środa, 2 grudnia 2015

Sylwia Chutnik "Jolanta"

No i nie wiem, od czego zacząć. Może od tego, że ostatnia książka Sylwii Chutnik to literacki majstersztyk. Powieść wybitna. Dawno nie czytałam nic tak znakomitego literacko i głowę sobie dam uciąć, że długo nie trafię na podobną książkę.
Ta niezwykle przemyślana (także formalnie) historia to opowieść o dziewczynie, której dzieciństwo i młodość przypadły na lata głębokiego PRL-u, a potem na czasy zmian ustrojowych. Jolanta żyje w toksycznym środowisku warszawskiej dzielnicy Żerań. Robotnicza dzielnica, brud i patologia blokowiska... Do tego porzucona przez męża, nadużywająca alkoholu matka… Początkowa opowieść o życiu w peerelowskiej Polsce szybko przekształca się w dramatyczne studium porzuconego przez ojca dojrzewającego dziecka, a potem w jeszcze bardziej szokujące w swym wymiarze studium depresji poporodowej, niezgody na świat, na siebie i ludzi wokoło. Sylwia Chutnik pisze o tym wszystkim z tak nieprawdopodobną znajomością rzeczy, że aż ciśnie się na usta pytanie, kim naprawdę jest Jolanta? Momentami wydaje się, że to ktoś, kogo dobrze znamy, kto mieszka za ścianą albo w bloku obok. W tę postać tak bardzo się wierzy… Psychologiczne bogactwo tej książki poraża. Uszczypliwa, typowa dla autorki ocena rzeczywistości zadziwia ze strony na stronę. Swoisty język, sposób narracji, cięta riposta, powracająca jak lejtmotyw postać archetypicznego niemalże, upiornego dozorcy, grzebanie w podświadomości głównej bohaterki – to wszystko składa się na powieść wybitną, w której każde zdanie tnie rzeczywistość jak nożem, w której każde zdanie jest przemyślane, do bólu wycyzelowane, brutalne…

Nie umiem pisać o tej książce bez emocji, choć sama historia nieszczęśliwej dziewczyny złamanej przez życie i transformacje ustroju, w którym przyszło jej żyć, pojawia się często i w wielu wariantach. Motyw depresji poporodowej też. Tutaj rozchodzi się jednak o sposób podania. O bolesną wiwisekcję tamtych czasów. O brud i smród warszawskich blokowisk, o to, w jaki sposób to wszystko zostało zmiksowane i podane. Oczywiście w czasie lektury nachodziły mnie myśli, że to jednak bardzo jednostronna ocena rzeczywistości. Nieobiektywna.  Nachodził też strach o to, by nie dać się porwać takiemu „widzeniu”. W tym strachu i napięciu płynęłam przez tę książkę jak Jolanta płynęła w stronę morza, bez możliwości przerwy, przystanku, bez możliwości powiedzenia: nie, dziękuję, nie chcę. Ta książka mnie SPARALIŻOWAŁA.

2 komentarze:

  1. Cieszę się, że "Jolanta" jest tak dobrze przyjmowana, bo właśnie niedawno wypożyczyłam ją z biblioteki i będę poznawać tę historię. Liczę na to, że i mnie sparaliżuje w pozytywnym sensie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj nie wiem, czy można mówić o pozytywnym sensie myśląc o jej fabule, ale literacko na pewno! Wybornej lektury!

    OdpowiedzUsuń