłam doczekać się, kiedy skończę tę książkę, kiedy ją z siebie zrzucę jak jakieś jarzmo, żeby ponownie wrócić do swojego domowego ciepełka, którego przecież nikt na razie nie burzy. Nie wiedziałam, gdzie tę książkę czytać… Tak gdzie zawsze? Przy jedzeniu – czytając o głodzie wojennych dzieci? W autobusie? Słysząc radosne szczebiotanie córeczki? No kurde, gdzie czytać o tak strasznych sprawach, o męczeństwie dzieci, o traumatycznym dzieciństwie…  Jak o nich czytać? Szybko – byle zepchnąć czy wolno – pętając się w ponurych przemyśleniach? Do ostatniej strony nie wiedziałam, JAK tę książkę czytać, ale wiedziałam, że przeczytać ją do końca trzeba. To jeden z najbardziej wstrząsających głosów o wojnie, z jakim się spotkałam. Trzeba tę historię poznać - to nasz obowiązek wręcz – z ogólnoludzkiego punktu widzenia. Bo to nie tylko historia o zagładzie wsi Sochy, pisana z perspektywy córki, której matka przeżyła apokalipsę, ale głos, który próbuje  pojąć zmysłami mechanizmy wojny. To wreszcie głos, który uświadamia wiele o nas samych, właśnie te fragmenty dotyczące przenoszenia w genach traumatycznych wydarzeń mamy obowiązek wręcz odnieść do nas samych.
Już sama okładka robi nieprawdopodobne wrażenie – jeśli mówi się, że jedno spojrzenie potrafi powiedzieć więcej niż tysiąc słów, to tu można to świetnie odnieść do okładkowej fotografii – zdjęcia ocalałego rodzeństwa, które kilka miesięcy wcześniej przeżyło pacyfikację wsi i widziało śmierć własnych rodziców. I rozpad świata – dziecięcej rzeczywistości. Wiecie, że musiałam obłożyć tę książkę, bo nie mogłam każdorazowo patrzeć bez emocji na te twarze?

W tym emocjonalnym świadectwie autorka uświadamia nam, że pokój  jest tylko czasem między wojnami. Nie pozwala nam na spokojną lekturę, każe ten spychany do podświadomości fakt rozdrapać, przemyśleć i przefiltrować. Wnioski są wstrząsające.  

niedziela, 2 sierpnia 2015

Gabrielle Zevin "Między książkami"

Pamiętacie „Przyślę panu list i klucz…” Pruszkowskiej? Można nieśmiało powiedzieć, że „Między książkami” to taki zachodni odpowiednik tej znakomitej bibliofilskiej polskiej powieści. Bohaterowie faktycznie i dosłownie żyją bowiem między książkami, choć w nieco inny niż u Pruszkowskiej sposób. Główny bohater, zrozpaczony po śmierci żony Ajay, prowadzi na wyspie księgarnię. Pewnego dnia ktoś podrzuca mu do księgarni dwulatkę Maję z listem od matki i życzeniem, by dziecko żyło w środowisku książek. Mimo odpychającej osobowości (spowodowanej smutnym doświadczeniem utraty najbliższej osoby), mężczyzna adoptuje dziecko. Jego obecność w księgarni rewolucjonizuje podejście mieszkańców wyspy i do tego miejsca, i do czytania. Ale to nie wszystko. Jeszcze zanim Maja zostaje podrzucona do księgarni, jesteśmy świadkami pierwszego, niefortunnego spotkania przedstawicielki małego wydawnictwa, Amelii, z właścicielem księgarni. Ich losy skrzyżują się kilka lat później, a ich finał będzie wyciskał łzy z oczu. Dosłownie – przynajmniej u mnie tak było. Jednym słowem chociaż fabuła wydaje się bardzo filmowa i  „amerykańska” i BARDZO mało prawdopodobna życiowo, to jednak książka mówi w prosty i ujmujący sposób o tym, co jest najważniejsze w życiu. I nie chodzi tu bynajmniej o książki, choć to nimi właśnie żyją bohaterowie – każdy na swój sposób. Schorowany Ajay wypowie tę prawdę tuż przed śmiercią…
Bardzo podoba mi się perspektywa opisu. Zaczynamy relacją z pierwszego przyjazdu Amelii do księgarni – co sugeruje, że to właśnie ona jest główną bohaterką i na opisie jej losów skoncentruje się fabuła. Potem jednak długo pozostajemy w księgarni Ajaya, a życie Amelii zupełnie gdzieś umyka. Pojawiają się także po drodze drugoplanowe postaci, których losy również są poprzecinane w ten sposób, że nie do końca wiemy, na ile mamy się do nich przywiązać. Podoba mi się ten sposób prowadzenia fabuły. Poza tą małą kompozycyjną komplikacją książka jest jednak pisana prostym, ujmująco łatwym językiem; czyta się ją lekko i z przyjemnością. I choć również finał jest iście filmowy, swoiste zapętlenie historii (której wam nie zdradzę, bo szkoda odbierać przyjemności z lektury) jest równie ujmujące…
Oczywiście motyw książki występuje tu wszechobecnie, wraz z ciągłym odwoływaniem do konkretnych tytułów. Widzimy nie tylko otoczenie księgarni, ale jesteśmy świadkiem tego, jak kształtuje się miłość do książki u małego dziecka.  Aha! I warto zwrócić uwagę, że każdy rozdział zaczyna się „notatkami” właściciela księgarni na temat przeczytanych przez niego książek. Ciężko o jakiś punkt odniesienia do nich, bo są to w większości opowiadania, które nie zostały przetłumaczone nawet na język polski, ale początkowo niezrozumiałe notatki po jakimś czasie wydają się ważnym głosem o tym, jak zmienia się podejście do czytanych lektur wraz ze zmianami w życiu.

Jednym słowem serdecznie i z całego bibliofilskiego serca polecam tę uroczą książeczkę. Na wakacyjny odpoczynek jak znalazł!!!

niedziela, 26 lipca 2015

Marianne Malone "68 pokojów"

No i mamy na polskim rynku kolejną wartościową serię dla młodzieży. Serię, bo to pierwsza część cyklu, która jednak zamyka na tyle dużo wątków, że można poprzestać na jej lekturze albo ponownie pozwiedzać z bohaterami pokoje pani Thorne. Do wyboru, jeśli jednak mogłabym coś doradzić – warto tę wędrówkę chociaż zacząć…

Sama – muszę uczciwie przyznać  uwielbiam takie książki, które powstały z inspiracji faktycznie istniejącym miejscem, które można potem zobaczyć (no, w tym przypadku za pomocą wujka Google, bo do Chicago trochę daleko). Uwielbiam takie inspiracje, takie popisy wyobraźni serwowane młodym, podatnym na nie jeszcze umysłom.  W przypadku tej serii są to miniaturowe pokoje znajdujące się w Instytucie Sztuki w Chicago. Dwójka przyjaciół przypadkowo znajduje zaczarowany klucz, dzięki któremu może zmniejszać się i wędrować po zaczarowanych pokojach. Ale to nie wszystko. Wyjście z nich wiedzie… w czasy, które reprezentują te pokoje. Mamy tu więc klasyczny miks motywów znanych i lubianych w literaturze dla dzieci; począwszy od zmiany wielkości (Carroll kłania się tu w pas), przez zaczarowane klucze, występujące w niezliczonych wariantach podróże w czasie (tu jednak wyjątkowo świeżo pozyskane), tajemniczą antykwariuszkę, na elementach rodem ze świata Pożyczalskich kończąc (patrz: rozdział „Zastosowania taśmy klejącej”). Niby nic oryginalnego, niby wszystko schematyczne (włącznie z zakończeniem w warstwie realistycznej), ale jednak świeże i cieszące wyobraźnię. Warto polecić tę serię młodym czytelnikom. Ci, którzy przystępują do lektury książki, muszą jednak spełnić jeden warunek; naprawdę skorzystać z pomocy wujka Google i posiąść jakiekolwiek wyobrażenie o tym, jak wyglądają i jak są eksponowane autentyczne pokoje Pani Thorne. Bez tego ani rusz. Za to później można już bez obaw oddać się uroczej wędrówce po maleńkich pokoikach. Któż z nas nie marzył o tym, będąc dzieckiem? Kto nie zaglądał z fascynacją do lalczynych domków? Sukces tej książki opiera się na tym właśnie, nie zawsze pamiętanym marzeniu z dzieciństwa…

środa, 15 lipca 2015

Ziemowit Szczerek "Siódemka"

Czytałam książkę „Paczka radomskich”, czytałam „Przyjdzie Mordor…” – a jakże. Tylko że wymiękłam, gdy przyszło do opisania obu na blogu, czego z niewyjaśnionych dla mnie przyczyn po prostu się nie podjęłam. Nie potrafiłam się z książkami Szczerka skonfrontować.  Lektury „Siódemki” pomijać już jednak milczeniem niepodobna, zwłaszcza że to specyficzne pisarstwo Szczerka przypadło mi od pierwszych zdań do gustu, mimo zwykle przeze mnie nietolerowanego natężenia wulgaryzmów wszelkiej maści i pochodzenia. Ale od początku.
Główny bohater wraca po Święcie Zmarłych z Krakowa do Warszawy, bo następnego dnia ma jakieś ważne spotkanie w stolicy. Początkowo książka wydaje się zupełnie realna; bohater jedzie siódemką, autor opisuje i komentuje otaczającą tę trasę rzeczywistość, konkretne i realnie istniejące obiekty. Kiedy jednak do kierowcy przysiada się wracający ze zjazdu miłośników prozy Sapkowskiego (świetne!) Wiedźmin i częstuje wiedźmińskimi „eliksirami”,  normalny tok fabuły zamienia się w jakąś pijacko-narkotyczną malignę. Statut tej fabuły staje się niejasny, coraz bardziej fantastyczny w swojej logice, przy jednoczesnym, zupełnie trzeźwym trzymaniu się samej „siódemki”. Podoba mi się ta zmiana perspektywy, nie wiadomo dokładnie, kiedy się pojawia, ale wiadomo, że jest nieustanną serią oczek puszczanych do zdezorientowanego chwilowo czytelnika. Jedno zostaje w niej niezmienne do końca – cała ta podróż jest długim i burzliwym rozliczeniem z Polską i polskością. Programowym wręcz – choć pewnie sam autor by się uśmiał, a może i nawet wkurzył, gdybym próbowała wrzucić tę książkę do  wora z "dziełami" programowymi.
A co o Polsce myśli główny bohater? Szczerek rozlicza nasz kraj bez sentymentu, odważnie i ze swadą. Można się z tą wizją Polski nie zgadzać, można się oburzyć – ale na pewno trzeba ją najpierw poznać. Sama usilnie staram się nie patrzeć na swój kraj oczami autora, ale cenię tę bezduszną momentami, ale i jednostronną karykaturę. Szczerek rozlicza Polskę w sposób prześmiewczy (podczas kłótni gipsowych królów polskich płakałam ze śmiechu – a traf chciał, że akurat w autobusie czytałam ten fragment), ale i momentami mocno dający w kość (finałowa wizja ataku Rosji na Polskę robi wrażenie i daje do myślenia).
Wartością książek Szczerka, „Siódemki” także, jest język: pełen skomplikowanej składni (momentami przegina), świetnych neologizmów i rozpanoszonych wszędzie wulgaryzmów, które, kurde, kompletnie w tej, ani pozostałych jego książkach – nie rażą… Wręcz przeciwnie.
Znakomita rzecz. Warta przemyślenia. Pod tą głęboką warstwą ironii i uszczypliwości, pod tymi tonami wulgaryzmów i pod tymi zawiłymi narkotycznymi wizjami kryją się bowiem ważne treści, które warto przyswoić i przewartościować.


piątek, 10 lipca 2015

Eoin Colfer "Bratki"

Lubię czytać takie mikołajkopodobne twory dla czystej czytelniczej rozrywki. Dlatego podoba mi się pomysł Znaku na wydawanie przygód literackich kuzynów Mikołajka, w dodatku tak otwarcie przyznając się do tego zamysłu. „Co kraj to Jaśki” – krzyczy napis na okładce, choć winno być raczej „co kraj, to Mikołajek” – aby oddać pierwszeństwo temu najważniejszemu. Tak czy siak fajnie, że takie książki wychodzą i znajdują podatny grunt wśród małych czytelników. Bo chociaż są one często skarbnicą głupich pomysłów, to jednak prowadzą prostą drogą do innych lektur i do czytania w ogóle.
Jeśli zaś chodzi o „Bratki” to na książkę składają się trzy podzielone na rozdziały dłuższe opowiadania. Bohaterowie tych opowiadań to rodzeństwo – pięciu chłopców, ale narracja prowadzona jest z perspektywy jednego z nich – dziewięcioletniego Willa. I choć przygody chłopca koncentrują się na figlach, jakie bezustannie robi mu jego starszy brat, książka przypadła mi do gustu ze względu na subtelny humor (nie było salw śmiechu, był subtelny uśmiech właśnie), swoisty morał wszystkich trzech historii oraz uporządkowany na tyle, na ile pozwala podoba tematyka system wartości. Rodzice tej rozbrykanej piątki zawsze lub prawie zawsze mają dla nich czas, podczas gdy rodzicom innych Mikołajkowych kuzynów można wiele zarzucić… 

Ale pisząc o tej książce, nie można pominąć środkowego opowiadania o bibliotekarce Matyldzie Bulwie. Otóż mierzi mnie ten szkodliwy stereotyp biblioteki powielany w wielu książkach dla dzieci (pamiętacie bibliotekarkę z „Feliksa, Neta i Niki”? – tam było apogeum zjawiska). Tutaj jednak jest on tak wyolbrzymiony, tak zniekształcony i tak karykaturalny, że aż śmieszy i bawi. Nawet najmniej wprawny czytelnik dostrzeże w portretowaniu strasznej bibliotekarki puszczone oczko, dlatego wszystko zostaje autorowi wybaczone, a rozdział o rzucającej pieczątkami bibliotekarce jest jedną z najlepszych środowiskowych„karykatur” , jaką czytałam. Chociażby z tego powodu warto poznać tę książkę. Bawcie się przy niej dobrze!

sobota, 4 lipca 2015

Zofia Kossakowska "Portrety na porcelanie"

Dawno nie czytałam książki, która zrobiłaby na mnie takie wrażenie. Czytałam ją bardzo długo, bo pomiędzy poszczególnymi opowiadaniami  musiałam zrobić długie pauzy, sięgać nawet po inne książki, żeby otrząsnąć się przed następnym opowiadaniem. Nigdy to zjawisko „trawienia” książki nie dotknęło mnie w takim stopniu. Każde z opowiadań zawartych w książce jest oddzielną, autonomiczną historią, którą spokojnie można by było rozwinąć w osobną powieść. Każde wymaga poważnego przemyślenia i po każdym emocje muszą opaść.
Ale od początku. Nastolatka Karina zapędza się pewnego dnia podczas spaceru z psem na cmentarz. Poznaje tam  Knuta – strażnika cmentarza. Od tamtej pory przychodzi na cmentarz na kolejne spacery, a tajemniczy mężczyzna opowiada jej historie o zmarłych pochowanych na cmentarzu. Każdy kolejny rozdział jest koleją opowieścią, a tytuły rozdziałów to… numery nagrobków i imiona bohaterów historii. Całość scala historia samego Knuta i Kariny – oboje okazują się kimś innym, niż to przed sobą przedstawili. Oboje idą cienką linią prawdy i kłamstwa, co podważa też nieznacznie historie, które opowiadał Knut. Czytelnik pozostaje z pewną dozą niepewności, czy odtworzenie losów zmarłych nie było częściowo pracą wyobraźni Knuta. Książka jest więc w ostatecznym rozrachunku także książką o pamięci i interpretacji rzeczywistości, zgodną z emocjami i nie do końca uświadamianymi potrzebami, ale niekoniecznie z obiektywną prawdą. Czytelnik pozostaje w w przykrym zawieszeniu, wciąż „mieląc” w umyśle zasłyszane historie…
Każda z historii opowiedziana przez Knuta to historia zwykłego człowieka. Autorka pokazała w nich jednak całe spektrum tego, co niesie ze sobą życie; trudne relacje z najbliższymi, zbiegi okoliczności, na które nie mamy wpływu, próby wyłamywania się z narzuconych schematów – llub odwrotnie – wpadanie w nie. Historie są znakomicie skonstruowane, a portrety głównych bohaterów w sposób niezwykle dojrzały i mądry pogłębione psychologicznie. Słychać w nich jednak przede wszystkim złośliwy chichot ślepego losu.  Upodabnia to trochę tę książkę do powieści Kundery.
 Jest też oczywiście rozpaczliwe poszukiwanie obecności drugiego człowieka – skumulowane w najlepszym moim zdaniem w całym zbiorze opowiadaniu „Paulina Witt”.

Wspaniała, do bólu prawdziwa, mądra książka. Zostanie we mnie na zawsze.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

"Życie to jednak strata jest"

W czasie lektury tego wywiadu kołatała mi się z tyłu głowy jedna podstawowa myśl – jakim cudem nie czytałam do tej pory niczego Stasiuka? Jakim cudem pominęłam go w swoich wyborach, choć były przymiarki i plany... Bo nie czytałam. Wiem, powinnam się wstydzić, ale na wszystko jest czas, i czas ten nadszedł właśnie teraz, a ja stoję na progu (na razie tylko to wyczuwam) kolejnej pasjonującej czytelniczej przygody.
No właśnie, przygodę ze Stasiukiem rozpoczęłam właśnie od zapisu niezwykłej rozmowy – więc niejako od końca trochę, bo ten wywiad to raczej bonus dla wielbicieli jego twórczości niż dla każdego, kto się nawinie i zechce poczytać. Ale stało się i od tej właśnie książki zaczęłam.
I cóż mogę o tej rozmowie napisać ponad to, że zachwyciłam się tym człowiekiem i jego filozofią życiową.  Rozmowa z nim poraża prostotą (także w konstrukcji zdań), ale jednocześnie dotyka spraw fundamentalnych. Wspaniałe i do szpiku mądre są słowa o śmierci, o współczesnej cywilizacji. Nie tylko mądre, ale i celne. Nad wyraz celne. I choć Stasiuk wypowiada się na wiele tematów (także bieżących tematów politycznych – robi to zresztą z naiwną szczerością), to właśnie wypowiedzi na te fundamentalne kwestie najbardziej zapadają w pamięć, dają najwięcej do myślenia i co tu dużo mówić… dają czytelnikom w kość. Stasiuk całym sobą wyłamuje się z obowiązujących schematów. I jednocześnie jest najszczęśliwszym outsiderem, o jakim czytałam. Genialne połączenie. Genialny człowiek. Teraz sobie myślę, że może to dobrze, że zaczęłam właśnie od tej książki… Może z takim autokomentarzem będzie mi się czytało jego książki inaczej, bardziej świadomie? Tak czy siak sam wywiad jest lekturą, którą połyka się w całości na jednym wydechu.
Dodatkową wartością książki są klimatyczne, monochromatyczne fotografie.

Na targach książki w Warszawie kolejka do Erica-Emmanuela Schmitta  plątała się niemiłosiernie z kolejką do Stasiuka. Konkurowały w długości. Ludzie trzymali w dłoniach ten wywiad właśnie. Już wiem dlaczego tyle trwali…
„Jadąc do Babadag” już leży na moim biurku.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Dorota Masłowska "Więcej niż możesz zjeść"

No znakomite felietony, choć jednocześnie najlepsze do czytania w autobusach i kolejkach (tudzież w miejscu chwilowego odosobnienia) – czyli w miejscach, gdzie najłatwiej o zdrowy dystans do rzeczywistości, zdecydowanie do lektury tej książki konieczny. Autorki i jej specyficznego języka oraz oglądu rzeczywistości przedstawiać nie trzeba. Nie trzeba jej (autorki) ani jego (oglądu) nawet szczególnie lubić i akceptować, ale te felietony przeczytać po prostu wypada, bo są o nas samych i o nieuświadamianej, acz wstydliwej stronie natury ludzkiej. W tych lekkich i przyjemnych, choć nie zawsze smacznych tekstach kryje się niebanalna, uszczypliwa, złośliwa, ale cholernie trafna diagnoza współczesnych czasów. I ich gorzka ocena. A jednocześnie stanowią kapitalną, łatwą i przyjemną rozrywkę czytelniczą – zachwycają pomysłem, eklektycznym językiem, specyficzną składnią (momentami – odnosiłam wrażenie – że jednak na granicy poprawności), świeżymi skojarzeniami, a przede wszystkim nieprawdopodobnym zmysłem obserwacji i oceny. Trzeba mieć nie lada talent, aby wysmarować takie teksty (jeśli już pozostajemy w nomenklaturze kulinarnej). Odważne, inne, łamiące językowe konwenanse, mówiące o podstawowej czynności ludzkiej – jedzeniu – z dużą wiedzą kulturową, prześmiewczo, karykaturalnie, a  jednocześnie cholernie prawdziwie. Chcecie się dowiedzieć, co to jest syndrom hrabiny Potockiej, dlaczego tak lubimy jedzenie all inclusive, gdzie zawozi autorkę machina czasu i co zrobić z niepotrzebnym banknotem stuzłotowym? – przeczytajcie tę książkę. Smacznego!

czwartek, 11 czerwca 2015

Sari Peltoniemi "Groszka. Piesek, który chciał mieć dziewczynkę"

Dawno nie czytałam tak pomysłowego tekstu. W dodatku opartego na banalnie, wbrew pozorom,  prostym pomyśle. Wydawać by się mogło, że to kolejna książka dla dzieci o przyjaźni psa i dziecka, ale wyróżnia ją to, że wytarta konwencja podobnych „pieskich” opowiadań została tu odwrócona. Książka pisana jest bowiem z perspektywy… psiej rodziny. Najmłodsza Groszka marzy o tym, aby przygarnąć… dziewczynkę. Dominika wprowadza się do psiej budy, ale różnice między psem a człowiekiem są przyczyną nieporozumień. Cóż z tego, że Groszka ma poradnik o tym, jak wychowywać człowieka...

A więc odwrócenie perspektywy i niezwykle udany literacki eksperyment. Ma on zapewne na celu uświadomienie dzieciom, jak ważnym i odpowiedzialnym zadaniem jest opieka nad zwierzętami. Próba wniknięcia w psi ogląd rzeczywistości pozwoli dzieciom także lepiej zrozumieć psie potrzeby i z większym szacunkiem traktować naszych czworonożnych towarzyszy. Ale, ale… to nie wszystko. W prostej, nieskomplikowanej historyjce kryje się wspaniała przypowieść o przyjaźni  i o odpowiedzialności za tę przyjaźń. Nie muszę oczywiście dodawać, że odwrócenie konwencji jest także źródłem subtelnego, uroczego humoru. Jednym słowem trafiłam na prawdziwą perełkę. Mądrą i przeuroczą, rozczulającą książeczkę. Dla dzieci i dla dorosłych. Dla miłośników czworonogów i ludzi otwartych na innych. Dla tych, którzy szukają nietypowych doświadczeń czytelniczych przede wszystkim. 

czwartek, 4 czerwca 2015

Ulysses Moore "Statek czasu"

Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam na bibliotecznej półce z nowościami „Statek czasu”. Seria Ulyssesa Moore’a jest przecież zamkniętą kompozycją.  Chętnie wracam do niej wspomnieniami, bo to jedna z moich ulubionych młodzieżowych serii. Mimo to nie byłam pewna, czy chcę powtórnie wrócić do Kilmore Cove. Nie mam zaufania do takich powrotów. Całość to całość i koniec. Ciekawość przeważyła jednak i ponownie zanurzyłam się w świat morskich przygód i nieskrępowanej wyobraźni. I co najważniejsze, nie zawiodłam się! Zresztą autor prowadzi tę serię tak, że mógłby dopisywać i dopisywać kolejne części bez końca. Chyba właśnie w tym potencjale tkwi magia cyklu. Nigdy nie wiadomo, kto wsiądzie na pokład Metis i kto otworzy Wrota Czasu.
Dodatkową atrakcją trzynastego tomu jest najeżenie go licznymi aluzjami do innych książek, wszak Miejsca z Wyobraźni to nic innego jak światy wykreowane w literaturze. Bardzo mi się ten pomysł i w ogóle ta teoria świata w książkach Baccalario podoba. Serię można zresztą bez mrugnięcia okiem polecić dzieciakom łaknącym przygody. Autor wyczuwa tę potrzebę, wyczuwa ten dziecięcy potencjał – i tym kupuje czytelnika. Mimo pewnych naiwnych rozwiązań fabularnych, mimo ogólnie znanych schematów – lektura  wciąga i cieszy.

Dodatkową atrakcją serii jest oprawa graficzna, nad którą szeroko rozwodziłam się przy lekturze poprzednich tomów. W tej części jest jednak interesujące novum. Obwoluta książki jest jednocześnie… gazetą z Kilmore Cove, którą można rozłożyć do formatu gazetowego właśnie i jak gazetę przeczytać. Uroczy pomysł i udany powrót.  

piątek, 29 maja 2015

Malina Prześluga "Bajka i Majka"

Musicie przyznać – okładka robi wrażenie. I to właśnie przez okładkę zainteresowałam się tym tytułem. W życiu bym nie pomyślała, że ten smutny niedźwiadek to pluszowy miś, a ta maleńka dziewczynka to… pchła.
Ta króciutka książeczka do historia rodzeństwa pchełek, które na co dzień żyły na pewnym jamniku. Pewnego dnia Majka zobaczyła jednak pluszowego misia i zapragnęła z całych sił skoczyć na niego, nie wiedząc, że jest „niejadalny”. Zrobiła wedle życzenia i tym samym rozdzieliła się z ukochanym starszym bratem. Odbyła powrotną podróż w poszukiwaniu jamnika, nie wiedząc, że w tym samym czasie jej brat odbywał podróż „na” pluszowego misia. Wszystko na szczęście skończyło się dobrze. Rodzeństwo połączyło się ponownie. Ot i cała historia. Historia, którą można interpretować na setki różnych sposobów, pogłębiając jej treść i symbolikę. Od powiastki o marzeniach, przez przypowieść o miłości i poświęceniu najbliższych, o swoim miejscu na ziemi, na moralitecie o odpowiedzialności kończąc (lub nie). Bardzo pojemna ta historyjka. Ale, ale… u nas w domu posłużyła do zupełnie innego celu. Przypadkowo. Jest w niej taka scena, gdy do Majki zbliża się ogromna ludzka stopa. Pchełka boi się, że zginie zgnieciona przez człowieka. Na Oli zrobiła ta scena na tyle duże wrażenie, że od razu wykorzystałam ją do rozmowy o wszelkich najmniejszych żyjątkach, które Ola z pasją rozgniata, a czego nie mogę jej oduczyć.  Ot i o tolerancji w stosunku do owadów pogadałyśmy, i pchełka Majka nam w tym niespodziewanie pomogła. 

Tak czy siak z książeczki wyciągnąć „można” bardzo dużo, co komu akurat potrzeba. A  monumentalne, zapadające w pamięć nietypowymi kadrami i perspektywą ilustracje na pewno w tym zadaniu pomagają. A jeśli chodzi o perspektywę, to ogląd świata z punktu widzenia innego stworzenia niż człowiek jest zawsze ciekawym zabiegiem. I zawsze przypomina mi się wtedy „Gucio zaczarowany”.  Tutaj świat postrzegany jest z perspektywy maleńkiej pchełki, która chwyci za każde – małe i duże serduszko. 

czwartek, 21 maja 2015

Roma Ligocka "Droga Romo"

Moje odczucia co do pisarstwa Romy Ligockiej zaczynają być ambiwalentne. Skrajnie ambiwalentne.  Z jednej strony sięgam po Jej książki, szukając tej jedynej w swoim rodzaju melancholii. Sięgam po jej książki, gdy chcę rozliczyć się ze swoim życiem. Jest to twórczość bez wątpienia bardzo potrzebna czytelnikom. Terapeutyczna.  Dlatego nie zrozumcie mnie teraz źle – piszę dokładnie to, co chcę napisać: z tego samego powodu zaczyna mnie też irytować – bo jest terapeutyczna zawsze. Zawsze i niezmiennie. Boli i boli zawsze tak samo. Pani Roma wciąż rozdrapuje te same rany, wciąż z nienaturalnym uporem powraca do tych samych zranień. Po którejś z kolei książce zastanawiam się, czy tak dalej można, wciąż od nowa i od nowa… Moje zadziwienie tą nieustanną potrzebą zaczyna niebezpiecznie rosnąć. O ile przy lekturze wcześniejszych powieści właśnie to chroniczne rozdrapywanie ran uważałam za największą tych książek siłę, o tyle teraz… sama już nie wiem, ale coś zaczyna mnie mierzić, coś uwierać. Zaczynam się męczyć.
*
Jest taki wiersz Szymborskiej „Kilkunastoletnia”, zamieszczony w tomiku „Tutaj”:
Ja – kilkunastoletnia?
Gdyby nagle tu, teraz, stanęła przede mną,
Czy miałabym ją witać jak osobę bliską,
Chociaż jest dla mnie obca i daleka?
Kiedy czytałam książkę „Droga Romo”, odnosiłam nieustanne wrażenie, że jest ona przede wszystkim odpowiedzią na ten właśnie wiersz, jest jego rozwinięciem i bolesnym do niego komentarzem.

Powieść Ligockiej to swoisty dwugłos. Narracja prowadzona jest z perspektywy młodej Romy, która opisuje swoje wchodzenie w dorosłość, swoją kolorową młodość. I tu punkt dla autorki: udało jej się odtworzyć sposób myślenia, postrzeganie świata i wrażliwość nastolatki, którą sama kiedyś była. Prosty język, wyzierająca z każdego zdania urocza naiwność i czające się na każdym kroku pułapki młodości - ot cała natura tej książki. Narrację tę przeplata jednak złożony chorągiewką (i tylko w ten sposób wyróżniony graficznie) monolog dorosłej Romy do… samej siebie z czasów młodości. Dorosłej – a więc z perspektywy tego, czego nie można już zmienić, choć dorosła Roma niejednokrotnie chce zatrzymać samą siebie i uchronić przed tym, co już i tak się stało… Trzeba przyznać, że zabieg ten, swoisty dwugłos jednej osoby, był udanym, choć nie tak przecież znowu oryginalnym pomysłem. Daje do myślenia, zachęca do próby rozmowy z samym sobą. I z tego powodu warto tę powieść przeczytać. Powieść gorzką, jak gorzkie jest to zetknięcie dwóch diametralnie różnych istot… chociaż mają to samo ciało. Czy ja też będę po latach rozmawiać z samą sobą? Czy będę chciała przed czymś siebie uchronić? Czy warto próbować pokonywać tę przepaść?

środa, 20 maja 2015

seria "Olbrzymy i Krasnale"

Nie darzę ani sympatią, ani tym bardziej zaufaniem takich „kioskowych” wydawnictw (oczywiście z wyjątkiem serii D’Agnostini – których główną wadą jest… cena, nie zaś zawartość merytoryczna).  Więcej, staram się ich unikać i rozsądnie dobierać książki do biblioteczki Oli, by nie zalał ich kicz edytorski i wątpliwej jakości adaptacje tekstów kultury i inne dziwne twory wyobraźni. Kiedy jednak zobaczyłam tę cieniutką książeczkę (jedną z czterech wydanych w serii), coś mi podpowiedziało, że może być godna uwagi. I choć była zafoliowana, kupiłyśmy ją i okazało się, że czytelnicza intuicja mnie nie zawiodła. Seria ta nie jest może jakoś rewelacyjnie zilustrowana, ale na tle podobnych masowych produkcji nie jest z nią też tak bardzo źle – nie odrzuca przynajmniej jakimiś karykaturalnymi  zniekształceniami. Dodatkowo kartki stylizowane są na stary papier,  a  na pierwszej stronie widnieje (stylizowane graficznie również na stare) ogłoszenie: „Wszystkim, którzy przeczytają tę książkę od początku do samego końca, przyjmę w poczet miłośników Krasnali i Olbrzymów. Będą oni mogli snuć opowieści i wymyślać najdziwniejsze historie, jako rasowi przedstawiciele najpiękniejszego Świata Baśni”.  Sympatyczne, prawda?

Każda książeczka kryje w sobie trzy króciutkie historyjki, których akcja dzieje się w Krasnalowie właśnie. W pierwszej części do tej uroczej krainy przybywa olbrzym Ojejek, który zaprzyjaźnia się ze skrzatami. Zarówno przygody maleńkich mieszkańców krainy (jest i  myszka Ogonka, i żółw Skorupka – a więc nie tylko krasnale), jak i olbrzymów, urzekają prostotą, niewymyślnym humorem i w zasadzie tym wszystkim, co powinny zawierać książki dla najmłodszych: radością istnienia i optymizmem. Bohaterowie są zawsze skłonni do pomocy i dają się polubić. Nie ma tu żadnych wyszukanych elementów ani świata, ani fabuły – ale właśnie ta prostota sprawia, że książeczka może zainteresować najmłodszych. No, w każdym razie my Krasnalowo BARDZO polubiłyśmy i polujemy na dwie pozostałe części. Ola uwielbia słuchać o Bojutku, Pękatku, Pigułce, Dzwoneczku – i innych krasnalach o uroczych imionach. Dlatego piszę o tej serii, bo wiem, że poszukiwacze prawdziwie wartościowych książek nie szukają ich w kioskach, a jednak czasami mogą je tam znaleźć…

niedziela, 17 maja 2015

Warszawskie Targi Książki 2015

Targi, targi... W tym roku NIEPRAWDOPODOBNIE zatłoczone. Szczerze mówiąc nie pamiętam takich tłumów. Były momenty, że nie dało się przejść swobodnie, tylko utykało w tłumie o bliżej nieokreślonej wielkości. Poziom frustracji rósł na potęgę, zwłaszcza gdy spieszyło się do autora, a czas uciekał. Nie wiem, czy powodem takiego stanu rzeczy był fakt, że w tym roku nie udostępniono trybun i murawy, czy po prostu faktycznie przyszło tak dużo ludzi. Ale frustracja rosła jeszcze z jednego powodu - nieoczekiwanych zmian w programie. To co było na stronie targów, nie zgadzało się do końca z faktycznymi godzinami. W ten sposób nie spotkałam się m.in. z Bohdanem Butenko, czego bardzo żałuję. Ale poza tym, jak co roku dostałam się do książkowego raju i tylko to się liczyło!!!
Podczas tegorocznych targów pierwszy raz skorzystałam także ze spotkań autorskich. Do tej pory zawsze biegałam po stoiskach, od autora do autora, a ograniczony czas nie pozwolił na to, by spokojnie przysiąść i posłuchać. W tym roku zrobiłam wyjątek i byłam na wspaniałym spotkaniu z autorem "Bajek filozoficznych" Michelem Piquemalem:

Wspaniały, ciepły człowiek. Bardzo produktywne spotkanie, głównie dlatego, że autor opowiadał o edukacji filozoficznej wśród francuskich dzieci, a takie porównania są zawsze interesujące.
Byłam także na spotkaniu z Jackiem Dehnelem - ale czytelnicy Księgogrodu nie są tym zapewne zdziwieni, Spotkanie dotyczyło "Matki Makryny" i mimo ograniczonego czasu (trwało około 30 minut) okazało się niezwykle "pojemne" i treściwe. 

Ciekawa jestem, komu z Was udało się wytrwać w niebotycznej kolejce do gwiazdy tegorocznej edycji targów - Erica Emmanuela Schmitta. Ja się poddałam, a samego autora zobaczyłam dopiero na Kanapie Literackiej:
A co poza tym? Wszystko to, co cieszy oczy bibliofila. Wspaniale zaaranżowane stoiska z książkami. Poniżej stoisko francuskie:

na którym znalazłam piękne wydanie "Czarnoksiężnika z Oz":
Było i drzewko z książkami na stoisku Fundacji Orange:
Była czytająca dziewczyna:
papierowy jeżyk:
książkowa owca na stoisku wydawnictwa Czarna Owca:
a nawet olbrzymie Smerfy w części komiksowej:
Były interesująco wyeksponowane książki:

i książki w TAKICH cenach:
na stoisku promującym czeskie "Niedoparki" zaś potwierdzenie znakomitej, konsekwentnej i przemyślanej kampanii promocyjnej:
Między czytelnikami przechadzał się słonik Elmer:
A czy tego pana pamiętacie?:
Ale co najważniejsze zawsze: była okazja do spotkania z ukochanymi autorami, możliwość wymiany zdań, powiedzenia kilku dobrych słów. Wróciłam z książkami podpisanymi m.in. przez Sylwię Chutnik, Andrzeja Polkowskiego, Dorotę Gellner, Małgorzatę Strzałkowską, Jerzego Bralczyka, Lilianę Bardijewską, Jacka Dehnela i... największą niespodzianką było dla mnie to, że Maciej Wojtyszko każdemu maluje w książkach... Brombę, a Ewa Kozyra-Pawlak, wspaniała ilustratorka, autorka "Ja, Bobik" i "Liczypieski" każdemu... wkleja do książki własnoręcznie zrobione materiałowe pieski (lub kotki - zależy od książki). Oto dowód:
Kapitalny pomysł, choć i bardzo pracochłonny. Autorka "Liczypiesków" okazała się sympatyczną, pogodną i pełną energii osobą, zdecydowanie było to dla mnie najcieplejsze spotkanie na tych targach.
A na koniec dziękuję organizatorom, że mogłam odebrać wejściówkę na targi:
Do zobaczenia za rok!