niedziela, 11 października 2015

Maryla Szymiczkowa "Tajemnica Domu Helclów"

Zaiste – tak jak na okładce rekomenduje Michał Rusinek – pyszna lektura. Wyborna. Mój ulubiony pisarz w zupełnie nowej – i to dosłownie – odsłonie. „Tajemnica Domu Helclów” to kapitalny literacki żart, znakomity pastisz rodzimej literatury i rodzimych ułomności. A przy tym skrojony z niebywałym humorem i literacką swadą. Nie mogłam się od klimatu tej książki oderwać. Od klimatu właśnie – bo sama intryga kryminalna do samego końca nie rokowała pozytywnego rozstrzygnięcia. Cała wartość tej książki nie w intrydze bowiem, a w osobie głównej bohaterki skupiła się jak w soczewce. Z Zofią Szczupaczyńską miałam zresztą pewien problem. Na pierwszych stronach jawi nam się jako siostra bliźniaczka Pani Dulskiej – a tym samym nie wzbudza sympatii – jedynie wrażenie dobrze znanej nam już z literatury osóbki. Potem jednak wrażenie to rozmywa się gdzieś, a profesorowa coraz bardziej przypomina nieszczęsną panią Bovary. Już nie Dulska – ale prawdziwie nieszczęśliwa kobieta, dusząca się w swoim mieszczańskim świecie, w dodatku skrzywdzona przez los. Autorzy książki tak symbolicznie zarysowują wątek braku potomstwa, ale wiadomo przecież, że kryje się za tym prawdziwe, coraz mniej literackie, nieszczęście. Zaraz potem jednak następuje kolejna odsłona postaci – która wydobywa z siebie niebywały, nienaturalny wręcz (wyczuwam w tej konstrukcji w związku z tym nagłym i niebywałym wydobyciem jakieś maleńkie pęknięcie – szczelinkę zaledwie, ale jednak) talent detektywistyczny, a także zdolność do psychologicznej manipulacji. Tak czy siak, z przymrużeniem oka czy bez, z pęknięciem czy bez – autorom udało się stworzyć wspaniałą niejednoznaczną kreację, postać, w towarzystwie której czytelnik chciałby pozostać jak najdłużej.
Wspaniale zarysowana jest także postać Ignacego. Te wszystkie sceny domowe, ten zapis relacji między tak naprawdę kochającymi się małżonkami, sprawiały prawdziwą czytelniczą frajdę. Wiem, wiem, nie można tego wszystkiego traktować tak bardzo dosłownie, autorzy puszczają do czytelnika perskie oko tu i ówdzie, ale cóż zrobić, kiedy przy okazji wyszły im postaci wcale nie papierowe, wcale nie karykaturalne, wcale nie literackie, a momentami bardzo do bólu życiowe…

Oczywiście kolejną wartością tej książki jest znakomite odtworzenie atmosfery Krakowa z końca wieku; z mikroskopijnymi szczegółami, z topografią i – przede wszystkim – ze światopoglądem ówczesnego mieszczaństwa. No i humor. Wszechobecny i na różnych poziomach wtajemniczenia. Czyta się tę książkę naprawdę znakomicie. Mam nadzieje, że autorzy powrócą raz jeszcze do Zofii Szczupaczyńskiej, skoro już udało im się tak znakomicie „wyprowadzić” tę postać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz