czwartek, 20 sierpnia 2015

Wioletta Grzegorzewska "Guguły"

Lubię takie książki, które, mimo niewielkich rozmiarów, trzeba czytać nieśpiesznie, bo inaczej się nie da. Lubię też taką „migawkową” prozę, takie luźno porozrzucane obrazki prozatorskie, których nie trzeba układać. I taka jest właśnie ta książka. Autorka w kilkudziesięciu króciutkich miniaturkach opowiada o swoimdzieciństwie w peerelowskiej wsi. Nie trzeba czytać tych opowiadań po kolei, nie trzeba wyszukiwać puent. Puentuje je samo życie. I choć w tych tekstach stare walczy z nowym na wsi, autorka znakomicie oddała klimat i sposób myślenia ludzi tamtych granicznych czasów. Dodatkowo opowiadania są bardzo sensualne: wszystko tu przede wszystkim pachnie. Ale i widać tę wiejską rzeczywistość, i słychać. Autorka w ogóle bazuje na zmysłach, dzieląc się z nami tą swoją rzeczywistością zapamiętaną z dzieciństwa. Bazuje na czymś najbardziej elementarnym, nie ma tu przecież żadnych przeintelektualizowanych wywodów. Są zmysły, słychać… czuć…

Ładna proza, świeża, pełna soczystych metafor, momentami poetycka.  Lubię takie „fragmentaryzowanie” świata, lubię książki, których treść się odczuwa, a nie analizuje. Dobra proza.

sobota, 8 sierpnia 2015

Anna Janko "Mała zagłada"

Najpierw dwa słowa o tym, jak dotarłam do tej książki. Przede wszystkim powinnam napisać, że staram się omijać wojenne tematy i opracowania. Mam do tego prawo. Kropka. I chociaż wiedziałam, że taka książka wyszła, miałam ochotę i ją ominąć szerokim łukiem. Byłam jednak na spotkaniu z autorką, a to co mówiła o „rozpaczy genów”, było dla mnie tak wielkim zaskoczeniem i wywołało takie poruszenie, że postanowiłam zmierzyć się z tym tytułem. I powiem tak: nie mogłam doczekać się, kiedy skończę tę książkę, kiedy ją z siebie zrzucę jak jakieś jarzmo, żeby ponownie wrócić do swojego domowego ciepełka, którego przecież nikt na razie nie burzy. Nie wiedziałam, gdzie tę książkę czytać… Tak gdzie zawsze? Przy jedzeniu – czytając o głodzie wojennych dzieci? W autobusie? Słysząc radosne szczebiotanie córeczki? No kurde, gdzie czytać o tak strasznych sprawach, o męczeństwie dzieci, o traumatycznym dzieciństwie…  Jak o nich czytać? Szybko – byle zepchnąć czy wolno – pętając się w ponurych przemyśleniach? Do ostatniej strony nie wiedziałam, JAK tę książkę czytać, ale wiedziałam, że przeczytać ją do końca trzeba. To jeden z najbardziej wstrząsających głosów o wojnie, z jakim się spotkałam. Trzeba tę historię poznać - to nasz obowiązek wręcz – z ogólnoludzkiego punktu widzenia. Bo to nie tylko historia o zagładzie wsi Sochy, pisana z perspektywy córki, której matka przeżyła apokalipsę, ale głos, który próbuje  pojąć zmysłami mechanizmy wojny. To wreszcie głos, który uświadamia wiele o nas samych, właśnie te fragmenty dotyczące przenoszenia w genach traumatycznych wydarzeń mamy obowiązek wręcz odnieść do nas samych.
Już sama okładka robi nieprawdopodobne wrażenie – jeśli mówi się, że jedno spojrzenie potrafi powiedzieć więcej niż tysiąc słów, to tu można to świetnie odnieść do okładkowej fotografii – zdjęcia ocalałego rodzeństwa, które kilka miesięcy wcześniej przeżyło pacyfikację wsi i widziało śmierć własnych rodziców. I rozpad świata – dziecięcej rzeczywistości. Wiecie, że musiałam obłożyć tę książkę, bo nie mogłam każdorazowo patrzeć bez emocji na te twarze?

W tym emocjonalnym świadectwie autorka uświadamia nam, że pokój  jest tylko czasem między wojnami. Nie pozwala nam na spokojną lekturę, każe ten spychany do podświadomości fakt rozdrapać, przemyśleć i przefiltrować. Wnioski są wstrząsające.  

niedziela, 2 sierpnia 2015

Gabrielle Zevin "Między książkami"

Pamiętacie „Przyślę panu list i klucz…” Pruszkowskiej? Można nieśmiało powiedzieć, że „Między książkami” to taki zachodni odpowiednik tej znakomitej bibliofilskiej polskiej powieści. Bohaterowie faktycznie i dosłownie żyją bowiem między książkami, choć w nieco inny niż u Pruszkowskiej sposób. Główny bohater, zrozpaczony po śmierci żony Ajay, prowadzi na wyspie księgarnię. Pewnego dnia ktoś podrzuca mu do księgarni dwulatkę Maję z listem od matki i życzeniem, by dziecko żyło w środowisku książek. Mimo odpychającej osobowości (spowodowanej smutnym doświadczeniem utraty najbliższej osoby), mężczyzna adoptuje dziecko. Jego obecność w księgarni rewolucjonizuje podejście mieszkańców wyspy i do tego miejsca, i do czytania. Ale to nie wszystko. Jeszcze zanim Maja zostaje podrzucona do księgarni, jesteśmy świadkami pierwszego, niefortunnego spotkania przedstawicielki małego wydawnictwa, Amelii, z właścicielem księgarni. Ich losy skrzyżują się kilka lat później, a ich finał będzie wyciskał łzy z oczu. Dosłownie – przynajmniej u mnie tak było. Jednym słowem chociaż fabuła wydaje się bardzo filmowa i  „amerykańska” i BARDZO mało prawdopodobna życiowo, to jednak książka mówi w prosty i ujmujący sposób o tym, co jest najważniejsze w życiu. I nie chodzi tu bynajmniej o książki, choć to nimi właśnie żyją bohaterowie – każdy na swój sposób. Schorowany Ajay wypowie tę prawdę tuż przed śmiercią…
Bardzo podoba mi się perspektywa opisu. Zaczynamy relacją z pierwszego przyjazdu Amelii do księgarni – co sugeruje, że to właśnie ona jest główną bohaterką i na opisie jej losów skoncentruje się fabuła. Potem jednak długo pozostajemy w księgarni Ajaya, a życie Amelii zupełnie gdzieś umyka. Pojawiają się także po drodze drugoplanowe postaci, których losy również są poprzecinane w ten sposób, że nie do końca wiemy, na ile mamy się do nich przywiązać. Podoba mi się ten sposób prowadzenia fabuły. Poza tą małą kompozycyjną komplikacją książka jest jednak pisana prostym, ujmująco łatwym językiem; czyta się ją lekko i z przyjemnością. I choć również finał jest iście filmowy, swoiste zapętlenie historii (której wam nie zdradzę, bo szkoda odbierać przyjemności z lektury) jest równie ujmujące…
Oczywiście motyw książki występuje tu wszechobecnie, wraz z ciągłym odwoływaniem do konkretnych tytułów. Widzimy nie tylko otoczenie księgarni, ale jesteśmy świadkiem tego, jak kształtuje się miłość do książki u małego dziecka.  Aha! I warto zwrócić uwagę, że każdy rozdział zaczyna się „notatkami” właściciela księgarni na temat przeczytanych przez niego książek. Ciężko o jakiś punkt odniesienia do nich, bo są to w większości opowiadania, które nie zostały przetłumaczone nawet na język polski, ale początkowo niezrozumiałe notatki po jakimś czasie wydają się ważnym głosem o tym, jak zmienia się podejście do czytanych lektur wraz ze zmianami w życiu.

Jednym słowem serdecznie i z całego bibliofilskiego serca polecam tę uroczą książeczkę. Na wakacyjny odpoczynek jak znalazł!!!