poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Magdalena Tulli "Szum"




 Śmiertelnej rany można się wyprzeć, lecz wtedy będzie ją nosił kto inny. To zdanie z książki, stanowi właściwie jej sedno. Tym bardziej gorzkie, że autorka zabiera nas w czas, który powinien minąć bez pielęgnowania cudzych ran. W dzieciństwo. W spokojnym, sprawozdawczym, nieprzekrzyczanym monologu bohaterka powieści analizuje swoje relacje z najbliższymi – matką, jej siostrą i ciotecznym bratem. Obie dorosłe kobiety kryją w sobie straszną tajemnicę – gehennę wojny i obozu, z którego powróciły co prawda żywe, ale z twardym sercem… Bohaterka od najmłodszych lat odrzucana i nieakceptowana, nie spełniała oczekiwań rodziny, wiecznie wyłamywała się rodzinnemu milczeniu i zakłamaniu, sprowadzając tym na siebie gorzką ocenę i emocjonalny chłód od najbliższych. Tulli w mistrzowski sposób pisze o tych toksycznych rodzinnych relacjach. Bez krzyku, cicho, spokojnie  - ale właśnie ten nienaturalny spokój tak bardzo poraża czytelnika. Ta książka z całą pewnością nie nadaje się do czytania szybkiego, do otwierania gdzie bądź.  Wymaga czytania spokojnego, w ciszy i bez „szumu” – który w książce oznacza… no właśnie. Oprócz genialnego wręcz sportretowania tych toksycznych więzi, czytelnik pozostaje z kilkoma scenami powieści, które zagoszczą z nim na długo i z których długo nie może się otrząsnąć (jeśli kiedykolwiek to zrobi). Pierwsza to irracjonalne telefony do zmarłych bliskich, druga to jeszcze bardziej irracjonalny Sąd Najniższy – na którym spotykają się, poza czasem i przestrzenią – żywi ze zmarłymi – i debatują nad przeklętą przez życie matką, zatrutą cierpieniem matki córką i nad możliwością przebaczenia. Ponieważ (wyłączając dwie ostatnie części) książka zamyka się w zupełnie realnym świecie, wewnętrznym co prawda, ale nikt nie wątpi w jego obecność, dwie ostatnie sceny – rozmowa ze zmarłymi i ten fantazmatyczny sąd tak bardzo szokują i zapadają w pamięć.
W książce poruszony został nie tylko motyw dzieci, których rodzice przeszli obozowe traumy, ale także, w zasadzie to przede wszystkim, przedstawiony został mechanizm tworzenia dziecięcych zranień, które później zmienią w piekło dorosłe życie. A ponieważ, jak pisałam, autorka opowiada o nich w słowach wyważonych i niepokojąco spokojnie, tym bardziej tym krzyczy.

Jednym słowem znakomita proza. Było to pierwsze moje spotkanie z twórczością Magdaleny Tulli. Już teraz wiem, że muszę powrócić do wcześniejszych książek.

piątek, 10 kwietnia 2015

Irena Koźmińska i Elżbieta Olszewska "Z dzieckiem w świat wartości"

Byłam zachwycona książką „Wychowanie przez czytanie”, dlatego z ciekawością sięgnęłam po tę pozycję. Rozczarowałam się może o tyle, że poza listami lektur podanych pod koniec każdego rozdziału, książka nie ma przełożenia na samo czytelnictwo. Myślałam, że będzie w niej więcej relacji wartości – lektury, ale w sumie temat ten podjęty został także w „Wychowaniu…”. Tutaj autorki skoncentrowały się zaś na samych wartościach, bardzo zresztą szeroko pojętych: społecznie, kulturowo, psychologicznie. Każdy rozdział to omówienie jednej wartości oraz szereg konkretnych zadań, które można wykonać z dzieckiem (w większości z grupą dzieci) oraz kwestii wartych przedyskutowania z najmłodszymi. Książka jest więc tak naprawdę zbiorem wartościowych podpowiedzi, konkretnych pomysłów i elementów scenariuszy na zajęcia z tematyki wartości (wiek dzieci, dla których są przeznaczone, jest bardzo szeroki: od przedszkolaka do licealisty). Może więc stanowić wspaniałą pomoc dla nauczycieli, wychowawców i rodziców. Niektóre polecenia i materiały do dyskusji są bardzo idealistyczne. Taka była zresztą także książka „Wychowanie przez czytanie”. Nie wiem, czy ten idealizm autorek to wada czy zaleta obu publikacji. Myślę, że wiele tych treści rozbija się o codzienne życie… Pewne jest jednak, że warto się z nimi zapoznać. Ponieważ autorki omawiają poszczególne wartości szeroko i pod różnymi kątami, wiele pożytecznych refleksji  przyjść może do głowy także samym czytającym, a książka może stać się poradnikiem życiowym dla dorosłych. Porządkuje pewne myśli, spostrzeżenia, wiele nam uświadamia, zawiera sporą dawkę wiedzy z psychologii. W zderzeniu z małym czytelnikiem i w praktyce przedszkolnej czy szkolnej na pewno jest w stanie uświadomić jeszcze więcej. Dlatego właśnie warto po nią sięgnąć.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Kłopoty z Tupciem Chrupciem

No i z Tupciem Chrupciem mamy problem… To znaczy ja mam, córa nie. Mój jest za to chroniczny. Doszło do sytuacji kuriozalnej – Ola ma zakaz wypożyczania Tupcia Chrupcia z biblioteki, choć niezmordowanie zmierza w jego kierunku za każdym razem, gdy wybieramy kolejne lektury. Ten zakaz to zapewne moje wygodnictwo, ale nie zmienia to faktu, że Tupcio i tak nieźle namieszał w naszym domu.
Zapewne większość rodziców zna tę serię książeczek o małej myszce, która przeżywa problemy typowe dla wieku swoich czytelników – uczy się myć zęby, dzielić zabawkami, zostaje na noc u dziadków czy też idzie pierwszy raz do przedszkola. Tupcio Chrupcio został zresztą przez autorkę wyposażony w cechy typowe dla zachowań małych dzieci – ze zrzucaniem winy za swoje figle na misia przytulankę włącznie. I to jest wielka siła tej serii, dzieci utożsamiają się z Tupciem, ale i jednocześnie coś, co komplikuje lekturę dorosłym. Nie wiem, jakie są Wasze doświadczenia ze wspólnej lektury tej serii, bardzo chciałabym wiedzieć. U nas każda książeczka przynosi miast pomocy w rozwiązywaniu problemów, mnóstwo komplikacji, tysiąc pytań do…, i dowodów na rozumienie tych historyjek na opak. A ja muszę się czasami nieźle nagimnastykować, żeby wszystko wytłumaczyć, odwrócić, posuwając się do tak drastycznych środków jak modyfikacja treści. Ola bardzo utożsamia się z Tupciem, ale utożsamia z tym, co w Tupciu niekoniecznie godne pochwały; jego niecierpliwością, momentami krnąbrnością, czy też wybuchami złości (wiem, wiem, wiem – to wszystko cechy samych czytelników, zdążyłam zauważyć).  Miarka przebrała się jednak, gdy Tupcio oświadczył, że „przedszkole jest głupie”. To nic, że powiedział tak, bo nigdy w nim nie był, no nic, że gdy poszedł, okazało się, że było fajnie i zjeżdżał na placu zabaw na zjeżdżalni. To wszystko nic. Najważniejsze, że powiedział najpierw, że przedszkole jest głupie, a to stało się koronnym argumentem w naszym domu. Tak i oto Tupcio trafił na indeks ksiąg zakazanych, a kwestia przedszkola wałkuje się dalej.

A jakie są Wasze doświadczenia z tą serią?

środa, 1 kwietnia 2015

Ursula K. Le Guin "Czarnoksiężnik z Archipelagu"

Wiecie, czego najbardziej żałuję? Że nie przeczytałam tej książki, zanim zaczęłam czytelniczą przygodę z Harry Potterem. A to dlatego, że choćbym nie wiem ile razy podczas lektury  przypomniała sobie, że to „Czarnoksiężnik z Archipelagu” powstał jako pierwszy, nie mogłam pozbyć się usilnego powtarzania innego zdania: że to przecież JUŻ było w Harrym Potterze. Ciekawa jestem, czy inni czytelnicy mieli podobne dylematy. Sęk w tym, że o ile Rowling zdobyła się na historię nieprawdopodobnie rozbuchaną i wątkami, szczegółami i rekwizytami ze świata magii i baśni, o ile czytało się ją z czytelniczą rozkoszą wręcz, o tyle Ursula Le Guin napisała powieść niewielkich rozmiarów, ale niezwykle mądrą życiowo i pogłębioną filozoficznie, zmuszającą do myślenia i niełatwych wniosków. I właśnie to różni przede wszystkim obie książki. Lekka i przyjemna czytelniczo, rozbuchana seria - i surowa, bez rozbudowanego świata przedstawionego, za to zmuszająca do przewartościowania historia.  A dodatkowo osadzona w monotonnym krajobrazie wysp i morza, ociosana ze zbędnych opisów i słów jak prosta,  ale przez to jeszcze bardziej wiarygodna rzeźba, ilustrująca prawdę o świecie.
Powieść Le Guin to w zasadzie przypowieść o tym, do czego prowadzi duma i chęć bycia ponad innymi. Autorka posługuje się całym baśniowym rekwizytorium, fascynującym dla wielbicieli fantastyki. Smoki, szkoła czarodziejów, elementy magii, walka z cieniem… Najbardziej poruszyło mnie dwoje ludzieńków (jak z pewnością powiedziałby o nich Leśmian), którzy jako jedyni mieszkali na wyspie, do której dopłynął nieszczęsny Ged.
„Czarnoksiężnik z Archipelagu” w przeciwieństwie do swojego późniejszego literackiego dalekiego kuzyna nie jest historią łatwą i przyjemną. Nie sugeruję tu oczywiście, że historia Pottera nie niesie ze sobą żadnych wartości, bo niesie, tylko że są to wartości na nieco innym poziomie czytelniczego wtajemniczenia. Jestem pewna, że wielu czytelników poległo natomiast na książce Le Guin i wielu pewnie jeszcze polegnie. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że to, co przytrafiło się Gedowi, przytrafia się czasami każdemu z nas, a ta jakże prosta metaforyka cienia w zestawieniu z przemianą i wewnętrzną drogą, jaką przeszedł Ged – tym bardziej nie daje nam po lekturze spokoju.