sobota, 4 lipca 2015

Zofia Kossakowska "Portrety na porcelanie"

Dawno nie czytałam książki, która zrobiłaby na mnie takie wrażenie. Czytałam ją bardzo długo, bo pomiędzy poszczególnymi opowiadaniami  musiałam zrobić długie pauzy, sięgać nawet po inne książki, żeby otrząsnąć się przed następnym opowiadaniem. Nigdy to zjawisko „trawienia” książki nie dotknęło mnie w takim stopniu. Każde z opowiadań zawartych w książce jest oddzielną, autonomiczną historią, którą spokojnie można by było rozwinąć w osobną powieść. Każde wymaga poważnego przemyślenia i po każdym emocje muszą opaść.
Ale od początku. Nastolatka Karina zapędza się pewnego dnia podczas spaceru z psem na cmentarz. Poznaje tam  Knuta – strażnika cmentarza. Od tamtej pory przychodzi na cmentarz na kolejne spacery, a tajemniczy mężczyzna opowiada jej historie o zmarłych pochowanych na cmentarzu. Każdy kolejny rozdział jest koleją opowieścią, a tytuły rozdziałów to… numery nagrobków i imiona bohaterów historii. Całość scala historia samego Knuta i Kariny – oboje okazują się kimś innym, niż to przed sobą przedstawili. Oboje idą cienką linią prawdy i kłamstwa, co podważa też nieznacznie historie, które opowiadał Knut. Czytelnik pozostaje z pewną dozą niepewności, czy odtworzenie losów zmarłych nie było częściowo pracą wyobraźni Knuta. Książka jest więc w ostatecznym rozrachunku także książką o pamięci i interpretacji rzeczywistości, zgodną z emocjami i nie do końca uświadamianymi potrzebami, ale niekoniecznie z obiektywną prawdą. Czytelnik pozostaje w w przykrym zawieszeniu, wciąż „mieląc” w umyśle zasłyszane historie…
Każda z historii opowiedziana przez Knuta to historia zwykłego człowieka. Autorka pokazała w nich jednak całe spektrum tego, co niesie ze sobą życie; trudne relacje z najbliższymi, zbiegi okoliczności, na które nie mamy wpływu, próby wyłamywania się z narzuconych schematów – llub odwrotnie – wpadanie w nie. Historie są znakomicie skonstruowane, a portrety głównych bohaterów w sposób niezwykle dojrzały i mądry pogłębione psychologicznie. Słychać w nich jednak przede wszystkim złośliwy chichot ślepego losu.  Upodabnia to trochę tę książkę do powieści Kundery.
 Jest też oczywiście rozpaczliwe poszukiwanie obecności drugiego człowieka – skumulowane w najlepszym moim zdaniem w całym zbiorze opowiadaniu „Paulina Witt”.

Wspaniała, do bólu prawdziwa, mądra książka. Zostanie we mnie na zawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz