środa, 28 stycznia 2015

E.T.A. Hoffmann "Tajemnicze dziecko"

„Tajemnicze dziecko” to przede wszystkim gratka dla osób interesujących się historią literatury dziecięcej. Jak informuje tłumaczka w posłowiu, tekst miał co prawda dwa polskie tłumaczenia w latach 30., ale w Polsce jest w zasadzie zupełnie nieznany. Lub zapomniany. Wydawnictwo Media Rodzina odważnie i chlubnie po niego sięgnęło, i chwała za to, bo całą bibliofilską duszą uwielbiam, kiedy wydawnictwa robią takie powroty. Tym bardziej że baśń (myślę, że spokojnie można tak nazwać tę opowieść) znana jest podobno na świecie równie dobrze jak „Dziadek do orzechów” i ma swoją szeroką recepcję.

Jeszcze długo po studiach polonistycznych słysząc nazwisko Hoffmann, myślałam od razu: „Złoty garnek”… ironia romantyczna… egzamin z romantyzmu powszechnego. Oblany – jeśli się na nią trafiło. Ironia romantyczna – zmora studentów drugiego roku…. Jakiś czas po studiach przeczytałam jednak odważnie i świadomie „Dziadka do orzechów”, zachwycając się kunsztem tego tekstu, ale już bez studenckich traum. Teraz z ciekawością i przyjemnością wzięłam do ręki „Tajemnicze dziecko”.

Nie jest to tekst tak chwytliwy jak „Dziadek do orzechów”. Choć  królestwo tajemniczego dziecka opisane jest z rozmachem podobnym do opisu królestwa w Dziadku, sama opowieść ujmuje raczej, także formalną, prostotą. Podkreśla ją również, jak sądzę, surowe tłumaczenie, pozbawione językowych zawijasów i ozdobników. Jednocześnie – jakby dla kontrastu – opowieść mówi o wielkiej sile wyobraźni, o przenikaniu się magii i codzienności. Duch epoki odbija się w tej baśni jak w lustrze – wyobraźnia dziecka jest nobilitowana, prawa rządzące światem dorosłych – wyśmiane. Dziecko widzi tu i czuje więcej niż ktokolwiek inny. Zachwycił mnie motyw tytułowego dziecka – nie wiadomo jakiej jest płci, Bogumile wydaje się, że to dziewczynka, Feliksowi – że chłopiec. Taki stan rzeczy budzi cały szereg interpretacyjnych skojarzeń i czyni ten tekst niezwykle nowatorskim, nawet w naszych czasach!!! Zachwycił mnie także motyw porzuconych zabawek – ale nie będę go rozwijać, żeby nie odejmować innym przyjemności przeżywania tego wątku. W tej krótkiej opowieści bez wątpienia znalazło się wszystko to, co najlepsze w literaturze dziecięcej, a co się gdzieś po drodze do naszych czasów rozmieniło na drobne. Przeczytajcie, oceńcie. Oceńcie, co zostało... Wielopoziomowość tego tekstu sprawia, że zachwyci on i dzieci, i dorosłych. Jednocześnie obawiam się, że dla dzieci może być nieco lękotwórczy; motyw ożywionych zabawek i  człowieka-muchy – to może być „za mocne” dla małego czytelnika, ale z drugiej strony… czy my nie baliśmy się w dzieciństwie Króla Myszy? Do tej pory pamiętam ilustracje Szancera do „Dziadka do orzechów”. Do tej pory mam to wydanie na półce i ilustracje te mnie hipnotyzują w takim samym stopniu jak dawno, dawno temu. Może więc w literaturze właśnie  o to chodzi. Żeby porazić czytelnika kilkoma obrazami, które zostają w nim na zawsze…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz