poniedziałek, 22 czerwca 2015

"Życie to jednak strata jest"

W czasie lektury tego wywiadu kołatała mi się z tyłu głowy jedna podstawowa myśl – jakim cudem nie czytałam do tej pory niczego Stasiuka? Jakim cudem pominęłam go w swoich wyborach, choć były przymiarki i plany... Bo nie czytałam. Wiem, powinnam się wstydzić, ale na wszystko jest czas, i czas ten nadszedł właśnie teraz, a ja stoję na progu (na razie tylko to wyczuwam) kolejnej pasjonującej czytelniczej przygody.
No właśnie, przygodę ze Stasiukiem rozpoczęłam właśnie od zapisu niezwykłej rozmowy – więc niejako od końca trochę, bo ten wywiad to raczej bonus dla wielbicieli jego twórczości niż dla każdego, kto się nawinie i zechce poczytać. Ale stało się i od tej właśnie książki zaczęłam.
I cóż mogę o tej rozmowie napisać ponad to, że zachwyciłam się tym człowiekiem i jego filozofią życiową.  Rozmowa z nim poraża prostotą (także w konstrukcji zdań), ale jednocześnie dotyka spraw fundamentalnych. Wspaniałe i do szpiku mądre są słowa o śmierci, o współczesnej cywilizacji. Nie tylko mądre, ale i celne. Nad wyraz celne. I choć Stasiuk wypowiada się na wiele tematów (także bieżących tematów politycznych – robi to zresztą z naiwną szczerością), to właśnie wypowiedzi na te fundamentalne kwestie najbardziej zapadają w pamięć, dają najwięcej do myślenia i co tu dużo mówić… dają czytelnikom w kość. Stasiuk całym sobą wyłamuje się z obowiązujących schematów. I jednocześnie jest najszczęśliwszym outsiderem, o jakim czytałam. Genialne połączenie. Genialny człowiek. Teraz sobie myślę, że może to dobrze, że zaczęłam właśnie od tej książki… Może z takim autokomentarzem będzie mi się czytało jego książki inaczej, bardziej świadomie? Tak czy siak sam wywiad jest lekturą, którą połyka się w całości na jednym wydechu.
Dodatkową wartością książki są klimatyczne, monochromatyczne fotografie.

Na targach książki w Warszawie kolejka do Erica-Emmanuela Schmitta  plątała się niemiłosiernie z kolejką do Stasiuka. Konkurowały w długości. Ludzie trzymali w dłoniach ten wywiad właśnie. Już wiem dlaczego tyle trwali…
„Jadąc do Babadag” już leży na moim biurku.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Dorota Masłowska "Więcej niż możesz zjeść"

No znakomite felietony, choć jednocześnie najlepsze do czytania w autobusach i kolejkach (tudzież w miejscu chwilowego odosobnienia) – czyli w miejscach, gdzie najłatwiej o zdrowy dystans do rzeczywistości, zdecydowanie do lektury tej książki konieczny. Autorki i jej specyficznego języka oraz oglądu rzeczywistości przedstawiać nie trzeba. Nie trzeba jej (autorki) ani jego (oglądu) nawet szczególnie lubić i akceptować, ale te felietony przeczytać po prostu wypada, bo są o nas samych i o nieuświadamianej, acz wstydliwej stronie natury ludzkiej. W tych lekkich i przyjemnych, choć nie zawsze smacznych tekstach kryje się niebanalna, uszczypliwa, złośliwa, ale cholernie trafna diagnoza współczesnych czasów. I ich gorzka ocena. A jednocześnie stanowią kapitalną, łatwą i przyjemną rozrywkę czytelniczą – zachwycają pomysłem, eklektycznym językiem, specyficzną składnią (momentami – odnosiłam wrażenie – że jednak na granicy poprawności), świeżymi skojarzeniami, a przede wszystkim nieprawdopodobnym zmysłem obserwacji i oceny. Trzeba mieć nie lada talent, aby wysmarować takie teksty (jeśli już pozostajemy w nomenklaturze kulinarnej). Odważne, inne, łamiące językowe konwenanse, mówiące o podstawowej czynności ludzkiej – jedzeniu – z dużą wiedzą kulturową, prześmiewczo, karykaturalnie, a  jednocześnie cholernie prawdziwie. Chcecie się dowiedzieć, co to jest syndrom hrabiny Potockiej, dlaczego tak lubimy jedzenie all inclusive, gdzie zawozi autorkę machina czasu i co zrobić z niepotrzebnym banknotem stuzłotowym? – przeczytajcie tę książkę. Smacznego!

czwartek, 11 czerwca 2015

Sari Peltoniemi "Groszka. Piesek, który chciał mieć dziewczynkę"

Dawno nie czytałam tak pomysłowego tekstu. W dodatku opartego na banalnie, wbrew pozorom,  prostym pomyśle. Wydawać by się mogło, że to kolejna książka dla dzieci o przyjaźni psa i dziecka, ale wyróżnia ją to, że wytarta konwencja podobnych „pieskich” opowiadań została tu odwrócona. Książka pisana jest bowiem z perspektywy… psiej rodziny. Najmłodsza Groszka marzy o tym, aby przygarnąć… dziewczynkę. Dominika wprowadza się do psiej budy, ale różnice między psem a człowiekiem są przyczyną nieporozumień. Cóż z tego, że Groszka ma poradnik o tym, jak wychowywać człowieka...

A więc odwrócenie perspektywy i niezwykle udany literacki eksperyment. Ma on zapewne na celu uświadomienie dzieciom, jak ważnym i odpowiedzialnym zadaniem jest opieka nad zwierzętami. Próba wniknięcia w psi ogląd rzeczywistości pozwoli dzieciom także lepiej zrozumieć psie potrzeby i z większym szacunkiem traktować naszych czworonożnych towarzyszy. Ale, ale… to nie wszystko. W prostej, nieskomplikowanej historyjce kryje się wspaniała przypowieść o przyjaźni  i o odpowiedzialności za tę przyjaźń. Nie muszę oczywiście dodawać, że odwrócenie konwencji jest także źródłem subtelnego, uroczego humoru. Jednym słowem trafiłam na prawdziwą perełkę. Mądrą i przeuroczą, rozczulającą książeczkę. Dla dzieci i dla dorosłych. Dla miłośników czworonogów i ludzi otwartych na innych. Dla tych, którzy szukają nietypowych doświadczeń czytelniczych przede wszystkim. 

czwartek, 4 czerwca 2015

Ulysses Moore "Statek czasu"

Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam na bibliotecznej półce z nowościami „Statek czasu”. Seria Ulyssesa Moore’a jest przecież zamkniętą kompozycją.  Chętnie wracam do niej wspomnieniami, bo to jedna z moich ulubionych młodzieżowych serii. Mimo to nie byłam pewna, czy chcę powtórnie wrócić do Kilmore Cove. Nie mam zaufania do takich powrotów. Całość to całość i koniec. Ciekawość przeważyła jednak i ponownie zanurzyłam się w świat morskich przygód i nieskrępowanej wyobraźni. I co najważniejsze, nie zawiodłam się! Zresztą autor prowadzi tę serię tak, że mógłby dopisywać i dopisywać kolejne części bez końca. Chyba właśnie w tym potencjale tkwi magia cyklu. Nigdy nie wiadomo, kto wsiądzie na pokład Metis i kto otworzy Wrota Czasu.
Dodatkową atrakcją trzynastego tomu jest najeżenie go licznymi aluzjami do innych książek, wszak Miejsca z Wyobraźni to nic innego jak światy wykreowane w literaturze. Bardzo mi się ten pomysł i w ogóle ta teoria świata w książkach Baccalario podoba. Serię można zresztą bez mrugnięcia okiem polecić dzieciakom łaknącym przygody. Autor wyczuwa tę potrzebę, wyczuwa ten dziecięcy potencjał – i tym kupuje czytelnika. Mimo pewnych naiwnych rozwiązań fabularnych, mimo ogólnie znanych schematów – lektura  wciąga i cieszy.

Dodatkową atrakcją serii jest oprawa graficzna, nad którą szeroko rozwodziłam się przy lekturze poprzednich tomów. W tej części jest jednak interesujące novum. Obwoluta książki jest jednocześnie… gazetą z Kilmore Cove, którą można rozłożyć do formatu gazetowego właśnie i jak gazetę przeczytać. Uroczy pomysł i udany powrót.