niedziela, 2 sierpnia 2015

Gabrielle Zevin "Między książkami"

Pamiętacie „Przyślę panu list i klucz…” Pruszkowskiej? Można nieśmiało powiedzieć, że „Między książkami” to taki zachodni odpowiednik tej znakomitej bibliofilskiej polskiej powieści. Bohaterowie faktycznie i dosłownie żyją bowiem między książkami, choć w nieco inny niż u Pruszkowskiej sposób. Główny bohater, zrozpaczony po śmierci żony Ajay, prowadzi na wyspie księgarnię. Pewnego dnia ktoś podrzuca mu do księgarni dwulatkę Maję z listem od matki i życzeniem, by dziecko żyło w środowisku książek. Mimo odpychającej osobowości (spowodowanej smutnym doświadczeniem utraty najbliższej osoby), mężczyzna adoptuje dziecko. Jego obecność w księgarni rewolucjonizuje podejście mieszkańców wyspy i do tego miejsca, i do czytania. Ale to nie wszystko. Jeszcze zanim Maja zostaje podrzucona do księgarni, jesteśmy świadkami pierwszego, niefortunnego spotkania przedstawicielki małego wydawnictwa, Amelii, z właścicielem księgarni. Ich losy skrzyżują się kilka lat później, a ich finał będzie wyciskał łzy z oczu. Dosłownie – przynajmniej u mnie tak było. Jednym słowem chociaż fabuła wydaje się bardzo filmowa i  „amerykańska” i BARDZO mało prawdopodobna życiowo, to jednak książka mówi w prosty i ujmujący sposób o tym, co jest najważniejsze w życiu. I nie chodzi tu bynajmniej o książki, choć to nimi właśnie żyją bohaterowie – każdy na swój sposób. Schorowany Ajay wypowie tę prawdę tuż przed śmiercią…
Bardzo podoba mi się perspektywa opisu. Zaczynamy relacją z pierwszego przyjazdu Amelii do księgarni – co sugeruje, że to właśnie ona jest główną bohaterką i na opisie jej losów skoncentruje się fabuła. Potem jednak długo pozostajemy w księgarni Ajaya, a życie Amelii zupełnie gdzieś umyka. Pojawiają się także po drodze drugoplanowe postaci, których losy również są poprzecinane w ten sposób, że nie do końca wiemy, na ile mamy się do nich przywiązać. Podoba mi się ten sposób prowadzenia fabuły. Poza tą małą kompozycyjną komplikacją książka jest jednak pisana prostym, ujmująco łatwym językiem; czyta się ją lekko i z przyjemnością. I choć również finał jest iście filmowy, swoiste zapętlenie historii (której wam nie zdradzę, bo szkoda odbierać przyjemności z lektury) jest równie ujmujące…
Oczywiście motyw książki występuje tu wszechobecnie, wraz z ciągłym odwoływaniem do konkretnych tytułów. Widzimy nie tylko otoczenie księgarni, ale jesteśmy świadkiem tego, jak kształtuje się miłość do książki u małego dziecka.  Aha! I warto zwrócić uwagę, że każdy rozdział zaczyna się „notatkami” właściciela księgarni na temat przeczytanych przez niego książek. Ciężko o jakiś punkt odniesienia do nich, bo są to w większości opowiadania, które nie zostały przetłumaczone nawet na język polski, ale początkowo niezrozumiałe notatki po jakimś czasie wydają się ważnym głosem o tym, jak zmienia się podejście do czytanych lektur wraz ze zmianami w życiu.

Jednym słowem serdecznie i z całego bibliofilskiego serca polecam tę uroczą książeczkę. Na wakacyjny odpoczynek jak znalazł!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz