środa, 16 września 2015

Andrzej Stasiuk "Jadąc do Babadag"

Przygodę z pisarstwem Stasiuka zaczęłam troszeczkę od końca. Najpierw przeczytałam znakomitą rozmowę z pisarzem Życie to jednak strata jest, pozostając po lekturze w stanie permanentnej fascynacji jego światopoglądem i nim samym. Teraz wzięłam Jadąc do Babadag i kompletnie… zdębiałam. NIKT nigdy TAK nie pisał o przestrzeni, nikt nigdy TAK nie diagnozował otaczającej nas rzeczywistości. Nie byłam w stanie wyjść z podziwu, że można TAK tę rzeczywistość postrzegać. W swojej czytelniczej karierze przeczytałam kilka książek, które mówią co nieco o byłych krajach ZSRR, o tym jak się ma kondycja homo sapiens za wschodnią granicą. Bywało różnie, ale Stasiuk zrobił coś, czego nikt przed nim TAK nie wyłożył. Jego refleksje dotyczące czasoprzestrzeni są niebywałe, niezwykle mądre i kompletnie niespotykane. Nie opisuje miejsc, o których przeczytamy w innych książkach, których autorzy wypuścili się na wschód. Stasiuk opisuje uniwersalną przestrzeń, która nie zmienia się od zarania świata. Opisuje ludzi, którzy byli, są i będą kroplami w morzu ludzkich istnień. To jest NIESAMOWITE!!!  Niebywała mądrość, jedyny w swoim rodzaju system wartości, specyficzny, cholernie inny od wszystkiego i wszystkich odbiór rzeczywistości. Znakomita, po prostu znakomita książka!
Czytałam ją nieśpiesznie, codziennie w autobusie do i z pracy. Najlepsze miejsce na lekturę. Na TĘ lekturę. Momentami się gubiłam, momentami nie wiedziałam, o jakim kraju lub regionie jest akurat mowa, momentami przysypiałam, a momentami łapałam się na tym, że podczas lektury dryfuję myślami zupełnie gdzie indziej, a przestrzeń za szybą autobusu i w samej książce sunie gdzieś spokojnie poza mną. Ale i może tak powinno się czytać tę książkę. W autobusie właśnie, powoli, z dystansem. Spędziłam z nią w tym autobusie przynajmniej  trzy tygodnie (niestety do pracy mam blisko - starczy czasu na kilka stron), ale to były niezwykłe trzy tygodnie. Dodatkowo trafiłam na egzemplarz biblioteczny, w którym… jakaś dyskretna ręka konsekwentnie stawiała przy najlepszych zdaniach i fragmentach ledwie widoczną kropkę, a w tych mocniejszych fragmentach pisała delikatnie wymowne sic. Osóbka ta oznaczyła WSZYSTKIE  fragmenty, które chciałam sobie potem wynotować. Podążałam więc w tej książce podwójnie –po pierwsze za umysłem autora, po drugie za fascynacją anonimowego czytelnika, który zapuścił się w tę przestrzeń przede mną.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz