sobota, 26 grudnia 2015

L. Frank Baum "Czarnoksiężki z Krainy Oz"

Chciałam poczytać przez święta coś bajkowego i dziecięcego. Już od dawna patrzyłam w kierunku stojącego na półce Oli „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”, teraz więc trafiła się okazja, aby w świątecznym czasie bez wyrzutów sumienia i nieśpiesznie wyruszyć w podróż razem z Dorotką i jej przyjaciółmi.
Ciężko jest pisać o książce, która lepiej lub gorzej, ale jednak funkcjonuje w świadomości większości czytelników. Filmy, adaptacje, bajki… Tylko że może właśnie dlatego ciężko jest wykreować sobie własny Szmaragdowy Gród i własną żółtą drużkę. Udało mi się to o tyle, że nie przypominam sobie żadnej adaptacji filmowej, która zakłóciłaby działanie mojej wyobraźni w trakcie lektury. A książka Bauma to właśnie taka książka – trzeba wyobrazić ją sobie samemu, bez multimedialnych pomocników...
Zachwyciła  mnie głównie gra kolorów. I Szmaragdowy Gród, i Kraina Porcelany, i te przedziwne postaci z latającymi małpami na czele… Ktoś mi jednak pomógł w tej wędrówce… To Robert Ingpen, który zilustrował czytane przeze mnie wydanie. Uwielbiam  serię Buchmana z ilustracjami Ingpena; to od niej zaczęła się moja fascynacja Alicją w Krainie Czarów. Powieść Bauma zilustrowana jest równie pięknie. Szczególnie robią wrażenie ilustracje całostronicowe. Najbardziej zachwyciła mnie smutna przemiana drwala… 
Czytając to wydanie z ilustracjami Ingpena, otrzymuje się dodatkową estetyczną ucztę. Polecam serdecznie to konkretne wydanie. A i sama podróż z Dorotką i jej przyjaciółmi była znakomitym pomysłem na święta. Tę wędrówkę można tak różnie i na tylu poziomach odczytywać… Właśnie takich wędrówek w literaturze szukam…

Reprodukcje pochodzą ze strony: http://www.ambelucja.pl/Czarnoksieznik-z-Krainy-Oz/2724/

wtorek, 8 grudnia 2015

Andrzej Maleszka "Magiczne drzewo. Świat ogromnych"

Po kolejny tom Magicznego drzewa sięgnęłam, zacierając ręce z radości i ciekawości. Nie ma drugiej takiej serii dla młodzieży, której akcja działaby się tak błyskawicznie, a zwroty akcji byłyby takie fascynujące. Jest to bez wątpienia jedna z najlepszych (jeśli nie najlepsza) serii dla młodszej młodzieży. W „Świecie ogromnych” następuje jednak mała zmiana. Owszem, dzieje się w niej dużo – jak na książkę przygodową – ale mało jak na samego Maleszkę. Autor położył tym razem akcent na opis świata olbrzymów, na scharakteryzowanie go dokładnie i wyczerpująco. Fascynujące są szczególnie te opisy, które skupiają się na „proporcjach”. Przez to tajemnicza planeta olbrzymów jest jeszcze atrakcyjniejsza.  To oczywiście nie jest żaden minus tej części – jak pisałam, dzieje się w niej nadal bardzo wiele, powiedziałabym jednak, że pojawiła się z tą częścią jakaś nowa jakość.
Fascynuje mnie u Maleszki dobór motywów; czerpie  garściami z najlepszych tradycji literatury dziecięcej, ale jednocześnie nie jest to odtwórcze – to autonomiczne światy, przedmioty, sytuacje, choć gdzieś już w jakichś konfiguracjach dawno wystąpiły. A dobór ich jest wyborny: zmiany proporcji – echa Krainy Czarów, świat olbrzymich – echa przygód Guliwera. Dodałabym do tego zacnego grona jeszcze przygody Pożyczalskich. Maleszka czerpie pełnymi garściami z najlepszej tradycji – identyfikowanie jej to kolejna czytelnicza frajda.
Ta część serii ma jednak jeszcze dodatkowo jakiś niepowtarzalny klimat, przebija z niej jakiś niewyczuwalny do tej pory smutek – ten dziwny świat olbrzymów z Gustawem i Bertą na czele – bezdzietnym małżeństwem, które przygarnęło dwoje „małych” ludzików. Ta bezwarunkowa miłość i akceptacja Berty do swoich podopiecznych… To poczucie niedopasowania do rzeczywistości Alika. I wreszcie cierpienie matki – pani Szulc, która straciła swoje dziecko. Na szczęście wszystko  kończy się dobrze, ale książka pozostawia jakiś niepokój… A ostatni akapit zapowiada kłopoty w świecie Kukiego i Gabi. Chciałabym... życzyłabym sobie, żeby ta seria poszła w tym właśnie kierunku, tym bardziej że przez to kompletnie nie traci na atrakcyjności fabuły.

W ogóle marzę o tym, żeby spotkać kiedyś Maleszkę na targach. Żeby zapytać go, jak on to robi? Jak mu się to udaje, że akcja z takimi niespodziewanymi zwrotami zawsze dobiega do szczęśliwego końca? Jaki jest jego sposób pracy nad tymi książkami? Czy ma w głowie od razu zarys całości, czy tworzy tę akcję w trakcie pisania. A może ktoś już to wie?

środa, 2 grudnia 2015

Sylwia Chutnik "Jolanta"

No i nie wiem, od czego zacząć. Może od tego, że ostatnia książka Sylwii Chutnik to literacki majstersztyk. Powieść wybitna. Dawno nie czytałam nic tak znakomitego literacko i głowę sobie dam uciąć, że długo nie trafię na podobną książkę.
Ta niezwykle przemyślana (także formalnie) historia to opowieść o dziewczynie, której dzieciństwo i młodość przypadły na lata głębokiego PRL-u, a potem na czasy zmian ustrojowych. Jolanta żyje w toksycznym środowisku warszawskiej dzielnicy Żerań. Robotnicza dzielnica, brud i patologia blokowiska... Do tego porzucona przez męża, nadużywająca alkoholu matka… Początkowa opowieść o życiu w peerelowskiej Polsce szybko przekształca się w dramatyczne studium porzuconego przez ojca dojrzewającego dziecka, a potem w jeszcze bardziej szokujące w swym wymiarze studium depresji poporodowej, niezgody na świat, na siebie i ludzi wokoło. Sylwia Chutnik pisze o tym wszystkim z tak nieprawdopodobną znajomością rzeczy, że aż ciśnie się na usta pytanie, kim naprawdę jest Jolanta? Momentami wydaje się, że to ktoś, kogo dobrze znamy, kto mieszka za ścianą albo w bloku obok. W tę postać tak bardzo się wierzy… Psychologiczne bogactwo tej książki poraża. Uszczypliwa, typowa dla autorki ocena rzeczywistości zadziwia ze strony na stronę. Swoisty język, sposób narracji, cięta riposta, powracająca jak lejtmotyw postać archetypicznego niemalże, upiornego dozorcy, grzebanie w podświadomości głównej bohaterki – to wszystko składa się na powieść wybitną, w której każde zdanie tnie rzeczywistość jak nożem, w której każde zdanie jest przemyślane, do bólu wycyzelowane, brutalne…

Nie umiem pisać o tej książce bez emocji, choć sama historia nieszczęśliwej dziewczyny złamanej przez życie i transformacje ustroju, w którym przyszło jej żyć, pojawia się często i w wielu wariantach. Motyw depresji poporodowej też. Tutaj rozchodzi się jednak o sposób podania. O bolesną wiwisekcję tamtych czasów. O brud i smród warszawskich blokowisk, o to, w jaki sposób to wszystko zostało zmiksowane i podane. Oczywiście w czasie lektury nachodziły mnie myśli, że to jednak bardzo jednostronna ocena rzeczywistości. Nieobiektywna.  Nachodził też strach o to, by nie dać się porwać takiemu „widzeniu”. W tym strachu i napięciu płynęłam przez tę książkę jak Jolanta płynęła w stronę morza, bez możliwości przerwy, przystanku, bez możliwości powiedzenia: nie, dziękuję, nie chcę. Ta książka mnie SPARALIŻOWAŁA.