środa, 6 stycznia 2016

Jacek Dehnel "Dziennik roku chrystusowego"

Ucieszyłam się z wydania tego dziennika, bo nie ukrywam, że postać Dehnela mnie – mówiąc kolokwialnie „po całości” – fascynuje. Nie tylko bogata i różnorodna twórczość, ale i sama osoba tego skromnego i zawsze kurtuazyjnego młodego człowieka, trochę niepasującego do naszych czasów, jego sposób bycia i to wszystko czym (i kim) się otacza. Dlatego właśnie dziennik ucieszył mnie szczególnie – dał możliwość głębszego poznania ulubionego autora. Tak naprawdę Dehnel pozwala się jednak poznać i przez inne „media” – i to bardzo dosłownie media; wystarczy śledzić jego aktywność na facebooku, jego (ostatnio widoczną) obecność w kolorowej prasie, żeby wyrobić sobie złudne zapewne przekonanie, że wie się o tym człowieku bardzo dużo. Dziennik z całą pewnością był jednak kropką nad  przysłowiowym i. Pytanie tylko, czy pisząc go, to właśnie chciał osiągnąć? Czy chciał dać się jeszcze lepiej poznać? Wszak dopuścił czytelnika do wielu aspektów prywatnego życia, ba!, wpuścił niemalże do alkowy! Przepraszam za szczerość, ale to trochę jak literacki reality show z Jackiem Dehnelem w roli głównej! W końcu to szczegółowy opis całego roku – od spotkań literackich i podróży, do menu na niedzielne śniadanie. Ci, którzy mogli czuć niedosyt brakiem ilustracji i fotografii – pomóc mógł szybko Internet, gdzie szokująco łatwo można było wygooglać wnętrze domu Dehnela, jego czerwony pokój czy nową kuchnię, której remont pochłonął dużą część dziennika. Jako wielbicielka – autentyczna wielbicielka tego człowieka i jego twórczości – powinnam być mu za ten „Dziennik…”  wdzięczna, ale mimo to zastanawiałam się BARDZO poważnie w czasie lektury (dodatkowo mocno rozciągniętej w czasie, praktykowanej niejako „pomiędzy” – choć niewykluczone, że tak właśnie należy ten dziennik czytać), czy gdzieś tu jakaś granica nie została przekroczona. Czy ktoś się aby nie zapędził, czy nie za bardzo aby wywrócił na drugą stronę, nie odkrył za bardzo? A z drugiej strony – ile w tym dzienniku prawdziwego „codziennego” Dehnela, a ile autokreacji? Ile rzeczy przemilczanych i zepchniętych? I czy pisząc ten dziennik, miał na myśli jakąkolwiek autokreację? Dlaczego odnoszę wrażenie, że trochę jednak tym swoim przelewanym na papier życiem pożonglował? I jaką wartość będzie miało to wydawnictwo za kilkadziesiąt lat, oprócz oczywiście poważnego przyczynku do biografii Dehnela? Bo że do historii literatury polskiej przejdzie – chyba nikt wątpliwości nie ma. On też nie ma, jestem pewna, że nie ma – dlatego po co retoryczne, a kilka razy przywoływane pytanie, po co to pisanie? Wyczułam jakiś maleńki fałsz. Malenieńki. Oczywiście dziennik pełen jest – obok zapisków codzienności – wartych poznania przemyśleń na tematy i bieżące, i ostateczne. Niektóre opinie mogą szokować, co do niektórych nawet ja – udawałam, że „nie widziałam, nie słyszałam, nie czytałam”, albo starałam się szybko zapomnieć, żeby nie zmienić stosunku do tego wspaniałego człowieka.  Tylko ta patologiczna szczerość w relacjach związanych ze spotkaniami autorskimi, spotkaniami z innymi ludźmi, czytelnikami… jakaś taka ironia w podejściu do tego pisarskiego żywota, a tym samym odbiorców – nie wiem, czy mu to pomoże, czy nie  spowoduje poważnej weryfikacji w postrzeganiu tego – powtórzę – kurtuazyjnego, skromnego i miłego człowieka… I jeszcze coś! Dużo miejsca poświęca Dehnel swoim podróżom – w tym do Indii. Ha! I tutaj odkrycie! Tajemnica Poliszynela! Wcale nie trzeba sięgać po bogato ilustrowane pamiętniki podróżnicze, których pełno na rynku (a których wartość jest trudna do weryfikacji). Dehnel nie silił się nawet na obiektywizm! Pisał tak, jak doświadczał! A ja, i bez krzykliwych zdjęć, potrafiłam to, czego doświadczał, zobaczyć!!!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz