sobota, 16 stycznia 2016

Koziołek Matołek wciąż powraca!



Lubię takie niespodzianki w księgarni. Lubię też, kiedy wydawcy literatury dziecięcej idą po rozum do głowy i mądrze inwestują w klasykę. Oficyna Wydawnicza Poznań wydała serię książeczek z fragmentami przygód Koziołka Matołka dla najmłodszych. Oczywiście o Koziołku nikt nigdy nie zapomniał, jego przygody są ciągle wznawiane, ostatnio, w ramach 80. urodzin wypuszczono nawet malowanki. Pomysł twardo kartkowych parawaników przypadł mi jednak szczególnie do gustu ze względu na podwójną ich funkcję (zabawy i czytania), a ich widok ucieszył w równym stopniu jak wtedy, gdy wydano w ten sposób "Lokomotywę" Tuwima z ilustracjami Szancera. Na fotografiach wydania z mojego dzieciństwa (już trochę pożółkłe) i parawanik Oli:-). I znów piękny łącznik "między dawnymi a nowymi czasy" :-)

niedziela, 10 stycznia 2016

Weronika Kostecka "Tajemnica księgi. Tropami współczesnej fantastyki dla dzieci i młodzieży"

Opracowanie Weroniki Kosteckiej to bez wątpienia gratka dla miłośników „książek o książkach”. Autorka analizuje bowiem motyw księgi w literaturze dla dzieci i młodzieży. Pojawiają się więc na kartach tej książki ukochane przez wielu z nas tytuły: Przepowidenia Dżokera Gaardera, Miasto śniących książek Moersa, Kroniki Spiderwick, Nie kończąca się opowieść, Córka czarownic Terakowskiej i in. Autorka cały czas obraca się wokół tych reprezentacyjnych dla motywu księgi tytułów. Wielką wartością opracowanie jest jednak to, że pokazuje te „literackie” księgi na tle bardzo szerokich kontekstów literackich i historycznych. Bardzo dużo tu odwołań do sztandarowych autorów, którzy o zjawisku książki (różnorodnie zresztą) pisali: Manquela, Pennaca, Parandowskiego, Eco, Gołębiowskiego, Tomkowskiego. Dużo miejsca poświęca autorka refleksji nad nowymi mediami.  Autorka zastanawia się nawet, co by było, gdyby Bastian czytał niekończącą się nie kończącą się opowieść z czytnika…  W kontekście nadejścia ery elektronicznej bardzo wartościowe są refleksje nad serią Felix, Net i Nika Kosika. Wspaniały jest także rozdział, w którym autorka analizuje relacje między pisarzem i autorem książki, i próbuje odpowiedzieć na pytanie, kto naprawdę jest twórcą dzieła. Choć opracowanie jest naukowe, napisane jest jednocześnie w sposób klarowny i zrozumiały – dlatego z powodzeniem może być kierowane do różnych grup czytelniczych. Jednocześnie mimo naukowego obiektywizmu gdzieś podskórnie czytelnik czuje, że autorka jest pasjonatką „książek o książkach”. I przede wszystkim usilnie wierzy, że papierowa książka nie zniknie! Mało tego, w kontekście analizowanych w opracowaniu tekstów, podaje bardzo przekonujący argument, taki… krzepiący! Przeczytajcie ostatni akapit:
Być może wraz z upływem czasu status książki znacznie zbliży się do statusu typowych baśniowych rekwizytów. Wbrew pozorom taki proces nie byłby chyba procesem negatywnym; już teraz księga przedstawiana w kategoriach magii i cudowności okazuje się najbardziej godnym zaufania „skarbcem” i środkiem przekazywania wiedzy, mądrości i prawdy. Jeżeli więc zostanie utrwalona jako przedmiot magiczny, element świata fantastycznego czy wręcz baśniowego, i jako taka – konotując wartości, o jakich była tu mowa – pozostanie w ludzkiej świadomości, „cywilizacja książki” trwać będzie nadal.


środa, 6 stycznia 2016

Jacek Dehnel "Dziennik roku chrystusowego"

Ucieszyłam się z wydania tego dziennika, bo nie ukrywam, że postać Dehnela mnie – mówiąc kolokwialnie „po całości” – fascynuje. Nie tylko bogata i różnorodna twórczość, ale i sama osoba tego skromnego i zawsze kurtuazyjnego młodego człowieka, trochę niepasującego do naszych czasów, jego sposób bycia i to wszystko czym (i kim) się otacza. Dlatego właśnie dziennik ucieszył mnie szczególnie – dał możliwość głębszego poznania ulubionego autora. Tak naprawdę Dehnel pozwala się jednak poznać i przez inne „media” – i to bardzo dosłownie media; wystarczy śledzić jego aktywność na facebooku, jego (ostatnio widoczną) obecność w kolorowej prasie, żeby wyrobić sobie złudne zapewne przekonanie, że wie się o tym człowieku bardzo dużo. Dziennik z całą pewnością był jednak kropką nad  przysłowiowym i. Pytanie tylko, czy pisząc go, to właśnie chciał osiągnąć? Czy chciał dać się jeszcze lepiej poznać? Wszak dopuścił czytelnika do wielu aspektów prywatnego życia, ba!, wpuścił niemalże do alkowy! Przepraszam za szczerość, ale to trochę jak literacki reality show z Jackiem Dehnelem w roli głównej! W końcu to szczegółowy opis całego roku – od spotkań literackich i podróży, do menu na niedzielne śniadanie. Ci, którzy mogli czuć niedosyt brakiem ilustracji i fotografii – pomóc mógł szybko Internet, gdzie szokująco łatwo można było wygooglać wnętrze domu Dehnela, jego czerwony pokój czy nową kuchnię, której remont pochłonął dużą część dziennika. Jako wielbicielka – autentyczna wielbicielka tego człowieka i jego twórczości – powinnam być mu za ten „Dziennik…”  wdzięczna, ale mimo to zastanawiałam się BARDZO poważnie w czasie lektury (dodatkowo mocno rozciągniętej w czasie, praktykowanej niejako „pomiędzy” – choć niewykluczone, że tak właśnie należy ten dziennik czytać), czy gdzieś tu jakaś granica nie została przekroczona. Czy ktoś się aby nie zapędził, czy nie za bardzo aby wywrócił na drugą stronę, nie odkrył za bardzo? A z drugiej strony – ile w tym dzienniku prawdziwego „codziennego” Dehnela, a ile autokreacji? Ile rzeczy przemilczanych i zepchniętych? I czy pisząc ten dziennik, miał na myśli jakąkolwiek autokreację? Dlaczego odnoszę wrażenie, że trochę jednak tym swoim przelewanym na papier życiem pożonglował? I jaką wartość będzie miało to wydawnictwo za kilkadziesiąt lat, oprócz oczywiście poważnego przyczynku do biografii Dehnela? Bo że do historii literatury polskiej przejdzie – chyba nikt wątpliwości nie ma. On też nie ma, jestem pewna, że nie ma – dlatego po co retoryczne, a kilka razy przywoływane pytanie, po co to pisanie? Wyczułam jakiś maleńki fałsz. Malenieńki. Oczywiście dziennik pełen jest – obok zapisków codzienności – wartych poznania przemyśleń na tematy i bieżące, i ostateczne. Niektóre opinie mogą szokować, co do niektórych nawet ja – udawałam, że „nie widziałam, nie słyszałam, nie czytałam”, albo starałam się szybko zapomnieć, żeby nie zmienić stosunku do tego wspaniałego człowieka.  Tylko ta patologiczna szczerość w relacjach związanych ze spotkaniami autorskimi, spotkaniami z innymi ludźmi, czytelnikami… jakaś taka ironia w podejściu do tego pisarskiego żywota, a tym samym odbiorców – nie wiem, czy mu to pomoże, czy nie  spowoduje poważnej weryfikacji w postrzeganiu tego – powtórzę – kurtuazyjnego, skromnego i miłego człowieka… I jeszcze coś! Dużo miejsca poświęca Dehnel swoim podróżom – w tym do Indii. Ha! I tutaj odkrycie! Tajemnica Poliszynela! Wcale nie trzeba sięgać po bogato ilustrowane pamiętniki podróżnicze, których pełno na rynku (a których wartość jest trudna do weryfikacji). Dehnel nie silił się nawet na obiektywizm! Pisał tak, jak doświadczał! A ja, i bez krzykliwych zdjęć, potrafiłam to, czego doświadczał, zobaczyć!!!


piątek, 1 stycznia 2016

Księgogród w 2015...


Czytelniczych podsumowań czas... I od usprawiedliwienia zacznę. Czas wydarty między obciążającą pracą zawodową i opieką nad dzieckiem nie pozwala niestety na czytelnicze szaleństwo. Najczęściej kończy się na dziesięciu stronicach przeczytanych autobusie pędzącym do pracy i piętnastu (po południu już korki) przeczytanych w drodze powrotnej. Jakkolwiek chciałbym uczynić z czytania styl bycia i życia... dużo samozaparcia mnie ten styl kosztuje, a i tak przegrywam ze zwykłym ludzkim zmęczeniem:-(
Ogólny bilans 2015 roku przedstawia się następująco: przeczytałam 40 książek. Mniej niż w 2014, ale wśród nich były prawdziwe objętościowe "kobyły".
Z tych, które były dla mnie największym czytelniczym odkryciem chcę wymienić sześć. Z wyjątkiem pierwszego miejsca kolejność przypadkowa:

A więc top 6 roku 2015:

1. Sylwia Chutnik "Jolanta" - tak doskonałej literacko powieści nie czytałam już od dawna
2. Maryla Szymiczkowa "Tajemnica Domu Helclów" - świetna literacka zabawa, ot co!
3.Andrzej Stasiuk "Jadąc do Babadag" - mimo że trochę ją męczyłam, otworzyła mi oczy na wiele rzeczy
4. Barbara Kosmowska "Kolorowy szalik" - dwa poruszające opowiadania. Największe odkrycie dla mnie w literaturze dziecięcej od czasu fascynacji twórczością Kate DiCamillo (właściwości terapeutyczne porównywalne)
5. Ziemowit Szczerek "Siódemka" - przeczytajcie, a zobaczycie
6. Zofia Mossakowska "Portrety na porcelanie" - od pomysłu na budowę do konstrukcji postaci porażająca książka.

Wielkich rozczarowań na szczęście roku nie było. 
Jest za to postanowienie na ten rok: WIĘCEJ!!!! Więcej przeczytanych, kupionych, pożyczonych, odkrytych książek!!!