czwartek, 20 sierpnia 2015

Wioletta Grzegorzewska "Guguły"

Lubię takie książki, które, mimo niewielkich rozmiarów, trzeba czytać nieśpiesznie, bo inaczej się nie da. Lubię też taką „migawkową” prozę, takie luźno porozrzucane obrazki prozatorskie, których nie trzeba układać. I taka jest właśnie ta książka. Autorka w kilkudziesięciu króciutkich miniaturkach opowiada o swoimdzieciństwie w peerelowskiej wsi. Nie trzeba czytać tych opowiadań po kolei, nie trzeba wyszukiwać puent. Puentuje je samo życie. I choć w tych tekstach stare walczy z nowym na wsi, autorka znakomicie oddała klimat i sposób myślenia ludzi tamtych granicznych czasów. Dodatkowo opowiadania są bardzo sensualne: wszystko tu przede wszystkim pachnie. Ale i widać tę wiejską rzeczywistość, i słychać. Autorka w ogóle bazuje na zmysłach, dzieląc się z nami tą swoją rzeczywistością zapamiętaną z dzieciństwa. Bazuje na czymś najbardziej elementarnym, nie ma tu przecież żadnych przeintelektualizowanych wywodów. Są zmysły, słychać… czuć…

Ładna proza, świeża, pełna soczystych metafor, momentami poetycka.  Lubię takie „fragmentaryzowanie” świata, lubię książki, których treść się odczuwa, a nie analizuje. Dobra proza.

2 komentarze:

  1. To jest proza, którą się smakuje... Zawsze wtedy przypominają mi się "Niewidzialne miasta" Calvino, cudowna książka, magiczna, wprost utkana ze słów. Cieszę się, że polscy pisarze też czasami zatrzymują się nad słowem :)

    OdpowiedzUsuń
  2. och, zdecydowanie, niejeden, tylko tych wartościowych rzeczy trzeba szukać - same nie przyjdą, nie wyreklamują się, nie zajmą środkowych półek w empiku. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń