piątek, 29 maja 2015

Malina Prześluga "Bajka i Majka"

Musicie przyznać – okładka robi wrażenie. I to właśnie przez okładkę zainteresowałam się tym tytułem. W życiu bym nie pomyślała, że ten smutny niedźwiadek to pluszowy miś, a ta maleńka dziewczynka to… pchła.
Ta króciutka książeczka do historia rodzeństwa pchełek, które na co dzień żyły na pewnym jamniku. Pewnego dnia Majka zobaczyła jednak pluszowego misia i zapragnęła z całych sił skoczyć na niego, nie wiedząc, że jest „niejadalny”. Zrobiła wedle życzenia i tym samym rozdzieliła się z ukochanym starszym bratem. Odbyła powrotną podróż w poszukiwaniu jamnika, nie wiedząc, że w tym samym czasie jej brat odbywał podróż „na” pluszowego misia. Wszystko na szczęście skończyło się dobrze. Rodzeństwo połączyło się ponownie. Ot i cała historia. Historia, którą można interpretować na setki różnych sposobów, pogłębiając jej treść i symbolikę. Od powiastki o marzeniach, przez przypowieść o miłości i poświęceniu najbliższych, o swoim miejscu na ziemi, na moralitecie o odpowiedzialności kończąc (lub nie). Bardzo pojemna ta historyjka. Ale, ale… u nas w domu posłużyła do zupełnie innego celu. Przypadkowo. Jest w niej taka scena, gdy do Majki zbliża się ogromna ludzka stopa. Pchełka boi się, że zginie zgnieciona przez człowieka. Na Oli zrobiła ta scena na tyle duże wrażenie, że od razu wykorzystałam ją do rozmowy o wszelkich najmniejszych żyjątkach, które Ola z pasją rozgniata, a czego nie mogę jej oduczyć.  Ot i o tolerancji w stosunku do owadów pogadałyśmy, i pchełka Majka nam w tym niespodziewanie pomogła. 

Tak czy siak z książeczki wyciągnąć „można” bardzo dużo, co komu akurat potrzeba. A  monumentalne, zapadające w pamięć nietypowymi kadrami i perspektywą ilustracje na pewno w tym zadaniu pomagają. A jeśli chodzi o perspektywę, to ogląd świata z punktu widzenia innego stworzenia niż człowiek jest zawsze ciekawym zabiegiem. I zawsze przypomina mi się wtedy „Gucio zaczarowany”.  Tutaj świat postrzegany jest z perspektywy maleńkiej pchełki, która chwyci za każde – małe i duże serduszko. 

czwartek, 21 maja 2015

Roma Ligocka "Droga Romo"

Moje odczucia co do pisarstwa Romy Ligockiej zaczynają być ambiwalentne. Skrajnie ambiwalentne.  Z jednej strony sięgam po Jej książki, szukając tej jedynej w swoim rodzaju melancholii. Sięgam po jej książki, gdy chcę rozliczyć się ze swoim życiem. Jest to twórczość bez wątpienia bardzo potrzebna czytelnikom. Terapeutyczna.  Dlatego nie zrozumcie mnie teraz źle – piszę dokładnie to, co chcę napisać: z tego samego powodu zaczyna mnie też irytować – bo jest terapeutyczna zawsze. Zawsze i niezmiennie. Boli i boli zawsze tak samo. Pani Roma wciąż rozdrapuje te same rany, wciąż z nienaturalnym uporem powraca do tych samych zranień. Po którejś z kolei książce zastanawiam się, czy tak dalej można, wciąż od nowa i od nowa… Moje zadziwienie tą nieustanną potrzebą zaczyna niebezpiecznie rosnąć. O ile przy lekturze wcześniejszych powieści właśnie to chroniczne rozdrapywanie ran uważałam za największą tych książek siłę, o tyle teraz… sama już nie wiem, ale coś zaczyna mnie mierzić, coś uwierać. Zaczynam się męczyć.
*
Jest taki wiersz Szymborskiej „Kilkunastoletnia”, zamieszczony w tomiku „Tutaj”:
Ja – kilkunastoletnia?
Gdyby nagle tu, teraz, stanęła przede mną,
Czy miałabym ją witać jak osobę bliską,
Chociaż jest dla mnie obca i daleka?
Kiedy czytałam książkę „Droga Romo”, odnosiłam nieustanne wrażenie, że jest ona przede wszystkim odpowiedzią na ten właśnie wiersz, jest jego rozwinięciem i bolesnym do niego komentarzem.

Powieść Ligockiej to swoisty dwugłos. Narracja prowadzona jest z perspektywy młodej Romy, która opisuje swoje wchodzenie w dorosłość, swoją kolorową młodość. I tu punkt dla autorki: udało jej się odtworzyć sposób myślenia, postrzeganie świata i wrażliwość nastolatki, którą sama kiedyś była. Prosty język, wyzierająca z każdego zdania urocza naiwność i czające się na każdym kroku pułapki młodości - ot cała natura tej książki. Narrację tę przeplata jednak złożony chorągiewką (i tylko w ten sposób wyróżniony graficznie) monolog dorosłej Romy do… samej siebie z czasów młodości. Dorosłej – a więc z perspektywy tego, czego nie można już zmienić, choć dorosła Roma niejednokrotnie chce zatrzymać samą siebie i uchronić przed tym, co już i tak się stało… Trzeba przyznać, że zabieg ten, swoisty dwugłos jednej osoby, był udanym, choć nie tak przecież znowu oryginalnym pomysłem. Daje do myślenia, zachęca do próby rozmowy z samym sobą. I z tego powodu warto tę powieść przeczytać. Powieść gorzką, jak gorzkie jest to zetknięcie dwóch diametralnie różnych istot… chociaż mają to samo ciało. Czy ja też będę po latach rozmawiać z samą sobą? Czy będę chciała przed czymś siebie uchronić? Czy warto próbować pokonywać tę przepaść?

środa, 20 maja 2015

seria "Olbrzymy i Krasnale"

Nie darzę ani sympatią, ani tym bardziej zaufaniem takich „kioskowych” wydawnictw (oczywiście z wyjątkiem serii D’Agnostini – których główną wadą jest… cena, nie zaś zawartość merytoryczna).  Więcej, staram się ich unikać i rozsądnie dobierać książki do biblioteczki Oli, by nie zalał ich kicz edytorski i wątpliwej jakości adaptacje tekstów kultury i inne dziwne twory wyobraźni. Kiedy jednak zobaczyłam tę cieniutką książeczkę (jedną z czterech wydanych w serii), coś mi podpowiedziało, że może być godna uwagi. I choć była zafoliowana, kupiłyśmy ją i okazało się, że czytelnicza intuicja mnie nie zawiodła. Seria ta nie jest może jakoś rewelacyjnie zilustrowana, ale na tle podobnych masowych produkcji nie jest z nią też tak bardzo źle – nie odrzuca przynajmniej jakimiś karykaturalnymi  zniekształceniami. Dodatkowo kartki stylizowane są na stary papier,  a  na pierwszej stronie widnieje (stylizowane graficznie również na stare) ogłoszenie: „Wszystkim, którzy przeczytają tę książkę od początku do samego końca, przyjmę w poczet miłośników Krasnali i Olbrzymów. Będą oni mogli snuć opowieści i wymyślać najdziwniejsze historie, jako rasowi przedstawiciele najpiękniejszego Świata Baśni”.  Sympatyczne, prawda?

Każda książeczka kryje w sobie trzy króciutkie historyjki, których akcja dzieje się w Krasnalowie właśnie. W pierwszej części do tej uroczej krainy przybywa olbrzym Ojejek, który zaprzyjaźnia się ze skrzatami. Zarówno przygody maleńkich mieszkańców krainy (jest i  myszka Ogonka, i żółw Skorupka – a więc nie tylko krasnale), jak i olbrzymów, urzekają prostotą, niewymyślnym humorem i w zasadzie tym wszystkim, co powinny zawierać książki dla najmłodszych: radością istnienia i optymizmem. Bohaterowie są zawsze skłonni do pomocy i dają się polubić. Nie ma tu żadnych wyszukanych elementów ani świata, ani fabuły – ale właśnie ta prostota sprawia, że książeczka może zainteresować najmłodszych. No, w każdym razie my Krasnalowo BARDZO polubiłyśmy i polujemy na dwie pozostałe części. Ola uwielbia słuchać o Bojutku, Pękatku, Pigułce, Dzwoneczku – i innych krasnalach o uroczych imionach. Dlatego piszę o tej serii, bo wiem, że poszukiwacze prawdziwie wartościowych książek nie szukają ich w kioskach, a jednak czasami mogą je tam znaleźć…

niedziela, 17 maja 2015

Warszawskie Targi Książki 2015

Targi, targi... W tym roku NIEPRAWDOPODOBNIE zatłoczone. Szczerze mówiąc nie pamiętam takich tłumów. Były momenty, że nie dało się przejść swobodnie, tylko utykało w tłumie o bliżej nieokreślonej wielkości. Poziom frustracji rósł na potęgę, zwłaszcza gdy spieszyło się do autora, a czas uciekał. Nie wiem, czy powodem takiego stanu rzeczy był fakt, że w tym roku nie udostępniono trybun i murawy, czy po prostu faktycznie przyszło tak dużo ludzi. Ale frustracja rosła jeszcze z jednego powodu - nieoczekiwanych zmian w programie. To co było na stronie targów, nie zgadzało się do końca z faktycznymi godzinami. W ten sposób nie spotkałam się m.in. z Bohdanem Butenko, czego bardzo żałuję. Ale poza tym, jak co roku dostałam się do książkowego raju i tylko to się liczyło!!!
Podczas tegorocznych targów pierwszy raz skorzystałam także ze spotkań autorskich. Do tej pory zawsze biegałam po stoiskach, od autora do autora, a ograniczony czas nie pozwolił na to, by spokojnie przysiąść i posłuchać. W tym roku zrobiłam wyjątek i byłam na wspaniałym spotkaniu z autorem "Bajek filozoficznych" Michelem Piquemalem:

Wspaniały, ciepły człowiek. Bardzo produktywne spotkanie, głównie dlatego, że autor opowiadał o edukacji filozoficznej wśród francuskich dzieci, a takie porównania są zawsze interesujące.
Byłam także na spotkaniu z Jackiem Dehnelem - ale czytelnicy Księgogrodu nie są tym zapewne zdziwieni, Spotkanie dotyczyło "Matki Makryny" i mimo ograniczonego czasu (trwało około 30 minut) okazało się niezwykle "pojemne" i treściwe. 

Ciekawa jestem, komu z Was udało się wytrwać w niebotycznej kolejce do gwiazdy tegorocznej edycji targów - Erica Emmanuela Schmitta. Ja się poddałam, a samego autora zobaczyłam dopiero na Kanapie Literackiej:
A co poza tym? Wszystko to, co cieszy oczy bibliofila. Wspaniale zaaranżowane stoiska z książkami. Poniżej stoisko francuskie:

na którym znalazłam piękne wydanie "Czarnoksiężnika z Oz":
Było i drzewko z książkami na stoisku Fundacji Orange:
Była czytająca dziewczyna:
papierowy jeżyk:
książkowa owca na stoisku wydawnictwa Czarna Owca:
a nawet olbrzymie Smerfy w części komiksowej:
Były interesująco wyeksponowane książki:

i książki w TAKICH cenach:
na stoisku promującym czeskie "Niedoparki" zaś potwierdzenie znakomitej, konsekwentnej i przemyślanej kampanii promocyjnej:
Między czytelnikami przechadzał się słonik Elmer:
A czy tego pana pamiętacie?:
Ale co najważniejsze zawsze: była okazja do spotkania z ukochanymi autorami, możliwość wymiany zdań, powiedzenia kilku dobrych słów. Wróciłam z książkami podpisanymi m.in. przez Sylwię Chutnik, Andrzeja Polkowskiego, Dorotę Gellner, Małgorzatę Strzałkowską, Jerzego Bralczyka, Lilianę Bardijewską, Jacka Dehnela i... największą niespodzianką było dla mnie to, że Maciej Wojtyszko każdemu maluje w książkach... Brombę, a Ewa Kozyra-Pawlak, wspaniała ilustratorka, autorka "Ja, Bobik" i "Liczypieski" każdemu... wkleja do książki własnoręcznie zrobione materiałowe pieski (lub kotki - zależy od książki). Oto dowód:
Kapitalny pomysł, choć i bardzo pracochłonny. Autorka "Liczypiesków" okazała się sympatyczną, pogodną i pełną energii osobą, zdecydowanie było to dla mnie najcieplejsze spotkanie na tych targach.
A na koniec dziękuję organizatorom, że mogłam odebrać wejściówkę na targi:
Do zobaczenia za rok!

niedziela, 10 maja 2015

Anna Janko "Maciupek i Maleńtas. Niezwykłe przygody w Brzuchu Mamy"

Gdybym mogła tę książkę określić jednym słowem, napisałabym: REWELACJA! Rewelacyjne jest w niej w zasadzie wszystko: pomysł, warstwa graficzna i realizacja literacka tematu. Wszystko!  Przede wszystkim sam temat wypełnia dotychczasową lukę w literaturze dla dzieci; nigdy wcześniej nie spotkałam się z książką, która w taki sposób próbowałaby zilustrować dzieciom życie w łonie matki. I chociaż na razie przeczytałam ją sama, wiem już, że bez żadnych zahamowań można pokusić się o jej lekturę ze sporo mniejszym dzieckiem (oczywiście z tym mniejszym we fragmentach, bo książka ma sporą objętość). Autorka wymyśliła wspaniały „patent” na realizację tego tematu. Bliźniacy – Maciupek i Maleńtas  mieszkają w brzuchu mamy, poznają powolutku swoje „mieszkanko”, w specyficzny, dziecięcy sposób interpretują świat dookoła oraz okruchy świata zewnętrznego, które do nich docierają. Są co prawda wyposażeni w coś, czego dziecko w życiu płodowym mieć oczywiście nie może – zdolność myślenia, analizowania, interpretowania rzeczywistości i oczywiście zdolność mowy, ale gdyby autorka nie obdarzyła ich tymi atrybutami, książka nie mogłaby być TAKA. Bliźniacy wiedzą zresztą o sobie tylko tyle, co sami byli w stanie wydedukować, często są to dość odległe od faktycznego stanu rzeczy myśli, ale w ogólnym rozrachunku mały czytelnik nie pozostaje z niewytłumaczonymi zjawiskami, a i w samym brzuchu wygrywa intuicja i natura.
Widać, że to książka bardzo przemyślana. Autorka z wielkim szacunkiem, z fascynacją wręcz tłumaczy ustami bliźniaków, po co są wody płodowe, pępowina, co dzieci mogą wyczyniać w brzuchu. Czyni to jednak w taki sposób, że rodzice nie muszą obawiać się niewygodnych pytań. Także sam poród – pokazany z perspektywy dzieci, opisany jest w sposób fascynujący, ale i zgodny z możliwościami percepcyjnymi małego czytelnika – nie ma tu treści, której by nie uniósł. Jest za to subtelny humor, wspaniałe opisy przygód maluchów, a wszystko to opisane z wielkim szacunkiem do niewidzialnego jeszcze życia.
Uśmiałam się przy lekturze tej książki, ale i wzruszyłam. No właśnie, jestem przekonana, że jej adresatami powinny być nie tylko dzieci, ale i na równi z nimi – rodzice. Wbrew pozorom ta książka wiele uświadamia. Budzi w dorosłych wiele pozytywnych refleksji. Jestem pewna, że jej lektura dla kobiety w ciąży byłaby wspaniałym przeżyciem. To wszystko jest przepełnione taką fascynacją tą tajemnicą, takim przekonaniem o cudowności tych wydarzeń...  A! I oczywiście tytuł ten może być świetną pomocą dla starszego rodzeństwa podobnych Maleńtasów i Maciupków.

Zdecydowanie jedna z ciekawszych i najbardziej ujmujących  książek dla dzieci, jaką ostatnio czytałam.