piątek, 29 kwietnia 2016

Ransom Riggs "Osobliwy dom pani Peregrine"

Rzadko kiedy mam tak ambiwalentne odczucia, czytając książkę. Zwykle porywa od razu albo okazuje się średnio ciepła. A tym razem – mówiąc kolokwialnie – coś mi się w tej książce podobało bardzo i jednocześnie coś mnie w niej potwornie irytowało. I właśnie z takim „rozrzutem” dotarłam do końca historii. I wiem, że warto tę historię poznać, ale wiem też, że poprzestanę na części pierwszej i kontynuacja losów tych osobliwych postaci mnie po prostu… nie interesuje. Oczywiście sam pomysł jest wręcz genialny. Autor utkał tę dziwną opowieść na kilkudziesięciu nietypowych fotografiach. Sam ich dobór, udany eksperyment organicznego wręcz wplecenia ich w tę historię czy ciekawe interpretacje fotografii zasługują na uwagę nie tylko miłośników fantastyki, ale przede wszystkim fotografii właśnie. Pod tym względem powieść jest fascynująca i, jak mniemam, nowatorska. Te przedziwne, autentyczne fotografie nadają książce (także jej edytorskiej szacie) klimat jedyny w swoim rodzaju. Interesująca jest także „teoria” czasowych pętli, a motyw wciąż powtarzanego nalotu bombowego to jedna ze scen, które – jak mniemam – w wielu czytelnikach pozostanie na zawsze. No właśnie… pętla czasowa, która jest rajem, ale jednocześnie skazuje na wieczne więzienie. W ogóle cały ten zlepek chwytliwych motywów zagrał tu w fenomenalny wręcz sposób. Ale jest duże ale. Kiedy w powieści pojawił się wątek upiorów, którzy prześladują ukryte w pętli czasu dzieci  - wszystko nagle zrobiło się bardzo typowe, przewidywalne i schematyczne. Ot co. Typowy schemat świata, który przeplata się w niezliczonych  wariantach. I który w tej oryginalnej powieści wcale mi się nie podobał – więcej, pojawiły się wraz z nim dłużyzny i nudy. Wtedy też właśnie niezwykły klimat historii przesłoniło ściganie niekonsekwencji i niedociągnięć fabularnych. Bo one są – nie da się zaprzeczyć.  Więcej niż się na pierwszy rzut oka wydaje. I to właśnie wszystko sprawiło, że więcej w pętlach czasowych przebywać nie chcę, wystarczy mi jeden przedziwny dom, z którego musiałam uciekać razem z osobliwymi dziećmi.  

niedziela, 3 kwietnia 2016

Rafał Klimczak "Nudzimisie"

Nudzimisie to urocze stworki, mieszkańcy mlekiem i miodem płynącej krainy Nudzimisiowo. Przybywają na ziemię, gdy usłyszą od znudzonego dziecka NUDZI MI SIĘ!!!! I zabawiają je. Te magiczne słowa wypowiada pewnego dnia znudzony Szymek – uprzedzony przed ewentualnością sprowadzenia tym Nudzimisia przez tatę (to ważne). Przybywa nieco sepleniący, mający tendencję do obżarstwa (słodyczami, mili Państwo, słodyczami, nie obiadkami) Nudzimiś Hubek. No i  się zaczyna.
Kapitalna książka dla dzieci w wieku przedszkolnym. I ja, i córa zakochałyśmy się niemal od razu w uroczych Nudzimisiach, a książkę przeczytałyśmy niemalże „jednym tchem” (oczywiście wieczorami przed zaśnięciem). Rafał Klimczak stworzył kolejne przeurocze stworki, które spokojnie mogłyby stanąć w jednym szeregu z Muminkami, Pożyczalskimi i innymi i literackimi mieszkańcami książek dla dzieci. Stworzył też kolejną oryginalną arkadyjską krainę – w której jedynym zagrożeniem jest potwór Łaskot, ale nie pożera on nudzi misiów tylko… łaskocze. W drugim tomie Łaskot zaprzyjaźni się chyba zresztą z Nudzimisiami, więc jedyny element agresji – łaskotanie, na pewno się skończy. Klimczak nie poprzestał bowiem na stworzeniu jednej książeczki – powstała cała seria o przygodach Nudzimisiów. Jest więc co czytać. Mnie najbardziej podoba się konstrukcja książeczki: akcja dzieje się wymiennie to w Nudzimisiowie, to w rzeczywistości Szymka. Poznajemy więc na przemian obie te „rzeczywistości”. Autor nie zapomniał także – między dobrą zabawą – przemycić wiele wychowawczych treści. Nikt tu nie zostaje jednak srodze ukarany, nikomu nie dzieje się krzywda. Naprawdę wspaniała książka do wspólnego czytania z kilkulatkiem.
A to strona internetowa tej uroczej serii: