środa, 1 kwietnia 2015

Ursula K. Le Guin "Czarnoksiężnik z Archipelagu"

Wiecie, czego najbardziej żałuję? Że nie przeczytałam tej książki, zanim zaczęłam czytelniczą przygodę z Harry Potterem. A to dlatego, że choćbym nie wiem ile razy podczas lektury  przypomniała sobie, że to „Czarnoksiężnik z Archipelagu” powstał jako pierwszy, nie mogłam pozbyć się usilnego powtarzania innego zdania: że to przecież JUŻ było w Harrym Potterze. Ciekawa jestem, czy inni czytelnicy mieli podobne dylematy. Sęk w tym, że o ile Rowling zdobyła się na historię nieprawdopodobnie rozbuchaną i wątkami, szczegółami i rekwizytami ze świata magii i baśni, o ile czytało się ją z czytelniczą rozkoszą wręcz, o tyle Ursula Le Guin napisała powieść niewielkich rozmiarów, ale niezwykle mądrą życiowo i pogłębioną filozoficznie, zmuszającą do myślenia i niełatwych wniosków. I właśnie to różni przede wszystkim obie książki. Lekka i przyjemna czytelniczo, rozbuchana seria - i surowa, bez rozbudowanego świata przedstawionego, za to zmuszająca do przewartościowania historia.  A dodatkowo osadzona w monotonnym krajobrazie wysp i morza, ociosana ze zbędnych opisów i słów jak prosta,  ale przez to jeszcze bardziej wiarygodna rzeźba, ilustrująca prawdę o świecie.
Powieść Le Guin to w zasadzie przypowieść o tym, do czego prowadzi duma i chęć bycia ponad innymi. Autorka posługuje się całym baśniowym rekwizytorium, fascynującym dla wielbicieli fantastyki. Smoki, szkoła czarodziejów, elementy magii, walka z cieniem… Najbardziej poruszyło mnie dwoje ludzieńków (jak z pewnością powiedziałby o nich Leśmian), którzy jako jedyni mieszkali na wyspie, do której dopłynął nieszczęsny Ged.
„Czarnoksiężnik z Archipelagu” w przeciwieństwie do swojego późniejszego literackiego dalekiego kuzyna nie jest historią łatwą i przyjemną. Nie sugeruję tu oczywiście, że historia Pottera nie niesie ze sobą żadnych wartości, bo niesie, tylko że są to wartości na nieco innym poziomie czytelniczego wtajemniczenia. Jestem pewna, że wielu czytelników poległo natomiast na książce Le Guin i wielu pewnie jeszcze polegnie. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że to, co przytrafiło się Gedowi, przytrafia się czasami każdemu z nas, a ta jakże prosta metaforyka cienia w zestawieniu z przemianą i wewnętrzną drogą, jaką przeszedł Ged – tym bardziej nie daje nam po lekturze spokoju.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz