czwartek, 4 czerwca 2015

Ulysses Moore "Statek czasu"

Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam na bibliotecznej półce z nowościami „Statek czasu”. Seria Ulyssesa Moore’a jest przecież zamkniętą kompozycją.  Chętnie wracam do niej wspomnieniami, bo to jedna z moich ulubionych młodzieżowych serii. Mimo to nie byłam pewna, czy chcę powtórnie wrócić do Kilmore Cove. Nie mam zaufania do takich powrotów. Całość to całość i koniec. Ciekawość przeważyła jednak i ponownie zanurzyłam się w świat morskich przygód i nieskrępowanej wyobraźni. I co najważniejsze, nie zawiodłam się! Zresztą autor prowadzi tę serię tak, że mógłby dopisywać i dopisywać kolejne części bez końca. Chyba właśnie w tym potencjale tkwi magia cyklu. Nigdy nie wiadomo, kto wsiądzie na pokład Metis i kto otworzy Wrota Czasu.
Dodatkową atrakcją trzynastego tomu jest najeżenie go licznymi aluzjami do innych książek, wszak Miejsca z Wyobraźni to nic innego jak światy wykreowane w literaturze. Bardzo mi się ten pomysł i w ogóle ta teoria świata w książkach Baccalario podoba. Serię można zresztą bez mrugnięcia okiem polecić dzieciakom łaknącym przygody. Autor wyczuwa tę potrzebę, wyczuwa ten dziecięcy potencjał – i tym kupuje czytelnika. Mimo pewnych naiwnych rozwiązań fabularnych, mimo ogólnie znanych schematów – lektura  wciąga i cieszy.

Dodatkową atrakcją serii jest oprawa graficzna, nad którą szeroko rozwodziłam się przy lekturze poprzednich tomów. W tej części jest jednak interesujące novum. Obwoluta książki jest jednocześnie… gazetą z Kilmore Cove, którą można rozłożyć do formatu gazetowego właśnie i jak gazetę przeczytać. Uroczy pomysł i udany powrót.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz