piątek, 27 lutego 2015

Rafał Kosik "Felix Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi"

Seria autorstwa Rafała Kosika już od lat cieszy się wielką popularnością, skutecznie zaprzeczając poglądom, że młodzież gimnazjalna nie czyta. W mojej bibliotece zainteresowanie nią było (jest) tak duże, że wszystkie książki serii stały jakiś czas… za biurkiem bibliotekarza, bo przy wolnym dostępie były notorycznie kradzione. Właśnie dlatego zapisałam się na pierwszą część i pokornie odczekałam w kolejce, aby poznać przyczynę tego Kosikowego fenomenu. I już wiem, już wiem, dlaczego młodzież tak zaczytuje się w tej serii!!! I szczerze powiedziawszy wcale się tej polskiej naszej młodzieży nie dziwię! Bo choć szczególnie nie preferuję fantastyki przesyconej nowoczesną technologią, pierwsza część wciągnęła mnie nie tylko ze względu na fabułę, ale także, może nawet głównie, ze względu na mądrość i celność w ocenie rzeczywistości. Głównie szkolnej. Kiedy już autorzy młodzieżówek decydują się na obsadzenie fabuły w środowisku gimnazjum, robią to na różne sposoby, nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że Kosik przedstawił gimnazjum najlepiej, jak można było. Ośmieszył głupotę szkolnych programów i szkolnych absurdów (lekcje geografii), pokazał jednak także te dobre strony (np. lekcje fizyki). Sportretował nauczycieli bez karykaturalnych rysów, choć na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać inaczej. Pokazał prawdziwych pedagogów z całym asortymentem dziwactw, ale i potencjału. Tak, potencjału!!! Ale najważniejsze, że i samą młodzież pokazał w bardzo pozytywnym świetle. Bo gimnazjaliści to nie tylko ci, którzy zabierają młodszym kasę, ale także ciekawi świata ludzie, którym wystarczy czasami po prostu pozwolić się realizować. Ta książka to wielki ukłon w stronę polskiej młodzieży. Szkoda, że autorzy młodzieżówek chętniej akcentują tę „ciemną stronę mocy”. W książce Kosika każda szkolna sytuacja porażała mnie swoją trafnością i życiową mądrością. Podobało mi się także to pęknięcie świata na pół; z jednej strony realistyczne otoczenie szkoły, z drugiej zupełnie nieprawdopodobne, przez to naiwne aż (choć sądzę, że młody czytelnik aż tak bardzo tego nie odczuje) przygody trójki przyjaciół. Choć tak bardzo mało prawdopodobne w realnym życiu, wciągnęły mnie te przygody zapewne nie mniej niż potencjalnego gimnazjalistę. Najbardziej chyba seria wydarzeń związana z duchem profesora i jego tajemnych notatek. Teoria ludzkiej inteligencji również była niezwykle pomysłowa, kryła się w niej zresztą refleksja nad tym, co może się stać, gdy nowoczesna technologia wymknie nam się spod kontroli. Tak, zdecydowanie subtelny, niekrzykliwie podany morał…

No, to już wiem, dlaczego młodzi ludzie posuwali się do kradzieży książek z serii, choć oczywiście samej kradzieży nic nie usprawiedliwia. Dobrze chociaż, że kradli niezwykle mądrą, atrakcyjną powieść, którą warto podsunąć dzisiejszemu  młodemu człowiekowi…

środa, 4 lutego 2015

Jolanta Hartwig-Sosnowska "Wyobraźnia bez granic"

Trafiłam na tę książkę, bo na okładce (obwolucie? Nie wiem, bo wypożyczyłam z biblioteki egzemplarz z okładką jak powyżej) zobaczyłam kolorową reprodukcję ilustracji do „Alicji w Krainie Czarów”. W opracowaniu znajduje się szkic o powieści Carrolla i początkowo miałam zamiar przeczytać  tylko ten rozdział, ale po jego lekturze doszłam do wniosku, że warto zapoznać się z całością tej niepozornej książki. Byłam zachwycona szkicem o Alicji, ot co. A dokładnie prostym, zrozumiałym, momentami poetyckim językiem i podejściem do tematu.
Na książkę składa się kilkanaście szkiców, każdy zaś poświęcony jest innej książce z zakresu literatury dla dzieci i młodzieży. I tak po kolei autorka kieruje swoją uwagę na takie utwory jak: Dziadek do orzechów, Alicja w Krainie Czarów, O czym szumią wierzby, Piotruś Pan, Doktor Dolittle, Kubuś Puchatek, Władca Pierścieni, Muminki i Czarnoksiężnik z Archpelagu. Dużo uwagi poświęca genezie tych utworów. Dogłębnie analizuje najważniejsze zjawiska, które przyszły do literatury razem z tymi książkami. Analizuje źródło ich fenomenu. Czyni to jednak, jak już zaznaczyłam, językiem prostym, zrozumiałym dla każdego odbiorcy (dla badacza literatury dziecięcej na pewno nieco zbyt popularnym, dla czytelnika tych utworów – idealnym). To jest główna zaleta opracowania. Czytając te szkice odnosi się wrażenie, że pisze przede wszystkim z perspektywy nie badawczej, ale z perspektywy zafascynowanego tymi tytułami czytelnika. Jest tu pewien procent uroczego subiektywizmu, teksty są przepięknie puentowane, kończą na samym czytelniku, nie hermetycznym naukowym podsumowaniu. Dlatego warto sięgnąć po tę książkę. Polecam ją miłośnikom fantastyki, zainteresowanym literaturą dla dzieci, ale szukającym nie naukowych wywodów, a refleksji „z krwi i kości”, wypływających z fascynacji przede wszystkim, nie suchej kalkulacji, jaką poddaje się historię literatury.


niedziela, 1 lutego 2015

Torben Kuhlmann "Niezwykłe przygody latającej myszy"

Wspaniałe, przemyślane w każdym detalu wydawnictwo. Historia myszy, która skonstruowała maszynę latającą i poleciała do Ameryki, aby tam odnaleźć swoją rodzinę. Tak naprawdę to historia o początkach lotnictwa, ale zawoalowana w pięknej baśniowej konwencji. A jeszcze bardziej – to po prostu piękna baśń o spełnianiu pragnień i marzeń mimo trudności. Dlatego ta piękna książka zainteresuje nie tylko chłopców zafascynowanych lotnictwem, ale powinna zafascynować wszystkich, którzy marzą… Ale zachwycona jestem nie tylko tekstem – krótkim, skromnym, bez udziwnień – lecz także warstwą graficzną, która zdecydowanie go dominuje. W książce zawarte są całostronicowe ilustracje, niektóre ciągną się przez dwie strony. To  właśnie te monumentalne ilustracje nadają klimat niezwykłej baśni. Podoba mi się w nich nie tylko stylizacja na lata trzydzieste – to zrozumiałe, ale przede wszystkim wspaniałe zmiany perspektywy, z jakiej czytelnik przygląda się tej historii. Albo są to szerokie „kadry” – a nasz mysi bohater staje się jedynie małą plamką, albo perspektywa jest żabia, a ilustracja skupiona na detalu. Sugestywne obrazy (m.in. sów), jednolita kolorystyka i tonacja – to wszystko powoduje, że książka na pewno zapisze się w pamięci i sercu czytelnika.  Podoba mi się także stylizacja okładki na wytarty, zniszczony zeszyt. Warto mieć ją na półce. Ola dostała ode mnie tę książkę na trzecie urodziny. Wierzcie mi, nie mogłam lepiej wybrać!

Iwona Łukasik "Rude szczęście"

Z nieukrywaną przyjemnością sięgnęłam po kontynuację książki „Promienie słońca” (których recenzja w Księgogrodzie tutaj: http://www.ksiegogrod.blogspot.com/2014/11/iwona-ukasik-promienie-sonca.html) i z radością spotkałam powtórnie z poczciwą, piegowatą do bólu Weroniką Promyk. Nie ukrywam, że pożerała mnie też ciekawość, jak rozwiążą się jej losy w wydawnictwie „Semantio”. Druga część książki pełna jest intryg i międzyludzkich rozgrywek, ale jej finał… No właśnie, jak myślicie, jak skończy się historia rudego Kopciuszka? A jak chcielibyście, żeby się skończyła? Myślę, że podczas lektury każdy projektuje sobie przyszłość Weroniki po swojemu i wedle swoich potrzeb. Nie zdradzę oczywiście finału, no może jedynie to, że wygrywa jak zwykle  ŻYCIE – z całą swoją bolesną konsekwencją… Zanim jednak następuje wielki finał dziwnego związku brzydkiej dziewczyny i przystojnego, bogatego Gerarda, czytelnik otrzymuje kolejną dawkę znakomicie rozegranych, wciągających intryg i zwrotów akcji. Autorka tworzy żywe, oryginalne postacie, mocno pogłębione psychologicznie, ale raczy także czytelnika znakomitymi portretami epizodycznych indywiduów, dla których warto sięgnąć po tę żywą, wartką powieść. Sam język zaś powieści, oj… czysta przyjemność lektury, ale pisałam o tym przy okazji pierwszej części powieści, więc nie będę powtarzać, choć chyba i tak już powielam ten zachwyt. Powieść napisana z rozmachem i przytupem. Z literackim pazurem. Gratuluję autorce raz jeszcze!